Śmierć nadejdzie jutro
: 2007-09-18, 08:47
Reżyseria: Lee Tamahori
Scenariusz: Neal Purvis i Robert Wade
Zdjęcia: David Tattersall
Muzyka: David Arnold
Gatunek: Sensacyjny
Data premiery: 18/11/2002
Obsada: Pierce Brosnan... James Bond
Halle Berry... Hiacyntha "Jinx" Jordan
Toby Stephens... Sir Gustav Graves
Rosamund Pike... Miranda Frost
Judi Dench... M
Kenneth Tsang... gen. Moon
Rick Yune... por. Zao
Emilio Echevarria... Roaul
Will Yun Lee... płk. Sun Lee Moon
Michael Madsen... Damian Falco
John Cleese... Q
Colin Salmon... Charles Robinson
Samantha Bond... panna Moneypenny
Ho Yi... pan Chang
i inni
James Bond wraz z dwoma innymi agentami wykonuje zadanie w Korei północnej. Jako fałszywy kurier van Bierk spotyka się w bazie wojskowej ze skorumpowanym oficerem, pułkownikiem Moonem, synem publicznie szanowanego generała. Okazuje się, że ktoś zdradził 007 i przekazała informacje o nim Koreańczykom. Partnerzy Bonda zostają zabci, on w zamieszaniu usiłuje uciec. Zabija wprawdzie Moona, ale wpada w ręce jego ojca. Ponad rok spęza w korerańskim więzieniu, gdzie poddawany jest brutalnym torturom. W końcu zostaje wymieniony na jednego z ludzi Moona, agenta-mordercę, Zao. Ku swemu zdziwieniu, M oskarża go o zdradę ważnych danych podczas tortur. Bond traci licencję na zabijanie i jako "pacjent: ma zostać przewieziony na Falklandy. Ucieka, by odnaleźć prawdziwego zdrajcę, do którego najpewniej doprowadzi go Zao. Tylko czy bez podwójnego "0" i zwykłego ekwipunku Bonda ma te same szanse co zazwyczaj?
Dwudziesty jubileuszowy Bond, który nie jest Bondem lecz po prostu-filmem z Jamesem Bondem. Piszę tak, dlatego, że film stracił zupełnie styl wcześniejszych opowieści. To już nie tyle Bond, który nie ma nic wspólnego z Flemingiem, co Bond bez ideowego związku z pozostałymi. Oglądamy tu rzeczy jak z "Matrixa" czy "XXX": niewidzialny samochód, laser topiący pałac z lodu, elektryczną zbroję, Bonda surfujaćego na fali na kawałku skrzydła i przy użyciu spadochronu... Rzeczy te ogląda się być możę fajnie, ale nie "bondowsko". Także samo jest z muzyką-niezły rock (piosenka Madonny taka słaba znowuż nie jest), ale zero klimatu poprzednich songów. Na otarcie łez pozostaje mnóstwo nawiązań do poprzednich odcinków (Halle Berry-notabene "mandarynasopotto"-wynurzająca się z morza jak Ursula Andress w "Dr No") i genialny żart z panną Moneypenny. Szkoda, że tyle...
