Cóż dzionek zaczął się nieciekawie... Podudka o 5:45, 4,5 h snu to jednak troszkę za mało

, dalej szybki prysznic, kawka na stole, ubranko i długa na przystanek

Żeby było bardziej dramatycznie, to w połowie drogi wyłania się autobus o 5 min za wcześnie, więc od razu udało mi się zaliczyć poranny jogging

Dojeżdżam do szkoły, mniejsza z mszą... Spotykam znajomych i niemal od większości na powitanie słyszę komentarz w stylu " Robert co zrobiłeś z włosami!" gdyż zacząłem chodować takowe...

Zaczynają szeregować pierwszaczków, stoję z kumplami zdala przyglądając się "młodej krwi" i ustalając plany po szkolne

Dyrektor zaczyna gatkę- ulatniamy się do szkoły. 2 osoby odeszły z klasy, 1 dołączyła... Na plan lekcji oczywiście wszyscy bluzgają (niemiłosierne 7lekcji każdego dnia

) Po wyjściu ze szkoły zmierzamy w kierunku baru "Olivia"

W połowie drogi zaczęło padać- po raz kolejny jogging

W barze tłoczno ofcorz ale jakimś sposobem udaje sie nam zdobyć stół bilardowy

Kumpel przynosi piwka

i byłoby wszystko dobrze gdyby nie to że piwko mi w ogóle nie idzie, a bilard po chwili sie nudzi (czyżby oznaka starości? ;-) ) Idziemy na Peka (PKS dla nie kumatych ;-) ) bilety kupić, kolejka aż do drzwi, a ekspedientka w pewnej chwili poszła na 15 min na kawkę

Wychodzimy ok 12... kumple idą łapać stopa bo mają póżniej autobus, ja czekam... 12:40- autobus nie przyjeżdża, 13-20 - autobusu kolejnego ani widu ani słychu

14:00- "no w końcu jest ten cholerny autobus!"

Przychodzę ledwie do domu, buty nieźle dały mi się we znaki, dodatkowo wiaterek też był niezły... Ogólnie moge wszystko ocenić tak "Welcome in hell"
