Forum Filmowe, Recenzje filmow, Lost: Zagubieni, Seriale | ZERO DOWNLOADU (w tym filmy online), TYLKO DYSKUSJE!

SEZON 4 - fanfick

Twórczość użytkowników związana z "Lost": opowiadania, wiersze itd.
Narion
Forrest Gump
Posty: 10
Rejestracja: 2008-01-16, 21:07

SEZON 4 - fanfick

Post autor: Narion » 2008-01-16, 21:24

LOST – Zagubieni
sezon 4


Na wstępie:
Będę tutaj zamieszczał moją wersję zagubionych. Byłbym wdzięczny gdybyście komentowali. Retrospekcje lub futurospekcje będę oznaczał tak: ***.
NIe wiedziałem czy to dobre miejsce na założenie tego tematu, mam nadzieję, że tak.
Zapraszam do czytania :P





Ps. Oczywiście pierwsza scena zaczyna się nieśmiertelnym ujęciem otwartego oka :D



LOST-Zagubieni
Odc.1 Begining of the end. - Początek końca.



Otworzył oczy. Monotonne pikanie włączonego komputera stawało się nie do zniesienia. Wstał z łóżka i rozejrzał się nieprzytomnym wzrokiem po swoim pokoju. Podszedł do komputera. Nachylił się nad klawiaturą po czym wstukał kilka przycisków.
Z głośników wydobył się dźwięk. Piosenka, która stała się ostatnio niezwykle popularna. Mężczyzna zwiększył głośność i skierował się w stronę łazienki słuchając Charli’ego Pace’a
- You all ewerybody. You all ewerybody…
Przemył twarz i spojrzał w lustro. Przed nim stał średniego wzrostu czterdziestoletni mężczyzna z szerokimi ramionami, ciemnymi włosami i jasnymi oczami. Muzyka ucichła. Wytarł twarz, umył zęby i uczesał włosy.
Założył ubranie i spojrzał w lustro.
Ciszę rozdarło pikanie, to samo które go dzisiaj obudziło. Podszedł do szafki i wpisał kod. Wyjął z środka strzykawkę. Podwinął rękaw i zrobił sobie zastrzyk.
Nagle cały pokój się zatrząsł. Mężczyzna stał przez chwilę w jednym miejscu poczym zaklął i odstawił strzykawkę na miejsce.
Już miał usiąść przy komputerze, gdy w całym pokoju rozległ się dźwięk telefonu. Szybko podbiegł do łóżka i odebrał leżący tam telefon, w tym samym momencie wciskając czerwony przycisk na komputerze. Na ekranie pojawiła się mapa świata i wielki czerwony napis. NAMIERZAM
Po chwili szelestu usłyszał jakieś głosy.
Przyłożył słuchawkę do ucha czując jak lata pracy niezliczonych ludzi przed nim doprowadziły właśnie do tego zdarzenia.
Gdy mówił, starał się aby jego głos brzmiał jak najspokojniej.
- Minkowski. – nie było odpowiedzi
- Halo?
Czekał z niecierpliwością, gdy usłyszał jakiś głos pełen emocji.
- Kto mówi.
Minkowski stał przez chwilę z otwartymi ustami, nie taka powinna być odpowiedź.
- A kto mówi? – zapytał.
- Nazywam się Jack Shephard. Czy... czy jesteście na łódce? Na fraktowcu?
Cholera, jaki Shephard? pomyślał.
- Skąd masz ten kanał?
- Naomi. Naomi powiedziała nam o waszej grupie poszukiwawczej. I o łódce.
Minkowski odetchnął z ulgą.
- Naomi. Znaleźliście ją? Gdzie ona jest? Kim wy jesteście?
- Jestem jednym z ocalałych z lotu 815. Czy możecie namierzyć naszą pozycję?
- Pewnie że możemy. Siedźcie tam spokojnie zaraz tam będziemy.
Sygnał zgasł. Hmm nie tak zaraz. Pomyślał po chwili. Dotarcie tam może zabrać sporo czasu.
Minkowski, odrzucił telefon na łóżko i szybko podbiegł do komputera. Wstukał na klawiaturze 7418880. Monitor zgasł i po chwili włączył się ponownie. Tyle że w miejscu ikon była twarz jakiegoś mężczyzny. Minkowski wziął głęboki oddech.
- Panie Mittelwerk, znaleźliśmy ich.
Rozmówca stał przez chwilę z pół otwartymi ustami po czym uśmiechnął się szeroko.
- Doskonale, wiesz co robić.
Ekran zgasł.
- O tak - powiedział sam do siebie - wiem co robić
Minkowski poprawił logo fundacji Hanso na lewej ręce i wyłączył ekran.
Nagle pokój znów się zatrząsł. Wyjrzał przez okno i powiedział.
- Cholerny statek.




LOST



Jack rozejrzał się do o koła. Stan, który panował do o koło można było nazwać jedynie euforią. Jedyną osobą która nie okazywała radości, była teraz przywiązana do drzewa.
- Czemu to zrobiłeś?
Jack podszedł do niego.
- Co zrobiłem, Ben?
- Czemu zadzwoniłeś.
Jack zaśmiał się, choć ciężko było dopatrzyć się wesołości w tym śmiechu.
- Zadzwoniłem, ponieważ odkąd się tu pojawiliśmy jesteśmy, porywani, mordowani i zastraszani. Dla tego zadzwoniłem.
Ben spojrzał na niego. Jack patrząc na jego twarz, zdziwił się że tak dotkliwie go pobił.
- Popełniłeś błąd Jack.
- O nie już dawno przestałem je popełniać.


***

- Musimy tam wrócić Kate! Musimy tam wrócić.
Już się nie obejrzała. Jack patrzył jak samochód się coraz bardziej oddalał. Po chwili wsiadł do swojego i spojrzał na ogłoszenie z gazety, zamyślił się.
Odpalił i ruszył. Nie zatrzymywał się. Było mu wszystko jedno czy zatrzyma go policja czy nie. Zatrzymał się w tym samym miejscu w którym był jeszcze kilka godzin temu. Wyłączył samochód i wysiadł.
Podszedł do budynku i nacisnął klamkę. Drzwi były zamknięte.
- Cholera.
Naparł z całej siły, już po kilku sekundach usłyszał jak zamek pęka.
Drzwi otworzyły się z hukiem. Wszedł do środka pewnym krokiem. Trumna leżała tak jak ją zostawił. Podszedł do niej.
Jedną rękę położył na niej a drugą zakrył oczy.
- Wybacz mi. – powiedział do siebie.
- Powinienem był cię posłuchać wtedy. Wybacz Ben, popełniłem błąd.



