[OC] - Eunice
: 2009-02-13, 22:12
A niech to, spróbuję. Opowiadanie typowe OC, zaczerpnięte z pamiętnika rozbitków, w którym miałam przyjemność pisać przez chwilę, a który niestety szybko się rozpadł. Na razie liczy sobie kilka odcinków, jeśli się spodoba, to postaram się kontynuować pisanie. Wpadłyśmy razem z pasztecikiem na pomysł, że połączymy nasze, dwa wątki. Już wcześniej planowałyśmy tak zrobić, nawet wymyśliłyśmy kawałek fabuły, ale nie udało się. Niestety ten fanfic jest dosyć stary. Pisząc go, nie miałam pojęcia, że wyspa zniknie, rozbitkowie będą podróżować w czasie, itd. Dlatego ostrzegam - akcja toczy się tuż po rozbiciu samolotu.
Zastanawiałam się, czy nie wklejać linków do requestów (odpowiedzi innych rozbitków, niestety niepisanych przeze mnie). Nie wiem, czy bez nich będzie to sensowny ff. Na szczęście moja postać nie była aż tak bardzo towarzyska.
[center]KRĄG MARTWYCH [/center]
Wiatr uderzający świeżymi podmuchami powietrza w twarz. Promyki słońca przebijające się przez ciężkie burzowe chmury. Drobne kropelki deszczu opadające na ramiona. Sklejone deszczem włosy, przyklejające się do policzków. Zamazany widok, słychać było tylko odległe burzowe grzmoty i odgłosy szybkiego pedałowania przed siebie. Dwa rowery przecinały wzdłuż ciemną, asfaltową drogę, otoczoną złotymi polami. Było lato. Często zdarzyło się, że wychodząc z domu miałeś przed oczami błękitne niebo bez cienia jakiejkolwiek chmury, a już po kilku minutach zasnuwało się ono granatem, na którym czele górowały olbrzymie, ciemne kłęby, zraszające letnim prysznicem wszystko na swojej drodze.
- Ile dałabym, żeby być już w domu - jęczała Sassa, usiłując jechać szybciej, gwałtownie przebierając nogami. Osiągała odwrotny efekt, jechała coraz wolniej i zaczynała się męczyć.
- Nie marudź. - rzuciłam krótko, rzucając jej szybkie spojrzenie. - Pomyśl pozytywnie. Wtedy słońce paliło tak mocno, że wylewałaś z siebie siódme poty. A teraz... Masz prysznic na ochłodzenie. - Uśmiechnęłam się do siebie.
- Bardzo śmieszne. Wtedy przynajmniej... - urwała szybko. Najwyraźniej nie miała za wiele do powiedzenia. Pokiwała głową z rozbawienia. Z nieba nadal sączyła się mżawka, przemaczając nasze ubrania.
- Pieprzony deszcz. Cholera. Mój... - sięgnęłam nerwowo do kieszeni. Była cała przemoczona, wraz z I-Podem, który zbuntował się, i przestał grać. - Cholera - powtórzyłam. Przed chwilą tryskałam energią i pozytywizmem, a teraz zamieniam się w istne nieszczęście, a to za sprawą durnego odtwarzacza.
- Pieprzyć to - mruknęłam do siebie i wybuchnęłam głośno śmiechem.
- Co Ci jest? - Sassa ponownie odwróciła się w moją stronę. - Masz niezłe huśtawki nastrojów, co się z Tobą dzieje?
Zakrztusiłam się ze śmiechu i straciłam kontrolę nad kierownicą. Wszystko przed moimi oczami zamazało się, a koła niebezpiecznie zmieniły kierunek. Po chwili poczułam, że spadam z roweru. Potem z całym impetem coś uderzyło mnie w ramię, i zaczęło wydawać piski. Dotknęłam odruchowo głowy, deszcz kapał mi na twarz, i wydawało mi się, że leżę w jakiejś kałuży. Podniosłam rękę ku oczom, które próbowałam otworzyć. Wszystko wkoło wirowało, a powieki były cięższe niż zwykle. Poczułam dziwny, metaliczny smak, a przed oczami ujrzałam zakrwawioną rękę.
