Do rzeczy.
Co czujecie kiedy dowiadujecie się o projekcie filmu budzącego duże nadzieje? Śledzenie kolejnych doniesień, czekanie na wiadomość o początku zdjęć, marzenie zaczyna być realne... Wszyscy jednak wiemy jak to wygląda. Czasem oczekiwanie ma finał przed ekranem, a czasem nie ma finału w ogóle. Szumnie zapowiadany projekt rozchodzi się po kościach. Ekipa nie mogła się zebrać, albo nie udało się dopiąć budżetu. Na to pierwsze nic nie poradzimy, na drugie... Hmm...
Jak wiadomo, stereotypowy producent filmowy jest gruby, przeżuwa cygara i nie ma pojęcia o kręceniu filmów. Ma za to pojęcie o robieniu pieniędzy.
Ja mam 52 kilo, nie palę i... No dobra, też nie mam pojęcia o kręceniu filmów. Ani o robieniu pieniędzy. Ale za to kocham filmy. I mam dostęp do Internetu. Wy też. Zaczynacie łapać do czego zmierzam?
Od początku. Dowiaduję się o projekcie, jestem zainteresowana. Decyduję się w to wejść. Rejestruję się i przelewam na podane konto dwadzieścia dolarów. Jeśli, poza mną, projekt "złapie" stu chętnych z całego świata... no cóż, odbieramy z powrotem swoją inwestycję, a reżyser idzie się powiesić. Albo puszcza w Internet następny projekt.
Ale jeśli pieniądze przyśle dwa miliony ludzi, także bogatszych ode mnie... Spotykamy się w kinie. Jeśli film przy tym coś zarobi, wkład wraca proporcjonalnie pomnożony. Jak by nie patrzeć, czysty zysk. Chyba, że film nie spełni naszych oczekiwań, ale to już osobna sprawa.
Jak sądzicie, czy tak może wyglądać przyszłość produkcji? Jeśli taki system doszedłby do głosu, można przewidzieć różne skutki. Od tych wymarzonych, czyli możliwości realizacji ciekawych projektów, które zdechły z niedożywienia, aż po takie, które, znając ludzką naturę, byłyby nieuchronne - czyli pojawienia się masy domorosłych "byznesmenów" ładujących kasę w potencjalne przeboje.
Co o tym sądzicie? Przydałoby się zdanie kogoś zorientowanego w ekonomii w ogóle, a produkcji filmowej w szczególe. Sama już mam do tej wizji sporo zastrzeżeń, ale poczekam na wasze opinie.