***


Sawyer spojrzał na ciało Toma leżąca kilka metrów dalej w małej dziurze zrobionej przez Sayida.
Rozejrzał się do o koła i wsadził rękę do kieszeni. Wyciągnął z niej cztery kawałki podartego listu.
Spojrzał na nie. Przed oczami przeleciała mu cała seria obrazów. Prawdziwy Sawyer, Casidy, Kate, chwila w której zabił człowiek który zrójnowął mu życie i chwila w której zabił Toma.
- Co to? – Za Sawyerem stała Julliet.
Szybko schował kawałki papieru do kieszeni.
- Mapa do zapasów Świętego Mikołaja. - mruknął sarkastycznie
Julliet uśmiechnęła się.
- A cenne są chociaż te zapasy?
Spojrzał na ciało Toma.
- Nie, już nie.
- Ej.
Obejrzeli się za siebie. Hugo biegł w ich stronę. Wyglądał dość komicznie, podwijając grube nogi i próbując się przebić przez piasek. Zatrzymał się metr od nich by złapać oddech.
- Jack... Jack zadzwonił do tego kolesia na łódce. Mają nas uratować. Tak powiedział. I nie uwierzycie kogo złapali.
- Zgaduje że nie jest to dchłopak z pudełkiem Pizzy – mruknął Sawyer
- Nie, złapali Bena.
Julliet podniosła głowę.
- Jak to? Jak go złapali?
- Nie wiem. Jack powiedział jedynie że go złapali.
Juliet poderwała się.
- Musimy tam natychmiast iść.
- Ale Jack powiedział że musimy tu zostać.
Zapadła chwila milczenia.
- No no no, skoro Kapitan Jack tak powiedział to nie może być inaczej – mruknął Sawyer.


Jack oparł się o drzewo. Spojrzał na Bena i zaczął się zastanawiać.
A jeżeli w tym co mówił Ben jest trochę prawdy? W takim razie skazał wszystkich rozbitków na pewną śmierć, ale to nie możliwe.
- Jak myślisz to prawda? – spytała Kate.
- Co?
Rozejrzał się, nie zauważył jak Kate do niego podeszła.
- To co mówi Ben. Czy to prawda?
- Na pewno nie. Po prostu chciał nas tutaj zatrzymać.
- Ale po co?
- A skąd mam wiedzieć, Kate?
Przez chwilę siedzieli cicho.
- Gdzie jest Lock?- spytała nagle.
Jack rozejrzał się. Dopiero teraz zobaczył że nigdzie go nie ma.
- Jako jedyny z was zachował się odpowiednio do sytuacji.
Rozejrzeli się do o koła. Ben nie patrzył na nich, ale bez wątpienia to on mówił. Wzrok miał zwrócony w kierunku morza.
- Co?
- Jako jedyny uwierzył, że jeżeli mnie nie wypuścicie i nie pójdziecie za mną to wszyscy zginiecie.
- Zamknij się.
Patrzył z nienawiścią na niego. I nagle doszła do niego pewna dziwna myśl.
- Czemu skłamałeś.
Ben odwrócił wzrok od morza i spojrzał na niego trochę nie przytomnie.
- Że co?
- Powiedziałeś, że Sayid, Jin i Bernard nie żyją. Czemu skłamałeś?
Ben patrzył przez chwilę na niego jakby nie rozumiał o co chodzi.
- Aaa – mruknął najwyraźniej sobie przypominając – mówiłem to już. Jesteśmy dobrymi ludźmi, nie zabijamy.
Jack nic nie odpowiedział. Tamten chyba zresztą tego nie oczekiwał bo spojrzał z powrotem na morze.
Lekarz przetarł zmęczone oczy, Kate spojrzała na niego.
- Wyglądasz okropnie.
- Co? – zdziwił się.
- Kiedy ostatnio spałeś.
- Nie ważne, odpocznę gdy to wszystko się skończy.
- To się nigdy nie skończy. – dobiegł głos więźnia.
- Powiedziałem ci , zamknij się!
Kate włożyła rękę do kieszeni i wyjęła tabletkę. Dała ją Jack’owi.
- Zjedz to.
- Co to?
- Postawi cię na nogi.
Nagle usłyszeli śmiech. Ben wisiał związany i śmiał się sam do siebie.
- O co ci chodzi – spytał zmęczonym głosem Jack.
- Byłeś kiedyś uzależniony Jack?
- Że co?
- Chodzi mi o to, że kto jak kto, ale ty powinieneś wiedzieć zaczyna się od takich tabletek.




***



Jack zatrzymał samochód i poprawił czarne okulary. Wyjął opakowanie na tabletki. Otworzył je i zobaczył, że jest całkiem puste. Zaklął i wyrzucił je przez okno.
Wysiadł z samochodu, spojrzał na zegarek, po czym rozejrzał się do o koła. Jego wzrok padł na ciemnoskórego mężczyznę średniego wzrostu, ogolonego na łyso. Zaczął iść w jego stronę, nagle zatrzymał się i odwrócił. Spojrzał na puste opakowanie po lekach, po czym znowu zaklął i podszedł do murzyna.
- Masz to? – spytał nie pewnie.
- Mam mam bracie. – zaczął grzebać w kieszeni po czym wyciągnął małe czarne opakowanie – trzymaj.
Jack wziął do ręki.
- Ile?
- Stówka. - Jack spojrzał na jego usmiechniętą mordę.
- Ile? W aptece kosztuje dwadzieścia.
- To idź do apteki, może ci dadzą. - warknął, a jego uśmiech zniknął. Lekarz pogrzebał w kieszeni i wyjął dwa banknoty.
- Masz tutaj 70 dolców.
- Ej no koleś bądź sprawiedliwy...80
Wcisnął mu do ręki 10 dolarowy banknot i odszedł w stronę samochodu.
Pojechał do hotelu, odebrał klucz w recepcji i poszedł do pokoju. Zamknął go na klucz i usiadł na łóżku. Rozejrzał się do o koła. Jego wzrok spoczął przez chwilę na telefonie. Wyjął jedną tabletkę i ją połknął.
- Na zdrowie – zdążył mruknąć za nim stracił świadomość.



