Dotąd nigdy nie oglądnąłem całego sezonu jakiegokolwiek tasiemca. W dzieciństwie uwielbiałem trzy tytuły, „Herkules”, „Xena” i „Robin Hood”, które na początku byłby bardzo dobre, by następnie wspiąć się na wyżyny głupoty i autoparodii: wojownicza księżniczka w starożytnym hipermarkecie z drewnianymi wózkami, UFO w Sherwood. W późniejszym dzieciństwie oglądałem jeszcze coś o Sindbadzie, lecz i te seanse w końcu straciły na oglądalności. Seriale omijałem – jeden stracony odcinek i już wszystkie te godziny spędzone przed telewizorem tracą sens. Nawet te, które dość systematycznie oglądałem były zamkniętymi historiami (ach, ta moja przezorność
Gdybym tego wszystkiego nie spisał chaotycznie w kilka minut byłby materiał na kilka felietonów