Wkoło rozbrzmiał głuchy jęk, który gwałtownie zmusił mnie do przebudzenia. Z trudem otworzyłam sklejone powieki i uniosłam się lekko na dłoniach. Nieznośny ból przeszył całą moją dłoń, zmuszając mnie do ponownego opadnięcia na... piasek? Poruszyłam niesprawną ręką i podniosłam ją ku oczom. Wielka szrama, z której sączyła się krew, przeszywała całą dłoń aż do łokcia. Rana wyglądała okropnie, po części zakrywał ją kawałek szmaty, robiący za opatrunek. Prowizoryczny bandaż był cały uwalany w piasku, co dodatkowo wzmagało ból. Zaklęła cicho pod nosem. Ponowiłam próbę podparcia się. Tym razem na jednej ręce. Rozejrzałam się dookoła. Wszędzie leżały ciała - niektóre były martwe, a niektóre drgały jeszcze w bólu i cicho (jak dla kogo) jęczały. Najwidoczniej wzięli mnie za trupa i wynieśli w miejsce, które można by określić mianem kostnicy. Można by, gdyby wszyscy wkoło byli martwi.
Zerknęłam w dół, na resztę mojego poobijanego ciała. Cholera, że też musiałam się tak `uszkodzić`. Co jak co, ale zawsze dostawało mi się w kość od życia najczęściej. Chociaż ten jeden, pieprzony raz mogłabym ujść z czegoś cało. A właściwie... z czego?
- Gdzie ja do cholery jasnej jestem? - mruknęłam. Nerwowo mrugałam powiekami, próbując się przyzwyczaić do otoczenia. Kiedy wszystko było już jasne, zdołałam uchwycić dźwięk szumu morza. Morza?
Plaża świeciła pustkami, wkoło było dosyć ciemno. Zapadał zmrok. Wydawałoby się, że jest całkowicie pusto. Odwróciłam głowę w inną stronę. A jednak, gdzieś w oddali zamajaczył mi przed oczami ogień, i można było dosłyszeć szmer rozmów pomiędzy jakimiś ludźmi. Teraz kompletnie nie miałam pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi.
Spróbowałam podnieść się z `legowiska`. Świetnie - uznano mnie za trupa. Jak tak dalej pójdzie, będę mogła straszyć ludzi w nocy i mieć przy tym wielki ubaw. Pomimo niezmiernego wysiłku udało mi się wygramolić z otoczenia martwych duszyczek. Jakoś w tym momencie nie pociągała mnie perspektywa spędzenia miłego wieczoru z uroczymi martwymi braciszkami i siostrzyczkami, co bardzo mnie zdziwiło. Od kiedy pamiętam, zawsze miała jakieś ciągoty do tego typu rzeczy.
Kiedy udało mi się stanąć na nogach, skierowałam się w stronę palenisk z zamiarem dowiedzenia się, co się dzieje. Kroczyłam jak pijana po piasku, zataczając niewielkie kręgi. Piasek był małą przeszkodą w porównaniu do gałęzi wystających spod niego.
- Cholera - jęknęłam nieco zdenerwowana. Jak tak dalej pójdzie to nie dotrę nawet do pierwszej lepszej osoby. Przewróciłam się na piasku i wpatrzyłam w ciemne niebo. Gwiazdy. Westchnęłam głośno.
- Pieprzony... - urwałam.
Usłyszałam jakieś kroki, szybko przewróciłam się na brzuch i spojrzałam ku górze. Przed oczami zamajaczyła mi jakaś sylwetka wysokiego faceta.
- Co tu tu robisz? - zapytał nieco zdziwiony.
