Wszyscy się zgadzają? (Jak najbardziej wolno się nie zgodzić, tylko proszę o argumenty. ;-) )
Idźmy dalej. Trudno nie zauważyć, że nasi dziadkowie i rodzice musieli zabrać do kina więcej wyobraźni niż my. Dawniej reżyser nie był w stanie naprawdę pokazać potwora, no to kombinował tak, żeby widz uwierzył, że go widzi. Jakieś przemykające cienie, względnie kamera ustawiona z punktu widzenie tegoż potwora... Sposobów jest wiele. Film zyskiwał na nastroju, a widz ćwiczył fantazję. Ograniczenie przekute w sukces - chwała artyście, który to potrafi.
No ale czas mija, F/X-owcy (i wszyscy filmowcy) też ludzie, zatem mają normalną ludzką właściwość - zawsze kombinują "a gdyby tak to poprawić...". Skutek jest taki, że dzisiaj już nas na ekranie nie dziwi dziesięciometrowy smok. Nie wyobrażony, ale rzeczywiście przedstawiony. Z zębami, ogniem, fruwający i ryczący. A nieraz charakterny i pyskaty, kto oglądał "Ostatniego smoka", to wie. ;-) Teraz już wybrzydzamy, gdy ta ułuda nie jest dość realistyczna w drobiazgach. Że cyfrowy zwierzak sztywno się rusza, albo brak mu ciężaru.
Pamiętam dobrze, co się działo gdy wchodził "Park Jurajski". Ten film płynął przez świat na fali zachwytów, które można streścić krótko: "Ludzie!!! Tam dinozaury ganiają jak żywe!!!". Współczesnego kinomana to niewiele rusza, nie takie rzeczy widział... "Park" ma wszystkiego coś z jedenaście minut ujęć cyfrowych. Ale wtedy, to naprawdę było COŚ. (Zresztą uważam, że "Park" pod tym względem wytrzymał próbę czasu.) Od "Parku" ruszyła fala cyfry w kinie, F/X-owcy ciągle licytują się na miliony włosków w cyfrowych futerkach i tym podobne cuda niewidy. Zauważyliście jak szybko to postępuje? Przecież to tylko kilkanaście lat. A już są świry twierdzące, że dopiero od tego naprawdę zaczęło się kino. No cóż, takim pozostaje współczuć zasięgu horyzontów...
Do czego zmierzam? Chciałabym pogadać o tym, czego kino wciąż jeszcze nie może. Czysto technicznie i teraz, w pierwszych latach XXI wieku. Bo owszem, wciąż są takie rzeczy. Jeśli ktoś twierdzi, że kino nie ma technicznych granic, to chyba obejrzał w życiu trzy filmy na krzyż.
Na początek jedno z moich spostrzeżeń. Oglądałam niedawno "Blow", i po raz kolejny (dobrym przykładem byłby tutaj też "Wiecznie młody" z Melem Gibsonem) stwierdziłam, że dużo łatwiej z dowolnego aktora zdjąć wiek, niż dołożyć. Przy wszystkich, potężnych przecież, charakteryzatorskich mocach Hollywoodu, kino nie potrafi pokazać realistycznej starości. Dziesięć lat i parę siwych włosów jeszcze nie jest problemem. Ale charakteryzator, który wiarygodnie dołoży aktorowi trzy, cztery dekady, zasłuży na jakiegoś Platynowego Oscara poza konkursem. Bo na razie, w takich wypadkach, nie widzę "tej samej, tylko starej postaci". Widzę aktora pod kilogramami charakteryzacji, rozpaczliwie sztucznej. W tym miejscu kino się poddaje i wymaga ode mnie włączenia piątego biegu wyobraźni. Nie widzę, ale przyjmuję do wiadomości. A to się kłóci zwykle z resztą filmu i przez to efekt całości bierze w łeb.
Temat wydaje mi się ciekawy i wart rozważenia. Piszcie, proszę, co sądzicie o ograniczeniach kina. Niekoniecznie tylko cyfrowych. A nawet nie tylko wizualnych. A także o ich znaczeniu i wpływie na jakość filmu. Zapraszam.