***


Podeszła do niego Claire z Sun. Wstał i odszedł. Nie chciał z nimi rozmawiać przy Benie.
- O co chodzi? – spytał
- Jack, czy nie powinniśmy iść na plażę? – spytała Sun.
- Nie, już słońce zachodzi. Za nim się wszyscy zbiorą to będzie ciemno. Poczekamy do rana i tam pójdziemy.
- Ale, tam jest Charlie. – powiedział Claire - musimy pójść do Charliego, Sayida i reszty bo...
- Jeżeli przybędzie ratunek. To zatrzyma on się na pewno na plaży. Więc nie martwcie się o Jina i Charliego. Jutro z samego rana do nich pójdziemy i wszyscy opuścimy tą wyspę. Wszyscy. Po za tym...
Nagle urwał. Usłyszał jakiś hałas, dochodzący od strony morza.
- Jack – usłyszał szept Kate – to ci ludzie.
I rzeczywiście od strony wody szła do nich pięcio osobowa grupa. Rozejrzał się i zobaczył ciało Naomi. Poczół się dość, głupio gdyż powinni się nim zająć odrazu, ale z powodu euforii całkowicie wszyscy zapomnieli o niej. Z pomocą jednego z rozbitków, zaniósł martwą kobietę pod drzewo i wyjął nóż Lock’a.
Ledwo to zrobili gdy obcy ludzie stanęli przed nim. Wszyscy mieli jednakowe ciemno-szare kostiumy. Ustawili się w równym szeregu. Do przodu wystąpił jeden z nich.
Jack podszedł do niego i podał mu rękę.
- Pan Shephard?
- Tak to ja.
Rozbitkowie stłoczyli się do o koła.
- Nazywam się Henry Adams. Jestem dowódcą delegacji.
- Delegacji... – powtórzył Jack niepewnie. – myślałem że nas stąd zabierzecie.
- I dobrze pan myślał – odparł szorstko. Głos miał nie przyjemny i pozbawiony emocji
- Jutro o tej godzinie będą państwo wchodzić na pokład naszego statku, ja mam jedynie zrobić spis ludzi.
Jack patrzył na niego. Spis ludzi? pomyślał. A po jaką cholerę? Spojrzał na Kate, która miała podobną minę jak on, a następnie na Bena który przypatrywał się mu z wyrazem nie dowierzania na twarzy.




***

Jack powiódł nieprzytomnym wzrokiem po pokoju. O cholera pomyślał, macając głowę. Podszedł do stolika i podniósł butelkę. Przechylił ją i przyłożył do ust. Nic nie poczuł. Przechylił butelkę do góry dnem, a na dywan pociekło kilka kropel.
Odrzucił krokiem i podszedł do lodówki. Wyjął wódkę i pociągnął jeden łyk.
Muszę tam wrócić. Nie mogę tu zostać.
Podjął decyzję, nie chciał tego robić ale nie miał wyboru. Podszedł do szafki i wziął telefon. Wystukał numer i czekał. Słyszał pikanie.
Nie odbiorą pomyślał za późno, trzeba było odraz...
- Kto mówi? – spytał ostry głos.
Dzięki Bogu.
- Shephard, mówi Jack Shephard.
- No no no. – powiedział głos, w którym można było wyczuć cień tryumfu – mówiłem, że pan zmądrzeje. Rozumiem, że pan zmienił zdanie, tak?
- Tak, zrobię to, tylko, tylko muszę tam wrócić.
Nastąpiła chwila ciszy.
- Rozumiem, że nikomu pan nic nie powiedział?
- Nie, oczywiście że nie.
- Hmm, no dobrze. Wie pan gdzie nas szukać.
Rozłączył się.
Jack powoli odłożył słuchawkę. Przez chwilę stał tak. Jak posąg. I poczół ogromną ulgę.
Nareszcie.


***

- Jak się pani nazywa?
- Claire Littleton – odpowiedziała nerwowo.
Nieznajomy właśnie kończył spis, zostało już tylko kilka osób. Podchodził do każdego rozbitka, z podkładką do norowania i zapisywał na nim notatki.
- I leciała pani feralnym lotem tak.?
Claire kiwnęła głową, patrząc na Jack’a jakby szukając wskazówki jak ma odpowiadać.
- A jak pani dziecko przeżyło katastrofę?
- Eee, Aaron urodził się na wyspie.
Człowiek był pierwszy raz zaskoczony.
- Urodziła się pani tutaj? Na TEJ wyspie?
- Tak – odpowiedziała lekko już znudzonym tonem.
- Hmm no dobrze – powiedział i coś zapisał. – może by pani poszła z synem na statek? To nie jest miejscem dla młodej matki.
- No nie wiem, a Charlie i... – rzuciła zrozpaczone spojrzenie Jack’owi.
- Przecież jutro się spotkacie, niech pani zbierze swoje...
- Claire wytrzymała tutaj ponad trzy miesiące, jeden dzień nie sprawi różnicy.
Mężczyzna posłał Jack’owi znienawidzone spojrzenie, ale może doszedł do wniosku, że jest zbyt wielu rozbitków by się sprzeczać.
Wtedy jego wzrok padł na ciało martwej kobiety.
Głośno zaczerpnął powietrza.
- Czy, czy to jest Naomi? - spytał?
- Eee niestety tak... - odparł zakłopotany Jack.
- Ale jak to się stało... - jego wzrok powędrował do Bena który był przywiązany pod drzewem.
- Czy to on to zrobił? - spytał kierując oskarżycielsko palec w stronę Bena.
- Nie - odpowiedział szybko Jack.
- To czemu jest przywiązany do drzewa?
Jack spojrzał na Bena, a w jego mózgu toczyła się zażarta walka. Jedna strona, której przewodniczyła duma chciała powiedzieć kim jest Ben i wyjawić wszystko co wiedzą o Innych, ale druga część zbyt bała się o rozbitków. Po co im te notatki? I dla czego chciał zabrać Claire. I mimo, że nie ufał Benowi i nie do końca mu wierzył, to nie chciał tak ryzykować…
- Jak on się nazywa?
- Boone Carlyle – wypalił Jack
Nie wiedział co go podkusiło, ale jak dojdą do tego że nie jest nim?
Kilka osób rzuciło mu zdziwione spojrzenie, ale większość ( w tym Kate ) jakby się z nim zgadzało.
- Naprawdę? Brat Shannon Rutherford?
- Przybrany. – odpowiedział Ben, a Jack dostrzegł chyba pierwszą dobrą stronę tego, że Inni mają takie dokładne informacje na ich temat.
- Hmm, naprawdę? – powiedział
- Tak – odpowiedział lekko wyzywającym tonem Ben.
- No dobrze – odpowiedział wyraźnie nieprzekonany - czemu jest przywiązany do drzewa?
- Ahh to - mruknął Jack. - To, to by...
- To była pomyłka - powiedziała głośno Kate występując do przodu - Nieporozumienie.
Podeszła do drzewa z nożem. Przyłożyła nóż do więzów. Zawachała się, ale trwało to nie więcej niż trwa uderzenie serca i już po tej chwili wprawnym ruchem przecięłą więzy.
Mężczyzna spojrzał na nich krzywo. Machnął ręką, a dwóch jego toważyszy zabrała ciało Naomi.
- Wrócimy tutaj jutro nad ranem.
Gdy odchodził miał jakiś dziwny uśmiech na twarzy.


