1x17 ... In Translation
: 2007-12-26, 19:08
Kolejna obyczajówka. Dziwi mnie tylko, że cala ta tragiczna historia małżeńskiej klęski, ewolucja od miłości do strachu, zmierzała do tego, by pokazać na końcu Chinkę w stroju kąpielowym. Kobieta wyzwolona?
Ponadto śmieszne zakończenie, nasycone autoparodią: zwykle na koniec była jakaś piosenka, teraz też gruby czegoś słucha, lecz nagle pada bateria w discmanie: „Niech to szlak”, cisza i napis LOST obwieszczający koniec. Odcinek oglądało się miło. Miałem wrażenie, że mieszkańcom zacznie odbijać, poleje się krew, Sawyer wcieli się w kata. Niestety, to chyba dopiero przede mną. W sumie mogli mieć inną koncepcję na ten serial: czterdzieści kilka odcinków, w każdym odcinku ginie jeden bohater. Założę się, że kolejność od końca byłaby następująca: Boone (skręciłby sobie kark jak gość z Clerksów
), oszałamiająco piękna Kate (przeglądałaby się nago w jakimś dziwnym lustrze, które okazałoby się przejściem do innego wymiaru; rekord oglądalności, na który wpłynęli mali chłopcy w wieku 5-11 lat) i doktor Jack Quinn (wyrwałby sobie serce, by dać komuś na przeszczep, honorowy dawca). Wszystko po to, by nawet dwuwymiarowe, ruchome obrazki doprowadzały mnie do wściekłości.
Ponadto śmieszne zakończenie, nasycone autoparodią: zwykle na koniec była jakaś piosenka, teraz też gruby czegoś słucha, lecz nagle pada bateria w discmanie: „Niech to szlak”, cisza i napis LOST obwieszczający koniec. Odcinek oglądało się miło. Miałem wrażenie, że mieszkańcom zacznie odbijać, poleje się krew, Sawyer wcieli się w kata. Niestety, to chyba dopiero przede mną. W sumie mogli mieć inną koncepcję na ten serial: czterdzieści kilka odcinków, w każdym odcinku ginie jeden bohater. Założę się, że kolejność od końca byłaby następująca: Boone (skręciłby sobie kark jak gość z Clerksów