Witam
Czytam wasze forum od czasu rozpoczęscia 6 sezonu, poznając wiele ciekawych teorii. Dotąd ograniczałem się tylko do czytania, ale w końcu nie mogłem się powstrzymać i zdecydowałem się na napisanie paru słów. Mam nadzieję, że przyjmiecie ciepło takiego nowicjusza jak mnie.
Najbardziej z serialu interesuje mnie walka Jacoba z MIB. Notabene Jacob to moja ulubiona postać, jeśli chodzi o, że się tak wyrażę, postaci nadprzyrodzone. Ok, ale przechodzę do mojej teorii w kwestii tego, jaka jest ostateczna stawka rozgrywki między tymi dwojga.
Wiadomo, że Jacob chce udowodnić, że ludzie w gruncie rzeczy są dobrzy. MIB nie wierzy zupełnie w ludzi, ponadto męczy go ciągłe sprowadzanie ludzi przez Jacoba. Dlatego też, gdy ten sprowadzał swoje owieczki, MIB beztrosko ja zażynał, tak jak stało się to z załogą Czarnej Skały. Dlaczego Jacob pozwolił mu bezkarnie zabić tych ludzi, skoro sam ich dopiero co sprowadził? Ano dlatego, że Jacob patrzy na takie sprawy jak życie/śmierć przez pryzmat ducha i serca. Na wyspie wielokrotnie pokazano, że istnieje życie po fizycznej śmierci, więc ludzie ci nie przestali istnieć jako byt. Ponadto dla Jacoba o wiele ważniejsze jest to, jaki w głębi duszy jest dany człowiek. Można krzyczeć, czemu ich nie ocaliłeś!!! Ale w tym serialu wydaje mi się, nie tyle chodzi o ocalenie od śmierci, ale bardziej o ocalenie duszy, odkupienie, pokutę itd. Liczą się myśli, uczucia itp. MIB, zabijając tych ludzi, niczego Jacobowi nie udowodnił. Nie wygrał z nim w pojedynku o duszę człowieka. Zakładając, że ci ludzie nie zrobili niczego strasznego (jak np. Michael, który utknął na wyspie jako duch za morderstwa), to poszli prosto do miejsca, o którym Jacob nie chciał opowiedzieć Hugo przy latarni - pewnie dlatego, że "ni oko nie widziało, ni ucho nie słyszało, jak wielkie niespodzianki czekają tam na ludzkie duszyczki"; sam Jacob wracał stamtąd bądź co bądź bardzo zadowolony.
Wracam do Czarnej Skały. Jedynym człowiekiem, którego MIB oszczędził, był Richard. Dlaczego? Ponieważ dostrzegł w nim "szansę" na wygranie duchowej walki z Jacobem. Podłoże tej "szansy" tkwiło bowiem w żalu i bólu Richarda po stracie żony. Wierzę w to, że gdyby Richard pchnął Jacoba nożem, ten zginąłby tak samo jak po pchnięciu przez Bena. Dobra, pewnie nasuwa się kolejne pytanie - a czemu na przykład nie próbował pozyskać kapitana okrętu, który był niezłym zabijaką? Odpowiem pytaniem - a co mógłby mu zaoferować? Pieniądze? Bogactwo? Człowiek, który ma zabić Jacoba, powinien zrobić to z głębokiego przekonania, że czyni słusznie i całym swoim sercem wierzyć w to. Richard był człowiekiem głęboko wierzącym, lecz uwierzył, że Jacob jest diabłem, a jego zabicie to jedyna szansa na wyrwanie żony z jego szpon. Gdyby plan MIB się powiódł, Jacob teoretycznie przegrałby z nim z kretesem, bowiem zginąłby z ręki człowieka, który za wszech miar wierzył, że czyni dobrze, a tak naprawdę dał się namówić do morderstwa drugiej osoby. Podstępem, bo podstępem, ale zawsze.
