Na tamtym forum, jak przed chwilą sprawdziłam, tematu już nie ma. A szkoda, bo było tam parę postowych pereł. Post otwierający był naprawdę wart przeczytania. Na szczęście wtedy go zachowałam, jak ładnie poprosicie to przepiszę, bo niestety mam tylko wydruk.
Jeśli wrócicie kiedyś z kina zionąc ogniem, z błyskiem mordu w oku, to zapraszam tutaj, będzie można odreagować. Oczywiście można (i warto) podawać też kinowe przeżycia pozytywne. Może się tu zaplączą jacyś kiniarze (ktoś się chyba ostatnio rejestrował...), przyda im się.
Na początek parę moich wspomnień.
Ostatnio próbowałam obejrzeć "Gwiezdny pył" i "Nightwatching". W obu przypadkach byłam jedyną chętną na seans, ze skutkiem oczywistym. No nic, nie poddaję się jeszcze, spróbuję ostatniego dnia. Wtedy na szczęście jeszcze w moim mieście obowiązuje reguła "od jednego widza". No dobrze, wiem, trudno od kiniarzy wymagać żeby dokładali, ale jednak w takim wypadku diabli człowieka biorą... A dodam, że na "Nightwatching" wybrałam się do kina dotowanego, w publicznym centrum kultury. Wrrr...
Wiecie jak mnie pocieszał kasjer przy "Gwiezdnym pyle"? "Pani się nie martwi, i tak nie ogrzewamy tej sali. Jak mało ludzi, to tam zimno". No cóż można odpowiedzieć na taką troskliwość?
Zjawisko zresztą nienowe, bo pamiętam, że "Historię przemocy" oglądałam sama jedna na sali, właśnie w ostatni dzień.
Są też jednak rzeczy, które już zależą od samych kiniarzy.
Parę lat temu to było, o ile pamiętam, poszłam na "Dwie wieże". Pamiętacie, że to w styczniu-lutym szło? Kilka minut do otwarcia sali, hol pełen ludzi, drzwi z ulicy się otwierają i wpada... Nie, nie ork. Facet ze szpulą filmu. Gołą szpulą, podkreślam, bez puszki! W holu cisza, lekka konsternacja, facet pruje między tłumem na zaplecze, luźne zwoje taśmy za nim majtają... Nikt nie walnął biletem o ladę i nie zażądał forsy, a trzeba było. Godzinę później taśma pękła w pół filmu. Rozjaśnienie sali, ogólne przepraszanie państwa, kwadrans zamieszania... Jakoś skleili, ruszyli dalej. I to nie od zerwanego miejsca, ale ten kwadrans dalej. Wiecie co, przypomniało mi się wtedy, co Siegiej Eisenstein pisał ponoć we wspomnieniach. Że tuż przed premierą kiedyś przemontowywał w ostatniej chwili. Oficjele na sali czekali, on kleić nie miał czym, pluł na taśmę żeby się trzymało... Ale przedwojenny ZSRR to chyba co innego...?
Natomiast co do kinder-utrapień, na którejś też części "Władcy Pierścieni" byłam wyjątkowo bliska dzieciobójstwa. Parę foteli dalej siedziały takie kilkuletnie "rozkoszniaczki"... Jeden pękał z dumy, bo był wcześniej na premierze i koniecznie musiał to kumplom udowodnić. A przy okazji całej sali. Co chwilę miałam streszczenie następnych dziesięciu minut razem z recenzją. Może nie będę przytaczać czego mu życzyłam, bo chyba mamy w kodeksie paragraf "groźby karalne" czy jakoś tak...
Dopisujcie "przeżycia z poligonu".