Minkowski spojrzał na dwa oddalające się helikoptery. Odwrócił się i podszedł do drzwi, które same się przed nim otworzyły. Wszedł do środka. Musiał zmrużyć oczy, aby przyzwyczaić wzrok do ciemności i migającego czerwonego światła. Po drodze mijał różnych pracowników. Wyczuwało się wyraźne podekscytowanie. Podszedł do jednego z mężczyzn przy komputerach. Ten mu zasalutował. Odpowiedział tym samym.
- Jakieś nowe rozkazy? – spytał Minkowskiego.
- Tak – odpowiedział – proszę zameldować, że zwiad wyleciał.
- Tak jest.
Minkowski szedł dalej. Doszedł do jednego z korytarzy zamkniętych specjalnymi drzwiami. Wstukał kod i skręcił w jeden z korytarzy.
Zatrzymał się przed drzwiami, przed którymi stało dwóch żołnierzy.
- Zaczął mówić? – spytał.
- Nie proszę pana – odpowiedział jeden.
- Mówiliście mu coś o chłopaku.
- Oczywiście, że nie – odpowiedział drugi.
- Dobrze. Wpuście mnie. Pogadam z nim.
Drzwi otworzyły się, a on wszedł do środka. W dość ubogo wystrojonym pokoju siedział czarnoskóry mężczyzna. Wyglądał jak by od wielu dni nie spał. Ubranie miał postrzępione. Na widok Minkowskiego od razu poderwał się.
- Gdzie jest mój syn?! – krzyknął
Minkowski uśmiechnął się.
- Gdzie jest Walt?!
Minkowski uśmiechnął się paskudnie.
- Witaj Michael.


LOST
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: Morgoth » 2008-01-16, 21:39

Wiesz co ci powiem <?>
TO JEST GENIALNE <!> <!> <!>
jak to czytalem to mialem to wszystko przed oczyma jakby to mialo sie wydarzyc...
ale spytales sie o to czy to dobre miejsce... :D powinienes to umiescic w dziale Twórczosc własna xD swietne... jezeli ty to pisales to zamawiam cały sezon :D :D :D :D :D :D :D :D :D
Narion
Forrest Gump
Posty: 10
Rejestracja: 2008-01-16, 21:07

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: Narion » 2008-01-16, 22:08

Ciesze się że się podoba xD
Mam napisane jak narazie ponad 10 odcinków, jeżeli się spodoba, to zamieszczę cały sezon.
Co do miejsca o wolałem tu umieścić, by było bardziej widoczne.
Hutro zamieszczę 2 odcinek.
Pozdro.

Ps. Jeżeli ktoś ma jakieś pytania do ficka, to pisać na gg, lub na PW, lub tutaj :P
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: Morgoth » 2008-01-17, 10:58

ale dawaj te odcinki pojedyńczo, tak żeby apetyt był większy :D , tak z jeden odcinek dziennie :D
niunia
Indiana Jones
Posty: 208
Rejestracja: 2007-12-26, 00:53
Lokalizacja: z Krainy marzeń..

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: niunia » 2008-01-17, 16:39

ja zaraz zacznę czytać..
a moim zdaniem to by idealnie pasowało do tematu "Twórczość własna"
Narion
Forrest Gump
Posty: 10
Rejestracja: 2008-01-16, 21:07

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: Narion » 2008-01-17, 17:30

A o to drugi odcinek, pozdro. Napiszcie co o nich sądzicie.
Pozdro.

LOST-Zagubieni


Odc.2 Ambush - Zasadzka.



Trzy helikoptery wylądowały. Śmigła powoli przestały się obracać. Z każdego wypadło po pięciu ludzi. Każdy miał karabin przy boku, naszykowany do natychmiastowego strzału.
Po woli z jednego helikoptera wyszedł jakiś wysoki mężczyzna. Rozejrzał się znudzonym wzrokiem po okolicy. Wyciągnął telefon i wcisnął kilka przycisków. Machnął na jednego z żołnierzy. Ten przyłożył rękę do słuchawki w uch, przez chwilę stał bez ruchu, a potem wychrypiał do wysokiego.
- Są na południe stąd. O ile tutaj jest coś takiego jak południe.
Wysoki kiwnął głową na znak, że zrozumiał.
Nagle telefon za pikał. Przyłożył go do ucha i powiedział kilka nie zrozumiałych słów.
- Jakie rozkazy? – zapytał ten ze słuchawką.
- Wiecie jakie. – odpowiedział a na jego twarzy pojawił się obleśny uśmiech.
- Czas zastawić zasadzkę.



