Jedyne co w tym serialu jest stałą, a jeśli zmienną, to zmienia się na lepsze jest muzyka, która genialnie dławiła wręcz wszelkie skazy i ułomności w tym odcinku. Widzę, że ja naprawdę jestem z ekipy Innych, bo jak większości się podoba, to ja jestem na nie. Co z tego, że akcja była, jak w Quantum of Solace, jak wcisnęli nam jakąś zaprawę z betonem w gębę.
Ja się tylko cieszę, że nie dałam się ponieść złudnym emocjom. Emocje balansowały, Darltonowie zgrabnie mną manipulują, na szczęście rozum się nie poddał i cały czas trzeźwo myślał... Jedna scena była fajna rozmowa Flocke'a z Jackiem, do tego niezły klimat i muzyka, ciekawie zagrana scena, na plus. Jack na Wyspie - szok w trampku, biedaczek, samotny, mr. nobody, już nie ma swojego stroju rycerza, aż tak nawet żal mi się go zrobiło. Requiem dla Bena, co oni z nim zrobili, to przechodzi wszelkie granice -_-' Jak obejrzałam ostatnio filmik, który Henioo przesłał, jak Ben i Jack grali w szachy, to jak zupełnie inna osoba, z diabelsko inteligentnego manipulatora, zrobili dziadzia w sweterku w okularkach, żal.ru. Dlatego niech już ma swoją sakryfajs śmierć, zaczyna mnie irytować plan Darltonów, teraz się we mnie odzywa duch sFira, jak głos zza światów i przemawia : "To jest ich wizjaaaa". Dobra, poniosło mnie, no ale ile można?
Funny fact, zawsze odcinki multicentryczne były wow i w ogóle w kosmos, a tu cały czas akcja, która chce rosnąć w górę niczym ciasto z piekarnika, ale jakiś gość nie wsadził drożdży, przez cały odcinek miałam takie wrażenie. Nich ktoś wreszcie zginie, Zoey, Kate, Jack ? Wszyscy byli na muszce, w czeluściach śmierci krążyli, a nadal są stil elajf, jak to możliwe? A no bo chyba mają dla nich wyjątkową śmierć, zero retuszu łez, jeden ryk i wywijanie chusteczek... Desmond kontynuuje swoją stałość, czyli, jak doprowadzić wszystkich do szczęścia, motyw fajny, ale w tym odcinku mnie nie zachwycił. Sayid to już w ogóle stał się nie wiem kim, całkowicie uśpiona osobowość, tylko uczucia do swojej miłości nim kierują...? No dobra akcja na Wyspie była, ale czy ja kiedykolwiek pisałam, że brakuje mi wybuchów i skoków do wody Jacka, która ma przeznaczenie? Tak, to było retoryczne pytanie. Porażka 6 sezonu - gra aktorska EClaire, to Kate przy niej wymiata... Najbardziej ucieszny jest mały Jackface, nawet chód ma po swoim ojcu :hehe: Kolejny raz mamy numer 15, to już nawet nie jest śmieszne, ostatnio było 42 przy zamówieniu w centrycznym odcinku Hugo, to mnie ma zaskoczyć, bo ja nie wiem? Coś czuję, że ten post się nie spodoba

Trochę mnie też rozczarowali z tą operacją Johna, bo to było oczywiste, dlatego mógł nie wiem, od razu wstać niczym zombie i krzyczeć radośnie, że może chodzić! Dobra, hit tego miesiąca, wreszcie Sun i Jin są razem, tu manipulowali kolejny raz emocjami, ale rozum... wiecie. Jakież zdziwienie, że Widmore wykiwał Sawyera, z kolei dziwne, że on tak mu zawierzył, myślałam, że będzie miał swój jakiś alternatywny plan... No i końcowa scena, aż chce się kolejny obejrzeć. Dobrze, że jest ta przerwa, może trochę odpocznę od Lost'a. Nie wydaje mi się, żebym też na sił coś krytykowała, bo desmondowy i hugowy bardzo mi się podobały... Nie pytajcie na ile... Nawet nie chce mi się analizować każdej klatki, po klatce, ale obejrzę jeszcze z dwa, trzy razy.