Nie odezwałam się ani słowem. Próbowałam uspokoić swój oddech. W końcu nie co dzień ląduje się w jakimś miejscu, o którym nie ma się za wiele pojęcia, a potem wywraca się na piasku i czuje jak pijany.
Facet świdrował mnie spojrzeniem.
- Jesteś ranna. Nie powinnaś tak swobodnie przechadzać się po plaży. Chodź ze mną do namiotu, obejrzę Twoje rany - powiedział stanowczym tonem, zbliżając się do mnie.
I co jeszcze? Mam z nim pójść, dać się obejrzeć jakiemuś nieznajomemu i odejść w spokoju, bez grosza przy duszy. Może mam mu jeszcze udzielić jakichś ofert towarzyskich.
- Dobrze się czujesz? - spytał ponownie, podając mi rękę.
- Wyśmienicie. Zwłaszcza że uznano mnie za trupa i zostawiono w kręgu moich martwych braci. Nie sądzisz, że to wspaniałe uczucie być tak dostrzeżonym? W końcu nie codziennie można spotkać się w szerszym kręgu i pogadać o życiu przed śmiercią. Interesujące - zaśmiałam się.
- Jack. - Usłyszałam po chwili ciszy. Zrobiło mi się niedobrze.
Przestałam udawać obrażoną i podałam mu rękę.
- Eunice.
Pomógł mi się podnieść.
- Przepraszam - mruknęłam cicho i odbiegłam na skraj plaży.
-Nic Ci nie jest?! - Usłyszałam wołanie Jacka.
Pokręciłam do siebie głową. Niedobrze mi. Naprawdę mi niedobrze. Zwymiotowałam. Wykrzywiłam usta i zwróciłam się z powrotem w stronę ognisk. Jack stał wciąż w tym samym miejscu, patrząc niepewnie przed siebie.
Nagle coś za moimi plecami wydało przeraźliwy dźwięk. Potężny ryk rozniósł się po całej plaży. Nagle mnóstwo osób wychyliło się ze swoich legowisk i zebrało się w jednym miejscu. Powoli odwróciłam się tyłem do miejsca, z którego wróciłam.
Potworne `coś` cały czas wydawało dziwne dźwięki. Co więcej jakby wciągało palmy pod ziemię. Patrzyłam na to wszystko nieprzytomnym wzrokiem.
- Gdzie ja jestem do jasnej cholery? - powiedziałam bardziej do siebie.
Zastanawiałam się, czy nie wklejać linków do requestów (odpowiedzi innych rozbitków, niestety niepisanych przeze mnie). Nie wiem, czy bez nich będzie to sensowny ff. Na szczęście moja postać nie była aż tak bardzo towarzyska.
[center]KRĄG MARTWYCH [/center]
Wiatr uderzający świeżymi podmuchami powietrza w twarz. Promyki słońca przebijające się przez ciężkie burzowe chmury. Drobne kropelki deszczu opadające na ramiona. Sklejone deszczem włosy, przyklejające się do policzków. Zamazany widok, słychać było tylko odległe burzowe grzmoty i odgłosy szybkiego pedałowania przed siebie. Dwa rowery przecinały wzdłuż ciemną, asfaltową drogę, otoczoną złotymi polami. Było lato. Często zdarzyło się, że wychodząc z domu miałeś przed oczami błękitne niebo bez cienia jakiejkolwiek chmury, a już po kilku minutach zasnuwało się ono granatem, na którym czele górowały olbrzymie, ciemne kłęby, zraszające letnim prysznicem wszystko na swojej drodze.
- Ile dałabym, żeby być już w domu - jęczała Sassa, usiłując jechać szybciej, gwałtownie przebierając nogami. Osiągała odwrotny efekt, jechała coraz wolniej i zaczynała się męczyć.
- Nie marudź. - rzuciłam krótko, rzucając jej szybkie spojrzenie. - Pomyśl pozytywnie. Wtedy słońce paliło tak mocno, że wylewałaś z siebie siódme poty. A teraz... Masz prysznic na ochłodzenie. - Uśmiechnęłam się do siebie.