LOST



To nie jest łódka Penny.
Desmond jeszcze raz uderzył gaśnicą w szybę. Ale szkło nie pękło. Patrzył bezczynnie jak Charlie odbija się od szyby i robi znak krzyża.
- Nie - krzyknął.
Ale mógł jedynie patrzeć jak życie uchodzi powoli z ciała.
Szybko odbiegł od okna w stronę skafandrów. W wojsku mieli dwutygodniowe zajęcia z nurkowania, ale połowę z nich przespał i umiał jedynie założyć maskę i butlę z tlenem.
Szybko wskoczył do wody. Poczuł jak lodowata woda przenika go całego. Włączył butlę z tlenem i już po chwili doszedł do niego dopływ świeżego powietrza. Opłynął „Zwierciadło” i popłynął w stronę rozwalonego okna.
Zauważył szczątkowe ciało Mikhaila, jedna ręka oderwana od reszty ciała jeszcze drgała. Odwrócił wzrok czując, że robi mu się niedobrze.
Z trudem przecisnął się przez dziurę zrobioną przez granat i złapał Charliego, po czym obaj wypłynęli. Desmond spojrzał tęsknie na komputer, na którym jeszcze 2 minuty temu widział Penny, ale wiedział, że wybuch i woda zniszczyły go. Ale mimo to miał nadzieję, że znów zobaczy na niej tą ukochaną twarz.
Nie wrócił się jednak. Płynął cały czas w górę, czując jak powietrze w butli powoli się kończy. Spojrzał na licznik.
Cholera pomyślał Wziąłem prawie pusty zbiornik.
Nagle poczuł jak jego głowa przebija taflę wody.
Rozejrzał się do o koła. Ciało Charliego unosiło się dwa metry od niego.
Podpłynął do niego i chwycił go za ręce.
Rzucił jeszcze jedno tęskne spojrzenie i wypłynął z pomieszczenia.
Machał rozpaczliwie nogami czując jak dodatkowy ciężar go spowalnia. Nagle poczuł, że nie może oddychać. Jednym szarpnięciem zerwał maskę i płynął dalej. Powoli dopadała go panika. Jedną ręką trzymał Charliego, a drugą machał próbując się wydostać.
Lodowata toń wdzierała mu się do płuc…
A przecież światło było już tak blisko…
Wydawało mu się, że każda z kończyn waży kilka ton…
Nie mógł się ruszać…
I nagle poczuł jak jego głowa przebija lodowatą toń. Głośno zaczerpnął powietrza, rozkoszując się tą na nowo odzyskaną umiejętnością.
I wtedy przypomniał sobie po co tu przybył. A chociaż ręce i nogi miał jak z ołowiu to się nie poddawał, płynął dalej.
I w końcu dopłynął. Wyczołgał się na plażę i rzucił ciało towarzysza.
Ależ jest zmęczony. Gdyby się tak po prostu położyć i zapomnieć o wszystkim. Po prostu rzucić się na gorący piasek i spać. Ale zmusił się do odwrócenia ciał Charliego i rozpoczęcia akcji reanimacyjnej.
Tak jak był uczony w wojsku.


***


- No dalej Hume! - usłyszał krzyk instruktora nad uchem.
- Jeżeli tak będziesz ratować komuś życie to jedynie przyspieszysz mu śmierć.
Desmond podniósł głowę. Był na zajęciach z udzielania pierwszej pomocy. Był to wymóg. Trenował teraz na manekinie. Miał on podłączone kable i różne urządzenia, które symulowały pracę narządów.
Nagle rozległ się długi i przeciągły pisk. Instruktor odczekał 20 sekund, aby dać mu szansę przywrócenia akcji serca. Ale po upływie czasu nadal było słychać jedynie pisk.
- Gratulacje, Hume. Właśnie zabiłeś człowieka.

***

- No dalej. - Desmond uderzył w miejsce gdzie znajduje się serce.
- No dalej Charlie, nie poddawaj się.
Cały czas uderzał, nie dopuszczając do siebie myśli, że Charlie za długo przebywał pod wodą aby móc go odratować. Ale nie miał zamiaru się poddawać. Nie w tym życiu.
- Nie uratujesz go. – Desmond rozejrzał się zaskoczony.
Jakieś dziesięć metrów przed nim stała niska starsza kobieta. Desmond spojrzał na nią.
- Znam cię. – powiedział
Ta spojrzała na niego uśmiechnęła się smutno.
- Nie chciałaś mi sprzedać wtedy pierścionka. – powiedział wstając
- Powiedziałaś mi o tej wyspie Powiedziałaś że się rozbiję. Kim jesteś?
- Chyba nie oczekujesz, że odpowiem na to pytanie? W każdym razie, chciałam ci powiedzieć, że go nie uratujesz.
- Nie mów mi, czego nie mogę zrobić! - warknął.
Znowu się pochylił nad przyjacielem i zaczął reanimację.
- Jak sobie życzysz, myślałam jedynie, że może powinieneś ostrzec swoich przyjaciół?
Nie wiedząc co robi oderwał wzrok od Charliego i spojrzał na nią
- Przed czym?
- Ten chłopak – wskazała głową na niego - chyba przekazał ci wiadomość. Skoro to nie Penny tutaj płynie, to kto?


Claire otworzyła oczy i rozejrzał się do o koła. Sun stała nie daleko bawiąc się z Aaronem. Nie co dalej leżał przywiązany do drzewa Ben.
Zaraz po odpłynięciu delegacji związali go ponownie.
Nagle coś przykuło jej uwagę. Na skraju lasu stał Charlie.
Nareszcie przemknęło jej przez głowę.
Natychmiast poderwała się i pobiegła w tamtą stronę.
W miejscu gdzie stał rosły strasznie gęste krzaki. Gdy się w końcu przez przedarła, zobaczyła Charliego. Był cały mokry i siny. Nie, nie siny. Tylko biały.
- Nic ci nie jest? – spytała niepewnie.
- Mih tcetorp tsum uoy.
- Co? Charlie nic nie rozumiem.
Patrzyła na niego.
- Co ci się stało? Gdzie jest Desmond?
- Musisz go ochraniać Claire, musisz go chronić. Chroń Aarona. Oni go chcą. On nie może opuścić tej wyspy.
- Ale Charlie… co ci jest?
Podszedł do niej i chwycił ją za rękę. Próbowała się wyrwać, ale nie mogła.
- Oni już po niego idą. Claire!
Poczuła przeraźliwe zimno i… strach.
Nagle się obudziła. To był tak realny sen. Spojrzała w bok, Sun wciąż bawiła się z dzieckiem. Claire spojrzała w stronę miejsca gdzie śnił jej się Charlie i zobaczyła tam ruch.
Poderwała się i pobiegła tam. Po kilku krokach dostała zadyszki, ale biegła dalej. Sama nie wiedziała dla czego. Szybko odgarnęła krzaki. W końcu się przedarła, ale nie zobaczyła tam Charliego takiego jak we śnie.
Zobaczyła Desmonda… z jego ciałem na plecach.
- Claire? – powiedział nie pewnie
Zemdlała.


