Oto moja lista:
Quentin Tarantino - twórca, który krótko mówiąc ma łeb do filmów. W jego głowie rodzą się przede wszystkim doskonałe scenariusze. Ja właściwie najwyżej (sentyment zapewne
John Carpenter - twórca znany przede wszystkim z horrorów. W latach 80, jaki i również znacznie wcześniej tworzył rewelacyjne filmy za niewielkie pieniądze, które w filmowym biznesie powodują wręcz uśmiech politowania na twarzach kolegów po fachu. Tworzy on bowiem filmy według prostej zasady. Im więcej dostanie na film, tym jego dzieło będzie gorsze. Jego dwa ostatnie filmy, czyli "Duchy Marsa" i "Łowcy wampirów" okazały się klapami artystycznymi i finansowymi, dlatego też producenci przez długi czas nie dadzą się namówić na kolejny film Carpentera.
Peter Jackson – bardzo solidny rzemieślnik. Ci, którzy obcowali z "Władcą Pierścieni" zapewne nie będą polemizować. Poza tym natomiast doskonała, nieco pastiszowa "Martwica Mózgu" i "Przerażacze". Ostatnio nowozelandczyk umocnił swoją pozycję "King Kongiem", co sprawiło, że nawet jego najwięksi przeciwnicy dostrzegli jego talent i poświęcenie. Z niecierpliwością czekam z kolei na "Hobbita". Mam oczywiście nadzieje, że Peter już niedługo się za to weźmie.
Robert Rodriguez - za "Sin City" i "Od zmierzchu do świtu" - te tytuły mówią same za siebie.
M. Night Shyamalan - bo nikt inny nie potrafi tak perfekcyjnie budować napięcia, by na końcu zagiąć widza zakończeniem, którego nie można się było spodziewać (no dobra, ma w filmografi wyjątki). Dużego plusa otrzymuje również za "Znaki", w które wplótł motyw oczekiwania na zagładę dokładnie taki, którego brakowało mi w setkach innych filmów.
David Fincher - bo jego filmy powalają na ziemię pod każdym względem i mają w sobie coś, czego nie uświadczymy u żadnego innego twórcy.
PS. Nie ograniczajcie sie jedynie do wyliczanek ;]

