Reżyseria: Milos Forman
Scenariusz (na podstawie powieści Kena Kessey'a): Lawrence Hauben, Bo Goldman
Zdjęcia: Haskell Wexer
Muzyka: Jack Nitzsche
Producja: USA
Gatunek: Komediodramat, psychologiczny
Data premiery: 19.11. 1975
Obsada: Jack Nicholson... Randall Patrick McMurphy
Louise Fletcher... siostra Mildred Ratched
William Redfield... Harding
Vincent Schiavielli... Fredricson
Danny DeVito... Martini
Christopher Lloyd... Taber
Brad Dourif... Billy Bibbit
Scatman Crothers... Turkle
Sydney Lassic... Cheswick
Will Sampson... Bromden
i inni
Na oddział szpitala psychiatrycznego, rządzonego przez siostrę Ratched (zwaną Wielką Oddziałową) trafia więzień Patrick McMurphy. Oficjalnie przysłano go na obserwację, w praktyce jednak liczy na "wakacje" od pracy w zakładzie karnym. Nowy przybysz, wywraca świat szpitala do góry nogami: awanturuje się z siostrą i pielęgniarzami, urządza w łaźni kasyno, porywa swoich kolegów na wspólne wędkowanie, przyjmuje nawet zakład, że w tydzień doprowadzi Ratched do obłędu. Schody zaczynają się, gdy jeden z pielęgniarzy uświadamia Patrickowi, że stawianie oporu siostrze jedynie przedłuża jego "leczenie", gdyż to ona decyduje kto i kiedy opuszcza szpital...
Film obejrzałem głównie, by skonfrontować go z książkową wersją, autorstwa Kena Kessey'a i też przez pryzmat książki go oglądałem. Jeśli coś mnie uderzyło to przesunięcie osoby narratora, zniknięcie paru bardzo dobrych scen (np. wizja "reperacji" niemalże zegarmistrzowskiej pacjenta) czy (może to mnie najbardziej ukuło) kreacja siostry Ratched. Podczas gdy w książce była ona z wyglądu istnym babsztylem, zimnym w dodatku, na ekranie jest ciągle zimna, ale jest też bardzo ładną kobietą. Tymczasem właśnie wygląd miał kluczowe znaczenie bowiem w jednym miejscu McMurphy rzuca taką oto uwagę: Wiem o co ci chodzi... Że ona mogłaby wyglądać jak Marylin Monroe, a ja i tak bym jej nie tknął? (przez emanujący Ratched chłód).
Tyle moich dąsów, natomiast co warto pochwalić? Kreację Nicholsona (jakoś naprawdę nie wyobrażam sobie w roli Patricka Kirka Douglasa, mimo, że grał go na scenie i miał zagrać go też tutaj), role drugoplanowe (czy ktoś rozpoznaje tam Christophera Lloyda, albo Dannye'go DeVito?), genialne wykorzystanie muzyki (do kontrastowania, budowania klimatu w finale), no i sam finał, dość wierny oryginałowi.
Naprawdę, gorąco polecam, ale odsyłam także do lektury.