***


Wciskanie tego klawisza, będzie jedną wielką rzeczą jaką zrobisz w życiu. Nie możesz się z nią ożenić. Bo wszyscy zginiemy.
Desmond zwolnił i zjechał na pobocze. Wyłączył silnik i oparł głowę o kierownicę. Już nie wiedział czy to co usłyszał od tej kobiety to była prawda czy sen. Teraz sam się sobie dziwił czemu nie zawróci, nie kupi pierwszego pierścionka z brzegu i nie da go jej mając nadzieję, że mu wybaczy.
Od wczoraj Penny nagrała mu się na komórce 6 razy. I nagle podjął decyzję. Co go obchodzi świat i wciskanie jakiegoś przycisku? On chce się ożenić i zrobi to.
Odpalił silnik i już miał zawrócić, gdy nagle w radiu usłyszał.
- Rekordowa wygrana! Nie jaki Hugo Reyes wygrał w ostatnim losowaniu 114 milionów dolarów. Ten facet to miał szczęście. Wytypował liczby: 4 8 15 - Desmond nagle zaczął słuchać uważniej - 16 23 i dodatkowa 42.
Desmond wyłączył radio i samochód.
Patrzył się oniemiały w jezdnie przez nim.
Co mam w końcu zrobić?
Z zamyśleń wyrwało go pukanie do okna. Przed szybą stała młoda latynoska w mundurze policjantki.
Jeszcze tylko policji tu brakowało. Pomyślał.
Odkręcił okno. Na mundurze był napis. Anna-Lucia Cortez.
- Co się stało? - zapytał zmęczonym głosem.
- Przykro mi, proszę pana. Ale tu nie można parkować. Poproszę prawo jazdy.
- Jasne, przepraszam - mruknął.
- Dobra, Anna wypisz mu mandat i spadamy. - krzyknął jej partner z samochodu.
- Wyluzuj Big Mike - odkrzyknęła.
- Jest pan Szkotem, tak?
- Taa
- Ale mieszka pan w Stanach?
- Na to wygląda.
Przyglądała mu się przez chwilę.
- Dobra panie Hume. Nie będę wypisywać za coś takiego mandatu, ale proszę odjechać.
- Dzięki.
- Ej Anna jest jakieś włamanie, wzywają nas.
Desmond odebrał dokumenty i włączył silnik.
Odjechał, ale nie do Penny.

***

Jack przetarł czoło.
- Czyli mówisz, że ci ludzie. Ci, co tu płyną. To nie są ci od twojej dziewczyny. Mówisz, że Naomi kłamała?
- Zgadza się bracie. Mówię też, że jeżeli zostaniemy tutaj jeszcze kilka godzin, to nie przeżyjemy.
Jack patrzył na niego przez chwilę. Byli w wieży radiowej.
- I mówisz, że Charlie utonął podczas waszej wyprawy.
Desmond westchnął i pokiwał głową.
- Czy ktoś o tym wie?
- Tylko ja wy dwoje - wskazał na Jacka i Kate - oraz Claire. Dla tego zemdlała.
- Biedna Claire - mruknęła Kate.
Jack spojrzał na Claire, która leżała obok nich z okładem na czole.
- Nikt się nie może o tym dowiedzieć. Jeżeli ludzie o tym usłyszą wpadną jedynie w panikę.
- Ale jeżeli mamy uciekać przed tymi ludźmi, to wszyscy muszą się dowiedzieć dlaczego.
- Nie uciekamy przed nikim Kate. Na razie pójdziemy do jaskiń. Na wszelki wypadek. A o Charliem nikomu ani słowa. Nikt nie Może się o tym dowiedzieć. Desmond. My dwaj pójdziemy pochować go. Z dala od reszty obozu.


Dojście do miejsca, w którym zostawił Charliego zajęło im 5 minut. Już podczas drogi Desmond wyczuł, że coś jest nie tak. Nie było żadnych śladów. Ani jego ani Claire.
Gdy doszli do miejsca gdzie zostawił ciało, aby móc zanieść Claire, okazało się, że ciała nigdzie nie ma. Nie ma też żadnych śladów, że było wleczone, nie było nawet śladu po ciele. Jedynie mokra plama.
- Może to jakiś ptak, go zabrał - mruknął Jack.
- I nie zostawił żadnych śladów, ciało też nie zostawiło wgłębienia, ani moje stopy? Zresztą to musiałby być chyba jakiś pterodaktyl a nie ptak, aby unieść go, bracie.
Jack przetarł głowę.
- Dobra powiemy Kate i Claire że go zakopaliśmy. Reszcie nie będziemy nic mówić.
- W końcu to i tak się wyda. Lepiej, aby wszyscy naraz się dowiedzieli. Niż krążyły plotki.
- Dobrze - westchnął Jack - powiem o jego śmierci i o tym, że wszyscy musimy stąd iść, jak wrócimy do obozu.
- Jeszcze jedna sprawa bracie. Ten Ben co z nim zrobimy.
- A co mamy robić? Jest naszą jedyną kartą przetargową z Tamtymi.


W ciemnym pomieszczeniu mężczyzna dopalał papierosa i przeglądał jakieś akta. Nagle otwierają się drzwi. Wchodzi innym mężczyzna. Salutuje i kładzie teczkę na biurku poczym wychodzi. Tajemniczy mężczyzna przegląda papiery. Po chwili odzywa się krótkofalówka.
- Panie Minkowski. Halo
- Jestem - odpowiada.
- Znaleźliśmy ich. Są nie daleko nas. Jest ich nie wielu.
Mężczyzna wydmuchał dym, odstawił papierosa.
- Wiecie, co macie robić. Złapcie ich. Możecie ich postrzelić, byle nie groźnie. Po czym zabierzcie ich do Wilka. Beta już pracuje nad mniejszą grupą. Za dwa trzy dni sam tam się zjawię.
- Zrozumiałem, ale mam pewne informację. Wśród tych rozbitków jest jeden z tych ludzi, co tu żyją.
- Co? Jak to możliwe?
- Nie mam pojęcia. Jego też mamy porwać czy zabić.
- Porwać. Ale jeżeli będzie próbować uciec. Wiesz, co robić.