- Bardzo śmieszne. Wtedy przynajmniej... - urwała szybko. Najwyraźniej nie miała za wiele do powiedzenia. Pokiwała głową z rozbawienia. Z nieba nadal sączyła się mżawka, przemaczając nasze ubrania.
- Pieprzony deszcz. Cholera. Mój... - sięgnęłam nerwowo do kieszeni. Była cała przemoczona, wraz z I-Podem, który zbuntował się, i przestał grać. - Cholera - powtórzyłam. Przed chwilą tryskałam energią i pozytywizmem, a teraz zamieniam się w istne nieszczęście, a to za sprawą durnego odtwarzacza.
- Pieprzyć to - mruknęłam do siebie i wybuchnęłam głośno śmiechem.
- Co Ci jest? - Sassa ponownie odwróciła się w moją stronę. - Masz niezłe huśtawki nastrojów, co się z Tobą dzieje?
Zakrztusiłam się ze śmiechu i straciłam kontrolę nad kierownicą. Wszystko przed moimi oczami zamazało się, a koła niebezpiecznie zmieniły kierunek. Po chwili poczułam, że spadam z roweru. Potem z całym impetem coś uderzyło mnie w ramię, i zaczęło wydawać piski. Dotknęłam odruchowo głowy, deszcz kapał mi na twarz, i wydawało mi się, że leżę w jakiejś kałuży. Podniosłam rękę ku oczom, które próbowałam otworzyć. Wszystko wkoło wirowało, a powieki były cięższe niż zwykle. Poczułam dziwny, metaliczny smak, a przed oczami ujrzałam zakrwawioną rękę.
Wkoło rozbrzmiał głuchy jęk, który gwałtownie zmusił mnie do przebudzenia. Z trudem otworzyłam sklejone powieki i uniosłam się lekko na dłoniach. Nieznośny ból przeszył całą moją dłoń, zmuszając mnie do ponownego opadnięcia na... piasek? Poruszyłam niesprawną ręką i podniosłam ją ku oczom. Wielka szrama, z której sączyła się krew, przeszywała całą dłoń aż do łokcia. Rana wyglądała okropnie, po części zakrywał ją kawałek szmaty, robiący za opatrunek. Prowizoryczny bandaż był cały uwalany w piasku, co dodatkowo wzmagało ból. Zaklęła cicho pod nosem. Ponowiłam próbę podparcia się. Tym razem na jednej ręce. Rozejrzałam się dookoła. Wszędzie leżały ciała - niektóre były martwe, a niektóre drgały jeszcze w bólu i cicho (jak dla kogo) jęczały. Najwidoczniej wzięli mnie za trupa i wynieśli w miejsce, które można by określić mianem kostnicy. Można by, gdyby wszyscy wkoło byli martwi.
Zerknęłam w dół, na resztę mojego poobijanego ciała. Cholera, że też musiałam się tak `uszkodzić`. Co jak co, ale zawsze dostawało mi się w kość od życia najczęściej. Chociaż ten jeden, pieprzony raz mogłabym ujść z czegoś cało. A właściwie... z czego?
- Gdzie ja do cholery jasnej jestem? - mruknęłam. Nerwowo mrugałam powiekami, próbując się przyzwyczaić do otoczenia. Kiedy wszystko było już jasne, zdołałam uchwycić dźwięk szumu morza. Morza?
Plaża świeciła pustkami, wkoło było dosyć ciemno. Zapadał zmrok. Wydawałoby się, że jest całkowicie pusto. Odwróciłam głowę w inną stronę. A jednak, gdzieś w oddali zamajaczył mi przed oczami ogień, i można było dosłyszeć szmer rozmów pomiędzy jakimiś ludźmi. Teraz kompletnie nie miałam pojęcia, o co w tym wszystkim chodzi.
