Dobra, to jako student filologii polskiej też wypowiem się na temat lektur w szkołach. Chyba poniekąd powinienem

Pierwsze, podstawowe pytanie, jaki jest sens i "zadanie" lektur szkolnych. Wbrew obiegowej opinii, nie jest to jeden wielki proces zachęcania ludzi do czytania poprzez podsunięcie im "ciekawych dla nich" książek. Nie o to chodzi, żeby nauczyciel zadał do przeczytania kilka książek Pratchetta i cztery opowiadania Pilipiuka, bo wtedy uczeń przez to przebrnie, pośmieje się momentami i może mu się spodoba. Przejaskrawiam oczywiście, ale mam wrażenie, że taki pogląd i podejście do listy lektur jest ostatnio dość popularne. Trzeba pamiętać, cała nauka polskiego opiera się mniej więcej na przedstawianiu kolejnych epok literackich, związanych z nimi zmian dotyczących kanonów myślenia, problemów społeczno - historycznych etc. "Ludzi bezdomnych" Żeromskiego można nie lubić i uważać, że to straszne nudy, ale jeżeli uczymy się o Młodej Polsce, to nie możemy pominąć jednej z najważniejszych powieści tej epoki, po wydaniu której Żeromski stał się postrzegany jako swego rodzaju autorytet moralny, poruszając większość założeń epoki w swoim dziele.
I tutaj pojawia się problem, nie tyle w doborze samych książek, co w ich omawianiu. Przyznam się z ręką na sercu (co może trochę dziwić po tym co powyżej): nie jestem wcale fanem spisu lektur jaki istnieje obecnie i będąc w liceum wszystkich lektur nie przeczytałem. Uważam, że niektóre tematy są zbyt pomijane ("Proces" Kafki przerabiany w pół godziny i tyle) a niektóre ciągnięte aż do bólu (Mickiewiczowskie "Dziady" omawiałem w liceum prawie 6 godzin lekcyjnych). Niektóre książki można omawiać fragmentarycznie, przedstawiać na lekcjach treść bardziej skondensowaną etc. Problem polega też na tym, że w polskich szkołach praktycznie ignoruje się prozę z okresu IIWŚ oraz literaturę współczesną i siedzi się przede wszystkim w romantyzmie, pozytywizmie etc. Nie powinno się spisu lektur pisać zupełnie od nowa, powinno się zmienić kilka rzeczy (np. traktowanie wszystkich epok po równo), nie rozwlekać wiedzy na temat niektórych książek i byłoby o niebo lepiej.
Oczywiście nie jestem jakimś polonistycznym cyborgiem i nie twierdzę, że wszystko jest ciekawe. Perełek baroku nigdy nie mogłem znieść, a całe średniowiecze jest dla mnie jednym wielkim ziewaniem. Jednak dużo też zależy od samego nauczyciela i to na nim tak naprawdę opiera się problem. Można pokazać te książki od strony bardziej współczesnej i "ludzkiej", pokazać, że pewne idee, typy zachowań etc. nadal są żywe i nie są aż tak oderwane od rzeczywistości jak przeciętnemu uczniowi się wydaje (Ja dopiero niedawno odkryłem na nowo Słowackiego i "Kordiana" - jaki to naprawdę dobry, mroczny, momentami ironiczny tekst). W polskich szkołach omawianie lektury często kończy się na oglądaniu filmu na kiepskim, starodawnym telewizorze ew. odbębnieniu przez nauczyciela notatek typu
"Wpływ problemów gastrycznych na przemianę Gustawa w Konrada" które tak uczniowie jak i nauczyciel mają w dupie. W taki sposób można obrzydzić nawet najciekawszą książkę.
Jeszcze kilka słów na temat "promowania" czytelnictwa. Zgadzam się, że szkoła pełni także role pedagogiczną i powinna w jakiś sposób zachęcać uczniów do czytania książek i poznawania szeroko pojętej kultury. Nie jest to jednak tylko i wyłącznie jej zadanie. Jeżeli w domu nie czyta się książek a rodzice sami mówią, że
"Ja to w szkole nie czytałem lektur bo po co mi one były he he" to tak naprawdę sama szkoła wszystkiego nie rozwiąże. Kwestia jest znowu w rękach nauczyciela - uważam że brakuje godzin wolnych od "epokowego" programu w których można by przedstawić np. "najważniejszych przedstawicieli literatury amerykańskiej" (gdzie literatura z USA jest naprawdę w wielu przypadkach świetna i bardzo świeża, ale w Polsce zupełnie ignorowana), kazać zrobić prezentacje nt. danej książki na ocenę, poszukać we współczesnych tekstach odniesień do innych i powiązań (nigdy nie zapomnę lekcji w moim liceum na której analizowaliśmy teksty utworów "Metallicy") etc. Możliwości jest wiele. Tylko, że zwykle klasowe wycieczki mające krzewić kulturę zmieniają się w wyjścia bandą do kina na kreskówkę (nie potępiam tego jakoś bardzo, bo sam lubię taką rozrywkę, ale trzeba robić z tego wycieczkę szkolną? Albo chociaż iść na ambitniejszy film?) i poza pójściem na kilka fatalnie prowadzonych lekcji muzealnych, tak naprawdę nic innego się nie robi. A częste poczucie u rodziców, że to szkoła i tylko ona ponosi odpowiedzialność za edukacje i "obycie" ucznia też nie pomaga.
Kwestia jeszcze w wierszach skupiania się na języku, środkach stylistycznych etc. (gdzieś tam temat wyżej był poruszony). Przyznam się - zawsze tego nienawidziłem. Ale fakt faktem trzeba to wiedzieć - wbrew pozorom zastosowanie środków stylistycznych jest ściśle powiązane z samą treścią tekstu. Pokazuje to także rozwój i zmiany zachodzące w naszym języku, kunszt wielu poetów którzy umieli nim manipulować etc. Problem jest taki, że zwykle nauczyciel skupia się przede wszystkim na tym ledwo zahaczając o treść (która, chyba nie muszę mówić, jest najważniejsza) i nie przedstawia tego nacechowania stylistycznego w szerszym kontekście, tylko spłyca niemiłosiernie do
"Jasiu wyjaśnij co to jest alegoria, a ty Maksiu znajdź wszystkie epitety w wierszu".
Jakiś mi giga post wyszedł, przepraszam

Po prostu personalnie dla mnie ten temat jest drażniący i jednocześnie bardzo ważny. Nie wszystko jest świetne i wiele powinno się zmienić w systemie nauczania. Tak czy siak jeżeli ktoś to wszystko przeczyta to wielkie dziękson i pozdro
I nie, nie będę nauczycielem. Podziękujcie mi w imieniu waszych przyszłych dzieci