Jack spojrzał po kilkudziesięciu twarzach ludzi znajdujących się przed nim. Westchnął, ale ktoś musi to powiedzieć.
- Jak wszyscy wiecie. Desmond i Charlie wyruszyli do podwodnej stacji, aby wyłączyć blokujący sygnał. Tak abyśmy mogli wezwać pomoc. Niestety jeden z tamtych dowiedział się o tym. I chciał przeszkodzić im w ich misji. Charlie On... On nawiązał kontakt z jakąś osobą i wezwał dla nas pomoc. Dowiedział się też, że Naomi okłamała nas. - Jack spojrzał, na Bena, który leżał oparty o drzewo słuchając go.
- Nie wiemy kim są ludzie którzy do nas płyną. Ale nie jest bezpiecznie zostawać tutaj. Bo skoro Naomi kłamała w jednej sprawie, to mogła też kłamać w innych. Dla tego wszyscy przeniesiemy się powrotem na jakiś czas do jaskiń. Gdy oni wylądują tu to pójdziemy do nich zobaczyć czy naprawdę mogą nas uratować. Ale teraz musimy znaleźć Juliet, Jina, Bernarda, Sayida, Huga i Sawyera.
- A co z Charliem? - ktoś krzyknął.
Jack westchnął.
- Niestety gdy Charlie dowiedział się tego wszystkiego o Naomi dopadł go jeden z tamtych. Wysadził się granatem przez co cała stacja by zatonęła razem z Desmondem i wiadomością o tym kto tu płynie, gdyby Charlie nie zamknął się w jednej z kajut i tym samym nie zatrzymał wody. Niestety utonął. Ale nie zginął na darmo. Razem z Desmondem już go pochowaliśmy, więc nie ma sensu - żeby tu dłużej zostawać. Mam też do was prośbę abyście teraz pomagali Claire, będą to dla niej szczególnie ciężkie dni - Jack spojrzał na nieprzytomną dziewczynę leżącą pod drzewem.
Ludzie zaczęli się rozchodzić szepcząc między sobą.
- Nieźle sobie poradziłeś, Jack - Ben patrzył wprost na niego.
- Ale co później? Gdy tamci odkryją gdzie są jaskinie to gdzie się ukryjecie?
- A co ty proponujesz? Was też znajdą.
- Proponuję abyś mnie wypuścił i powiedział swoim ludziom, że na tej całej wyspie jest tylko jedno bezpieczne miejsce. I proponuję abyście ze mną tam poszli.
Jack uśmiechnął się.
- Myślisz że ktoś ci zaufa? Myślisz że po tym wszystkich co robiłeś...
- A co ja takiego robiłem, Jack?
- Jak to co? Czy ty? Czy ty wiesz co przez ciebie przeżyliśmy?
- No co?
Jackowi przez chwilę zabrakło słów, aby odpowiedzieć.
- Jak to co? Kazałeś porwać Claire. Przez ciebie Michael zabił dwie kobiety, porwałeś mnie, Kate i Sawyera.
- Wiesz czemu kazałem was porwać Jack.
- Tak, chciałeś bym ocalił ci życie, a w zamian
- W zamian mieliśmy cię puścić do domu.
Jack prychnął pogardliwie.
- To nie moje wina, że John zniszczył łódź.
Jack ponownie prychnął i się odwrócił.
- A tak w ogóle to gdzie on teraz jest?
- Bóg raczy wiedzieć. – odpowiedział Ben


John przedarł się przez krzaki, biegnąc przez dżunglę. Już dawno dostał zadyszki, ale się nie zatrzymał.
Boże, jak on mógł do tego dopuścić?
Biegł dalej. Nagle nie wiadomo skąd wyrósł korzeń. Poczuł jak traci panowanie, a chwilę później leżał rozciągnięty na ziemi.
Leżał przez chwilę słuchając własnego oddechu.
Jak ma z nim porozmawiać?
A może powinien pójść do Jacoba? Natychmiast odrzucił tę myśl. O nie. Za nic na świecie tam nie pójdzie.
- Walt! Walt!!! – krzyknął
- Za późno – powiedział łamiącym się głosem – nie udało mi się.
Usłyszał jakiś hałas, szybko odwrócił się na plecy.
Przed nim stała kobieta. Dobrze mu znana kobieta…
- Helen – powiedział niepewnie
- Wstań, John – powoli się podniósł.
- Wiesz gdzie masz iść – powiedziała dotykając jego ręki.
- Idź do świątyni, wiesz gdzie to jest. W końcu – uśmiechnęła się lekko – w końcu jesteś myśliwym.


Desmond podszedł Jacka.
- Musimy wyruszyć natychmiast.
- Tak wiem, ale Claire. Nie doszła jeszcze do siebie.
- Możemy zrobić nosze, albo coś. Zrozum Jack. Jeżeli nie wyruszymy natychmiast to możemy już nie mieć takiej drugiej szansy.
Jack rozejrzał się po wszystkich.
- Dobrze, ale zanim będziemy gotowi do wymarszu upłynie co najmniej z pół godziny.
Desmond pokiwał głową.
- Pójdę więc przodem, aby sprawdzić teren.
- Nie powinieneś iść sam…
- Wiem, Rousseau już się zgodziła.
Jack uśmiechnął się i rozejrzał do o koła.
Ludzie chodzili pod denerwowani i szeptali między sobą.
- Zaraz zadzwonię do Sayida aby szli w stronę jaskiń.
- Jest z nimi Hugo, prawda?
- Tak
- Lepiej nie mów im o Charliem do póki się nie spotkamy.
Jack spojrzał na niego i pokiwał głową.
Desmond wstał. Poprawił karabin na ramieniu i zwrócił się do Rousseau.
- Czas na nas.
Rousseau pocałował Alex wpoliczek i odwróciła się do Desmonda. I razem ruszyli w mroczną puszczę.


