Ach... widze że czekacie na kolejną opowieść o mnie i o moich dziejach! Ach... Ciesze sie że młode pokolenie interesują opowieści takiego starego pryka jak ja
Od dnia narodzin wiedziałem że jestem innny. Najbardziej zauważalne było to wtedy gdy mając pół roku cytowałem fragmenty "Pana Tadeusza"... w piętnastu różnych językach! Polskim, angielskim, niemieckim, francuzkim, hiszpańskim, holenderskim, czeskim, rosyjskim, węgierskim, portugalskim, duńskim, norweskim, japońskim oraz arabskim. Znam również łacinę ale przecież w niej nie da sie rozmawiać bo to - niestety - wymarły język. W wieku 3 lat znałem nazwy oraz charekteryzacje (i to obszerną) wszystkich prowincji w Chinach. Mając 4 lata, mnożyłem w pamięci liczby 10 cyfrowe. Mówiąc krótko - byłem (i jestem) geniuszem. Sam doskonale zdawałem sobie sprawe zwłasnej potęgi intelektualnej. Podkreślało ją niezwykłe podobieństwo łączące mnie z moim ojcem. Wyglądałem jak on lecz miałem dłuższego... oczywiście chodzi o palca wskazującego u obu dłoni. Oczywiście rodzice sie martwili - ojciec obwiniał zmutowane geny matki, matka oskarżała tatę o to, że w młodości zaliczał zbyt duzo panienek, nie wkładając wcześniej ochronnej, ołowianej bielizny. Pod względem fizycznym byłem całkiem zdrów. Może to klątwa, blokada psychiczna? Po dziesięciu latach wizyt u najlepszych lekarzy (i kilku najgorszych), niezliczonych bolesnych badaniach i całej serii terapii i leków równie różnorodncyh jak i bezużytecznych, nikt nie wiedział na pewno - dlaczego jestem tak genialny! Tak mjały dni, miesiące, lata, dekady... Trafiłem do Sydney (jak dostałem sie na łódź podwodną opowiem kidy indziej). Zacząłem to robić zaraz po przyjeździe. Musze powiedzieć że w szkole byłem zawsze zamknięty w sobie. Z nikim nie rozmawiałem a nikt nie rozmawiał ze mną - to ze względu na to, że byłem inny, genialny. Tak samo było po przyjeździe do Sydney. Przyjaciół praktycznie żadnych. Nie podchodziłem do kobiet, balem się ich. Już nie pamiętam nawet jak to się zaczęło. To miał być tylko jeden raz. Nie wiedziałem, że tak trudno z tym skończyć. Upatruję sobie kogoś. Podchodzę. I wyciągam. Wiem, że to co robię, jest chore. Wstydzę się. Niektórzy mówią, że to zboczenie. Zdaję sobie sprawę z tego ze potrzebuję pomocy, ale to jest silniejsze ode mnie. To mnie po prostu podnieca. W tej jednej chwili czuję się w pełni władzy, jakby wszystko zależało wyłącznie ode mnie. Nie jestem z tych, co robią to tylko kobietom czy małym dziewczynkom. To może wydawać się dziwne, ale lubię działać w autobusach i tramwajach. Patrzę na ludzi, którzy uciekają w kierunku drzwi. Czuję wtedy jak adrenalina uderza mi do głowy. Może gdybym na tym poprzestał nie byłoby tak źle. Ale na tym nigdy się nie kończy. Napawam się widokiem... tego, no wiecie... oglądam, macam. Wstydzę się, ale jak już zacznę, to nie mogę się powstrzymać.... Wtedy sięgam zenitu, jestem w ekstazie. Niestety, nie na każdej trasie bywa tak dobrze. Najciekawiej jest w okolicach Starówki. Jak się trafi turysta, to mogę pozwolić sobie na wszystko. Idę na całość. Wiem, że później mogę tego żałować, ale teraz działam pod wpływem impulsu. Jak w transie. Muszę jednak być ostrożny. Często zmieniam wygląd. Gdyby ktoś mnie rozpoznał... wszystko stracone. Raz mam wąsy, raz okulary, zawsze jestem czujny... Mam na imię Edmund. Mam 44 lata. Jestem kanarem... A jeśli chodzi o "kacperskiego", to nie wiem.. taką mam ksywkę wśród ofiar i spodobała mi sie więc jej używam!
