Przygoda z serialami/XXI - złoty wiek?
: 2007-06-26, 01:03
Ostatnimi czasy trudno mi lamentować nad tym, że nie mam czego oglądać. Od kolegi nazwoziłem kilka miesięcy temu całą masę filmów z roczników 2005, 2006 i 2007. Za sprawą „Prison break” zaczęła się też moja przygoda z serialami.
Dotąd nigdy nie oglądnąłem całego sezonu jakiegokolwiek tasiemca. W dzieciństwie uwielbiałem trzy tytuły, „Herkules”, „Xena” i „Robin Hood”, które na początku byłby bardzo dobre, by następnie wspiąć się na wyżyny głupoty i autoparodii: wojownicza księżniczka w starożytnym hipermarkecie z drewnianymi wózkami, UFO w Sherwood. W późniejszym dzieciństwie oglądałem jeszcze coś o Sindbadzie, lecz i te seanse w końcu straciły na oglądalności. Seriale omijałem – jeden stracony odcinek i już wszystkie te godziny spędzone przed telewizorem tracą sens. Nawet te, które dość systematycznie oglądałem były zamkniętymi historiami (ach, ta moja przezorność
) – nie było żadnej ciągłości, każdy odcinek to inna bajka. Teraz jednak uległem polsatowej propagandzie i postanowiłem poczuć więzienie na własnej skórze (podążając za tym błyskotliwym sloganem). I stało się – „Prison break” wciągnął mnie do tego stopnia, że dzień bez jednego odcinaka był dniem straconym. Już po południu ze zniecierpliwieniem czekałem na wieczór, by ponownie rozsunąć tą więzienną kurtynę. Przerwy między kolejnymi odcinkami wypełniałem sobie nagromadzonymi filmami ostatnich lat, a refleksje nad marnością i wtórnością tego wszystkiego dopadały mnie niemalże po każdych napisach końcowych. Później zostało jakieś uczucie pustki po skończeniu drugiej serii PB, chwila oddechu i przypadkowo wypatrzyłem w programie telewizyjnym „Twin Peaks”, który później oglądałem na komputerze, by ostatecznie przerwać i czekać, aż pier***ona TP raczy mi przywrócić odpowiednią prędkość Neostrady. W czasie tej przerwy wpadł mi w ręce kolejny gorący tytuł - „Lost”, czyli „Z archiwum X” XXI wieku jeśli chodzi o popularność. Szybko mnie wciągnął i zachwycił jakimś potencjałem, który daje szanse ciągnięcia tej historii do nieskończoności. Te dwa tytuły „Prison break” i „Lost”, utwierdziły mnie w przekonaniu, że w ten wiek może być złotym wiekiem seriali. Filmy kręcą już marne, powtarzalne, obdarte z tego klimatu, który miała najgorsza szmira lat minionych. Mnóstwo efektów specjalnych, budżety wyższe ode mnie (192, gdyby się ktoś pytał
) i twórcy zupełnie zapomnieli o tym co było najważniejsze od początków teatru. Tu wybuch, tam zapierająca dech w piersiach scenografia, dalej trawa wygenerowana komputerowo – perfekcja wykonania, a mimo wszystko jeden wielki festiwal nudy. Napełniłem się niechęcią, czuję nostalgię za starym, dobrym kinem i wolę sobie repetować ulubione filmy, niż nadrabiać to, co przegapiłem ostatnimi laty (zaiste wątpliwa to strata). Czuję, że nie jestem w tym osamotniony. Nikt już nie zachwyca się dłużej, niż kilka dni/tygodni nowym filmem. Nawet LOTR, który miał być „Gwiezdnymi Wojnami” nowego pokolenia szybko zszedł z witryny. Wspomniane przeze mnie seriale to zaś kwiat popkultury obecnego wieku. To one są teraz obiektem licznych dyskusji, rozmów między fanami, zrzeszania się ludzi. Według mnie jest tak: w kinie widzieliśmy już wszystko, w domowym zaciszu niewiele. „Lost” już teraz wzmógł zainteresowanie serialami i myślę, że w ślad za jego twórcami, coraz więcej ludzi zacznie dobre historie dłużyć i ciąć.
Gdybym tego wszystkiego nie spisał chaotycznie w kilka minut byłby materiał na kilka felietonów
Wyjaśniając zaś zadanie z tematu – zapraszam do opisywania swoich początków i przygód z serialami oraz ustosunkowania się do tego, co powyżej prawiłem
.
Dotąd nigdy nie oglądnąłem całego sezonu jakiegokolwiek tasiemca. W dzieciństwie uwielbiałem trzy tytuły, „Herkules”, „Xena” i „Robin Hood”, które na początku byłby bardzo dobre, by następnie wspiąć się na wyżyny głupoty i autoparodii: wojownicza księżniczka w starożytnym hipermarkecie z drewnianymi wózkami, UFO w Sherwood. W późniejszym dzieciństwie oglądałem jeszcze coś o Sindbadzie, lecz i te seanse w końcu straciły na oglądalności. Seriale omijałem – jeden stracony odcinek i już wszystkie te godziny spędzone przed telewizorem tracą sens. Nawet te, które dość systematycznie oglądałem były zamkniętymi historiami (ach, ta moja przezorność
Gdybym tego wszystkiego nie spisał chaotycznie w kilka minut byłby materiał na kilka felietonów