Spróbowałam podnieść się z `legowiska`. Świetnie - uznano mnie za trupa. Jak tak dalej pójdzie, będę mogła straszyć ludzi w nocy i mieć przy tym wielki ubaw. Pomimo niezmiernego wysiłku udało mi się wygramolić z otoczenia martwych duszyczek. Jakoś w tym momencie nie pociągała mnie perspektywa spędzenia miłego wieczoru z uroczymi martwymi braciszkami i siostrzyczkami, co bardzo mnie zdziwiło. Od kiedy pamiętam, zawsze miała jakieś ciągoty do tego typu rzeczy.
Kiedy udało mi się stanąć na nogach, skierowałam się w stronę palenisk z zamiarem dowiedzenia się, co się dzieje. Kroczyłam jak pijana po piasku, zataczając niewielkie kręgi. Piasek był małą przeszkodą w porównaniu do gałęzi wystających spod niego.
- Cholera - jęknęłam nieco zdenerwowana. Jak tak dalej pójdzie to nie dotrę nawet do pierwszej lepszej osoby. Przewróciłam się na piasku i wpatrzyłam w ciemne niebo. Gwiazdy. Westchnęłam głośno.
- Pieprzony... - urwałam.
Usłyszałam jakieś kroki, szybko przewróciłam się na brzuch i spojrzałam ku górze. Przed oczami zamajaczyła mi jakaś sylwetka wysokiego faceta.
- Co tu tu robisz? - zapytał nieco zdziwiony.
Nie odezwałam się ani słowem. Próbowałam uspokoić swój oddech. W końcu nie co dzień ląduje się w jakimś miejscu, o którym nie ma się za wiele pojęcia, a potem wywraca się na piasku i czuje jak pijany.
Facet świdrował mnie spojrzeniem.
- Jesteś ranna. Nie powinnaś tak swobodnie przechadzać się po plaży. Chodź ze mną do namiotu, obejrzę Twoje rany - powiedział stanowczym tonem, zbliżając się do mnie.
I co jeszcze? Mam z nim pójść, dać się obejrzeć jakiemuś nieznajomemu i odejść w spokoju, bez grosza przy duszy. Może mam mu jeszcze udzielić jakichś ofert towarzyskich.
- Dobrze się czujesz? - spytał ponownie, podając mi rękę.
- Wyśmienicie. Zwłaszcza że uznano mnie za trupa i zostawiono w kręgu moich martwych braci. Nie sądzisz, że to wspaniałe uczucie być tak dostrzeżonym? W końcu nie codziennie można spotkać się w szerszym kręgu i pogadać o życiu przed śmiercią. Interesujące - zaśmiałam się.
- Jack. - Usłyszałam po chwili ciszy. Zrobiło mi się niedobrze.
Przestałam udawać obrażoną i podałam mu rękę.
- Eunice.
Pomógł mi się podnieść.
- Przepraszam - mruknęłam cicho i odbiegłam na skraj plaży.
-Nic Ci nie jest?! - Usłyszałam wołanie Jacka.
Pokręciłam do siebie głową. Niedobrze mi. Naprawdę mi niedobrze. Zwymiotowałam. Wykrzywiłam usta i zwróciłam się z powrotem w stronę ognisk. Jack stał wciąż w tym samym miejscu, patrząc niepewnie przed siebie.
Nagle coś za moimi plecami wydało przeraźliwy dźwięk. Potężny ryk rozniósł się po całej plaży. Nagle mnóstwo osób wychyliło się ze swoich legowisk i zebrało się w jednym miejscu. Powoli odwróciłam się tyłem do miejsca, z którego wróciłam.
Potworne `coś` cały czas wydawało dziwne dźwięki. Co więcej jakby wciągało palmy pod ziemię. Patrzyłam na to wszystko nieprzytomnym wzrokiem.
- Gdzie ja jestem do jasnej cholery? - powiedziałam bardziej do siebie.