Próby pisania fan fiction, czyli co robię, gdy mam wolne :)
: 2008-12-11, 18:00
To początek mojej historyjki, napisanej w wolnej chwili. Mały fragment. Nigdy nie piszę długich rozdziałów, wypracowań, etc. Tak już mam, że piszę zwięźle (czytaj: szybko opuszcza mnie wena xD). Jest to opowiadanie poza wydarzeniami z dalszych sezonów, początek całej historii z katastrofą. Bohaterką jest postać przeze mnie wymyślona.
[center]Gwizd czajnika. Krzątam się po kuchni, choć wcale nie mam na to ochoty. "Ile czasu zostało?" - mruczę sama do siebie. Wokół cisza, jak zwykle. Spoglądam na zegarek: "Ach, już tak późno?" Za 15 minut muszę być w pracy!" Zbieram się do wyjścia, gdy nagle uświadamiam sobie, że nie mam kluczy od mieszkania. Zaglądam wszędzie, ale nie mogę ich znaleźć. Słyszę pukanie do drzwi. Spoglądam przez wizjer. "Nie, akurat teraz? Czy ona nie wie, która godzina?" - zastanawiam się. Niechętnie otwieram drzwi.
- Ach, jesteś jeszcze. - z wyrzutem w głosie stwierdza moja matka.
- Nie wiesz, która godzina? Spieszę się do pracy! - odpowiadam.
- Nie przychodziłabym tak wcześnie, gdyby nie to, że byłyśmy umówione. Co prawda na wczoraj, ale gdy do ciebie przyszłam, nie otworzyłaś mi. Nie było cię w domu, czy nie chciałaś wpuścić mnie do środka?
Mama zawsze była bardzo podejrzliwa.
- Pracuję, czy to takie dziwne? Jestem sama, więc muszę zarabiać, by mieć co jeść! - odparowuję.
- Dwa dni temu też tu byłam - stwierdza. - Dzwoniłam trzy razy, ale ciągle cię nie ma.
- Mamo, mam komórkę, dlaczego dzwonisz na telefon stacjonarny, skoro wiesz, że jestem w pracy!
- Na komórkę też dzwoniłam, ale nie odbierałaś. - stwierdza dobitnie.
Nie wiem, co odpowiedzieć.
Otwieram oczy. To już tydzień, od kiedy samolot linii Oceanic, lot 815 rozbił się na tej cholernej wyspie. Wokół sam piasek, woda i ludzie, tacy jak ja, których świat również się zawalił. Nie mogę jednak wydusić z siebie choć krzty współczucia. Siedzę na tej plaży, nie mam ani siły ani ochoty przenieść się w inne miejsce. Czas wstać. Podnoszę się i czuję znów to samo. To, co każdego dnia rano, gdy budzę się tutaj. Mimo, że śpię na ubraniach, które udało mi się odzyskać, a nie bezpośrednio na ziemi, i tak czuję małe ziarenka piasku w każdej części odzieży, którą noszę. Szaleńczo otrzepuję się, co wzbudza zainteresowanie rozbitków. Mało mnie to obchodzi. Kiedy udaje mi się pozbyć się choć w pewnym stopniu piasku, idę znaleźć coś do jedzenia. Na szczęście pamiętam jeszcze, jak wspinać się na drzewa. Gdy byłam mała, właziłam na każde w pobliżu mojego domu, ale te tu na wyspie są o wiele większe i trudniejsze. Docieram do linii drzew, wchodzę do dżungli. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, dziś zjem śniadanie z owoców, podobne do tego wczorajszego i przedwczorajszego... [/center]
To na razie tyle. Proszę ew. o komentarze.
[center]Gwizd czajnika. Krzątam się po kuchni, choć wcale nie mam na to ochoty. "Ile czasu zostało?" - mruczę sama do siebie. Wokół cisza, jak zwykle. Spoglądam na zegarek: "Ach, już tak późno?" Za 15 minut muszę być w pracy!" Zbieram się do wyjścia, gdy nagle uświadamiam sobie, że nie mam kluczy od mieszkania. Zaglądam wszędzie, ale nie mogę ich znaleźć. Słyszę pukanie do drzwi. Spoglądam przez wizjer. "Nie, akurat teraz? Czy ona nie wie, która godzina?" - zastanawiam się. Niechętnie otwieram drzwi.
- Ach, jesteś jeszcze. - z wyrzutem w głosie stwierdza moja matka.
- Nie wiesz, która godzina? Spieszę się do pracy! - odpowiadam.
- Nie przychodziłabym tak wcześnie, gdyby nie to, że byłyśmy umówione. Co prawda na wczoraj, ale gdy do ciebie przyszłam, nie otworzyłaś mi. Nie było cię w domu, czy nie chciałaś wpuścić mnie do środka?
Mama zawsze była bardzo podejrzliwa.
- Pracuję, czy to takie dziwne? Jestem sama, więc muszę zarabiać, by mieć co jeść! - odparowuję.
- Dwa dni temu też tu byłam - stwierdza. - Dzwoniłam trzy razy, ale ciągle cię nie ma.
- Mamo, mam komórkę, dlaczego dzwonisz na telefon stacjonarny, skoro wiesz, że jestem w pracy!
- Na komórkę też dzwoniłam, ale nie odbierałaś. - stwierdza dobitnie.
Nie wiem, co odpowiedzieć.
Otwieram oczy. To już tydzień, od kiedy samolot linii Oceanic, lot 815 rozbił się na tej cholernej wyspie. Wokół sam piasek, woda i ludzie, tacy jak ja, których świat również się zawalił. Nie mogę jednak wydusić z siebie choć krzty współczucia. Siedzę na tej plaży, nie mam ani siły ani ochoty przenieść się w inne miejsce. Czas wstać. Podnoszę się i czuję znów to samo. To, co każdego dnia rano, gdy budzę się tutaj. Mimo, że śpię na ubraniach, które udało mi się odzyskać, a nie bezpośrednio na ziemi, i tak czuję małe ziarenka piasku w każdej części odzieży, którą noszę. Szaleńczo otrzepuję się, co wzbudza zainteresowanie rozbitków. Mało mnie to obchodzi. Kiedy udaje mi się pozbyć się choć w pewnym stopniu piasku, idę znaleźć coś do jedzenia. Na szczęście pamiętam jeszcze, jak wspinać się na drzewa. Gdy byłam mała, właziłam na każde w pobliżu mojego domu, ale te tu na wyspie są o wiele większe i trudniejsze. Docieram do linii drzew, wchodzę do dżungli. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, dziś zjem śniadanie z owoców, podobne do tego wczorajszego i przedwczorajszego... [/center]
To na razie tyle. Proszę ew. o komentarze.