Pojawia się jednak pytanie czemu w takim razie po zabiciu przez Bena, Jacob ostatecznie nie przegrał? Ano dlatego, że miał już naznaczonych przez siebie kandydatów do zastąpienia go w tej funkcji. Prawdopodobnie to tłumaczy, czemu Jacob tak gwałtownie zareagował na Richarda z nożem w ręku. Przed Benem się przecież nie bronił. Widocznie wtedy nie miał jeszcze żadnych kandydatów na swoje stanowisko. Czy dopiero się do tego przymierzał, a może po rozmowie z Richardem uznał, że MIB jest naprawdę "dobry w swoim fachu" (czytaj może "skorumponować" człowieka, ale nie w taki sposób, że ten zabije z egoistycznych pobudek, ale z najbardziej szlachetnych; troche oszukańcza zagrywka, ale efekt taki sam czyli człowiek zabijający z własnej, nieprzymuszonej woli) tego nie wiem, przypuszczam, że jednak to pierwsze. Faktem jest, że gdyby Jacob zginął wtedy z ręki Richarda, nie byłoby nikogo, kto miałby go zastąpić i MIB byłby wolny i dokonałby na świecie apokalipsy (nie cierpi wszak ludzi, a poza wyspą mordowałby ich w skali światowej)
Po incydencie z Richardem, Jacob postanowił zagrać z MIB o najwyższą stawkę. Znalazł kandydatów i dał się, o dziwo, zabić. MIB wchodząc do środka statuy z Benem, liczył, że Jacob będzie stawiał opór. Pomógłby co najwyżej w jego obezwładnieniu, lecz to Ben musiałby zadać śmiertelny cios. Wyglądało to jednak trochę inaczej. Jacob nie bronił się. MIB wziął jego zachowanie za przyznanie się do porażki. Według mnie Jacob po prostu podwyższył stawkę. Chce bowiem udowodnić, że nawet po swojej śmierci, a więc po utracie pośród ludzi wszechwiedzącego, duchowego lidera, który mawiał "wszystko dzieje się z jakiegoś powodu, "istnieje plan", jest nadal w stanie wygrać i to za grobu! Jest nadal w stanie wygrać, nawet gdy w serca wielu ludzi (np. Richarda) wstępuje ogromne zwątpienie i nadzieja, czyli coś na czym MIB może żywić się jak bakteria na pożywce. W tej sytuacji to MIB przejmuje teraz rolę Jacoba. Zapytacie, rolę? Już tłumaczę. Nie chodzi mi o funkcje ochroniarza wyspy, ale o rolę duchowego przewodnika. Dotąd to Jacob był osobą, której polecenie wykonywało się tak naprawdę przy dozie sporej wiary, można powiedzieć, że w "ciemno" (koleś ukrywał się, nikomu nie pokazywał poza Richardem, mówił enigmatycznie, nigdy nie mówil wprost, kazał wierzyć i ufać w sens tego wszystkiego). Teraz to MIB nosi ten ciężar na swoich barkach.
Jaki ciężar? O co chodzi? Aby to wytłumczyć, przedstawie moją teorię dotyczącego tego, co stało się na wyspie po śmierci Jacoba. Na wyspie nadal obecni są kandydaci, a więc MIB nie może uciec. Ha, to tłumaczy jednocześnie, czemu MIB tak się wkurzył, gdy Jacob wymówił słowa "Nadchodzą". Przybycie kandydatów bowiem skomplikowało mu wszystko, bo pojawił się ktoś, kto według zasad gry swoją obecnością trzyma go nadal na wyspie (Sun, jeśli jest kandydatką, w chwili zabójstwa Jacoba była w jego grupie, więc de facto podążała za nim, a więc się nie liczy. Tak na w ogóle, to zastanawiam się, czy nie właśnie po to, były podróże w czasie, by "osamotnić" Jacoba w linii czasowej, w którym MIB był Lockiem. Ale znowu zbaczam z tematu. A więc na wyspie nadal są kandydaci. MIB nie może uciec. Dodatkowo został uwięziony w formie Locke'a. Ktoś pytał dlaczego? Odpowiadam. Wszyscy z kandydatów wiedzą, że prawdziwy Locke nie żyje. A MIB musi ich przekonać (powiedzmy przekonać ich "wnętrze") do opowiedzenie się po jego stronie, a wiadomo nie będzie to łatwe, bowiem każdy zdaje sobie sprawę, że ma do czynienia z podszywaczem. To prawda śmierć Jacoba wiele MIB ułatwiło, ale to teraz to on musi działać jak niegdyś Jacob. Koniec z podszywaniem się za dziadków, wujków, dzieci, pająki, itp itp. Teraz jesteś tylko i wyłącznie Johnem Lockiem i jeśli dasz radę np. przekonać takiego Jacka, by głęboko uwierzył w słowa de facto oszusta i zgodził się za tobą pójść, to wygrasz.
Dodam jeszcze, że od czasu śmierci Jacoba bije chyba licznik. Mam wrażenie, że ten tajemniczy chłopiec, na którego nienawistnym wzrokiem patrzy MIB, to manifestacja Jacoba, który po pewnym czasie odrodzi się. Jeśli do tego czasu MIB nie przeciągnie na swoją stronę (bądź nie zabije, ale nie własnoręcznie) wszystkich kandydatów, to przegra. Jacob odrodzi się (mam wrażenie, że ten chłopak przy drugim pojawieniu się wyglądał doroślej, ale nie chodzi tutaj o wzrost fizyczny, ale jakby takie przypominanie MIB, że czas płynie szybko

) jako w pełni dorosły, wówczas oficjalnie (umówmy się powołanie nowego strażnika wyspy musi odbyć się w obecności zmartwychstałego Jacoba, a nie ducha gadającego przez Hugo - to efektowna scena na finał) przekaże swoją funkcję komuś (pewnie Jackowi ze względu na cudowną przemianę z człowieka nauki w człowieka wiary) i wtedy MIB znowu będzie uwięziony. Jeśli jednak do tego czasu zgromadzi wszystkich kandydatów w samolocie (zanim Jacob odrodzi się) wtedy wygra i będzie wolny. Wiadomo, że MIBowi nie zależy na lataniu samolotem, ale po prostu wejście wszystkich kandydatów na pokład będzie takim symbolicznym zwycięstwem nad Jacobem - przecież jakoś tym ludziom musi przedstawić plan ucieczki z wyspy, nie powie, że jako dym ich przeniesie.
Uff, ale się rozpisałem. Czekam na ewentualne komentarze. Dopiszę, jak sobie coś jeszcze przypomnę.