I nadszedł finałowy dzień. Odpuszczenie sobie pierwszych godzin w szkole niesamowicie zmieniło stan rzeczy. Czułam, że ten dzień jest wyjątkowy. Widzieć te niezrozumienie i niewiedzę w oczach przyjaciół, którzy jeszcze nie widzieli końca, to prawie jak miewać sekretne wizje wieszczące koniec świata.
Godzina 5:30 - naiwnie wyskoczyłam z łóżka, aby sprawdzić, czy są pierwsze linki. Wiadomość - nadal Amerykanie oglądają Jimmy'ego Kimmela. A więc się skończyło. Po linkach ani śladu, wróciłam na pół godziny do łóżka. Katorga z pobieraniem odcinka - nerwowe przebieranie nogami i wpatrywanie się w wolno zapełniający się na zielono pasek. 1.4 gb mnie przeraziły. Wydawało mi się, że nawet te 3 dodatkowe godziny mi nie wystarczą.
Ale udało się. Oglądałam z zapartym tchem. Każde kolejne
przypominanie sobie wydarzeń z wyspy przez bohaterów wywoływało u mnie łzy w oczach. Pierwsze z nich - Sun&Jin. Scenarzyści genialnie dobrali momenty, w których pojawiały się przebłyski pamięci. Kate, Claire i Charlie - nic więcej nie było potrzebne mi do szczęścia i do kolejnego ataku płaczu. To niesamowite jak wszystko nagle połączyło się w jedną całość. Mój uśmiech na twarzy, kiedy Sun i Jin spotykają Sawyera - ich reakcja na fakt, że James jest policjantem. Teraz wiem, że w ten serial trzeba było od początku zaangażować się emocjonalnie, aby finał spełnił oczekiwania. I jestem wdzięczna, że nigdy nie zwątpiłam. Może to zbyt mocne przywiązanie odpokutuję o wiele gorzej niż ci, dla których Lost nie był niczym więcej niż 40-minutową odskocznią od życia codziennego.
Nie jestem do końca pewna, czy dobrze rozumiem rozwiązanie, jakie pokazali nam scenarzyści. Nie jestem pewna, że będzie mi się wciąż podobało za tydzień, miesiąc, rok. To zakończenie budzi jeszcze większy niepokój niż nagła śmierć jednego z bohaterów, niż wizja, że scenarzyści kompletnie rujnują cały serial w finałowym odcinku. Mimo tak wspaniałego i zasłużonego zakończenia, nadal czuję, że nie potrafię całościowo ogarnąć tego, co widziałam kilkanaście godzin temu.
Zabrakło mi tylko zjednoczenia Charlotte i Daniela. Ale w tym tkwi urok niedopowiedzenia... otwartego zakończenia... możliwości dopisania swojej historii i bycia zadowolonym z rezultatu. W pewnym sensie jest to najprostsze posunięcie, jakie scenarzyści mogli wykorzystać, ale w tym momencie... wybaczam im wszystko.
Nie zgadzam się do teorii co poniektórych, że wydarzenia na wyspie nigdy nie miały miejsca, że były tylko wytworem wyobraźni bohaterów. Po co w takim razie kreować to miejsce, w którym wszyscy mieli się ponownie spotkać. Skoro wszyscy zginęli w wyniku katastrofy Oceanic 815 nie było żadnej więzi pomiędzy nimi, nie mieli żadnych wspomnień. Nie da się przypominać sobie rzeczy, które się nie wydarzyły. Co w takim razie oznaczałyby słowa Juliet - "it worked"?
Tu pojawia się kolejne pytanie - co wspólnego miało zneutralizowanie energii magnetycznej (ew. wybuch bomby wodorowej) do wytworzenia się miejsca, w którym wszyscy ponownie się spotkają. Czy Juliet bredziła od rzeczy?
To wszystko co widzieliśmy w tak zwanych flashsidewaysach mogło wydarzyć się kilkadziesiąt lat po ostatnich pokazanych nam wydarzeniach na wyspie. Tyle rzeczy mogło się wydarzyć i co już nigdy nie będzie nam powiedziane. Czy przez te lata Kate, Lapidus, Richard, Miles, Claire, Sawyer żyli jak
normalni ludzie, zapominając o wydarzeniach z wyspy? A może kompletnie się mylę i jednak nikomu z nich nie udało się ostatecznie opuścić wyspy. Co w takim razie oznaczałyby słowa Hurleya i Bena w rozmowie przed kościołem? Coś jednak musiało się dziać po tym, jak Jack spoczął wśród swojego lasku bambusowego, po tym jak wymienione wyżej osoby odleciały z wyspy...
Nie jestem pewna, czy odpowiedzi na te pytania byłyby satysfakcjonujące. Może lepiej pozostawić je niewyjaśnionymi i pozwolić, żeby serial żył własnym życiem.
Jedno jest pewne - to najlepszy serial jaki kiedykolwiek w życiu widziałam i który tak mocno oddziaływał na moje życie.
Pora zbierać fundusze na wielgaśny box z sześcioma sezonami. Szykuje się wielokrotne powracanie do przeszłości