- No, no grubasku podrzuć trochę drzewa do ognia bo czuje, że robi się tu powoli „Przystanek Alaska”
Hugo spojrzał z wyrzutem na Sawyera.
Siedzieli w szóstkę do o koło ogniska.
- No nie wiem, czy to dobrze robić taki duży ogień.
- A czego się boisz? – spytał Sawyer – że wpadnie tutaj banda ekologów i wlepi ci mandat za zaprószenie ognia?
Hugo nic nie odpowiedział, ale dorzucił kilka kawałków drewna.
Sayid przetarł ręce i przysunął się bliżej ognia.
Nagle rozległ się dźwięk krótkofalówki.
Arab podniósł ją.
- Tak?
- Zmiana planów, musicie iść do jaskiń.
- Co ale czemu? Czy coś…
- Później ci wyjaśnię, nie ma czasu.
Sayid milczał przez chwilę.
- Dobrze, zaraz wyruszymy.
- I Sayid, eee mógłbyś mi dać na chwilę Juliet?
Przez twarz muzułmanina przebiegł mały uśmiech.
- Oczywiście Jack.. – spojrzał na Juliet, która siedziała obok niego – do ciebie.
Lekko zdziwiona, ale i zadowolona podniosła słuchawkę. Przez chwilę siedziała w milczeniu z małym uśmiechem na twarzy.
W końcu otworzyła usta by coś powiedzieć, ale wtedy spojrzała na swoich towarzyszy, którzy przyglądali im się z ciekawością.
- Poczekaj chwilę - powiedziała do słuchawki.
Wstała i odeszła od ogniska.
Sawyer uśmiechnął się złośliwie.
- Kto by pomyślał, że to taka poważna sprawa.
Po dwóch minutach Juliet wróciła, z lekko różowymi policzkami.
Przez chwilę siedzieli cicho, poczym Sayid przypomniał sobie po co Jack do niego dzwonił. Wstał.
- Musimy iść. – powiedział. Wszystkie głowy zwróciły w jego stronę.
- A to niby czemu – spytał Sawyer.
- Jack powiedział…
- Ach tak, skoro święty Jack powiedział, że idziemy to wszyscy nagle mamy wstać i maszerować. W nocy. Po TEJ dżungli.
- Chyba nie obleciał cię strach – spytał podejrzanie grzecznie Sayid.
Sawyer zaczął się podnosić. Stanął naprzeciw Sayida.
- Posłuchaj panie Super-Arab-Man. Nie wiem jak to jest u was w Irakach i innych…
- Ci
- Że co – warknął Sawyer.
- Bądź przez chwilę cicho, wydawało mi się, że słyszałem…
Nie, nie wydawało mi się – pomyślał. Był pewny. Jest pewny, że coś jest nie tak.
Nagle usłyszał jakiś szmer. Obejrzał się. Jin poderwał się z miejsca wpatrując się w zupełnie inną stronę, Sawyer też się gapił, ale też w inną stronę.
W tej samej chwili ogień zgasł. Jedynym światłem były teraz gwiazdy. Ale i one zgasły kiedy ktoś uderzył go czymś ciężkim w tył głowy, a następnie naciągnął worek na głowę.




LOST









LOST-Zagubieni
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: Morgoth » 2008-01-17, 19:28

jestes swietny!!! zupelnie jakbym ogladal PRAWDZIWYCH lostow ^^
czy ty przypadkiem nie piszesz im scenariuszy ? :P

nie moge sie doczekac az bedzie odcinek z potworem :D, moze wlasnie ten czarmy dym uratuje rozbitkow przed "najeźdźcami" :D


nareszcie Dusq zrobił porządek z umiejscowieniem tego tematu xD
Narion
Forrest Gump
Posty: 10
Rejestracja: 2008-01-16, 21:07

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: Narion » 2008-01-17, 19:57

Ciesze się, że się podoba. xD
Jutro kolejny odcinek.
Pierwszy raz będą retro/futuro pewnej postaci.
powerr
Tyler Durden
Posty: 324
Rejestracja: 2007-12-26, 01:50

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: powerr » 2008-01-17, 21:21

zajefajne te odcinki :!: :!: :!:

Brawo Narion
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: Morgoth » 2008-01-17, 22:16

znalazlem tylko dwie wady twoich cudeniek...
za krotkie i za duzo sie dzieje :D :D :D :D :D nie to co w LOSTach :P akcja co 10 odcinkow a odcinek 40 minut... a tu odcinek 10minut akcja 10 minut na odcinek
bravo bravo... :D
ale mamy szczescie ze do nas trafiłeś :P
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: Morgoth » 2008-01-18, 15:07

Narion..... jestem głodny.... głodny kolejnej dawki twoich cudeniek... a i nie zapowiadaj co sie bedzie dzialo next in LOST :P psuje czesc efektu :P
Narion
Forrest Gump
Posty: 10
Rejestracja: 2008-01-16, 21:07

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: Narion » 2008-01-18, 15:51

Proszę bardzo ;P

Odc.3 All life allone. - Całe życie samotna.







Do o koła panowała ciemność. Nie – pomyślał – nie do o koła. Sayid potrząsnął głową. Na samej górze worka była mała dziurka przez którą wpadała wąska struga światła.
Na rękach miał kajdanki. Stanowczo za duże kajdanki. Najpierw wyjął lewą rękę. Z prawą nie było tak łatwo. Pociągnął, ale ręka nie chciała wyjść. Zacisnął zęby i powoli dłoń zaczęła się wysuwać.
W końcu udało mu się. Siedział przez chwilę cicho, oddychając głośno. Odkąd zostali zaatakowani minęło z 15 minut, a oni nie ruszyli się nawet o metr. Najwyraźniej na coś czekali. Wcale go to nie pocieszyło.
Nachylił głowę. Przez małą dziurkę zobaczył dwóch ludzi. Obydwaj byli odwróceni do niego plecami.
Raz kozie śmierć. – przemknęło mu przez głowę.
Szybkim ruchem ręki zdjął kaptur. Gotów do ataku, poderwał się na równe nogi. Mięśnie natychmiast zaprotestowały. Rozejrzał się. Dwaj żołnierze nadal na niego nie patrzyli. Oprócz nich było jeszcze z dziesięciu, ale wszyscy spali. Podszedł do najbliższego jeńca. Zdjął mu kaptur, okazało się, że to Jin. Obok niego był Sawyer. Jemu też zdjął kaptur. Zauważył, że obydwaj mają założone kajdanki.
Nagle pod jego stopą pękła gałązka. Jeden z mężczyzn obejrzał się i zamarł, z otwartymi ustami. Sayid zareagował instynktownie. Po prostu rzucił się na ziemie, a w miejscu gdzie chwilę temu stał, była dziura po kuli.
Ludzie do o koła zaczęli się budzić. Jin rzucił się na leżącego najbliżej, krzycząc coś nie wyraźnie. Nagle Sayid poczuł jakiś ostry piekący ból, spojrzał w bok. Po brzuchu prześlizgnęła mu się kula, a bluzka zaczęła szybko zmieniać kolor z szarej na czerwono-czarną. Jeden z żołnierzy, który do niego mierzył, uśmiechnął się paskudnie. Podniósł pistolet i wymierzył w niego.
Sayid zamarł z półotwartymi ustami. Nagle z boku pojawił się Sawyer, który staranował napastnika. Obydwaj upadli na ziemię. Sawyer miał skrępowane ręce i nie mógł się podnieść. Udało mu się jedynie spojrzeć w bok na Sayida i wrzasnąć.
- Uciekaj do jasnej cholery!!!
Nie zastawiał się ani sekundy dłużej. Odwrócił się do nich plecami i biegł. Biegł jak jeszcze nigdy w życiu.
Za sobą, jeszcze długo słyszał krzyki bólu.




LOST



***

Wspięła się po schodach. Na wprost niej były wielkie czarne drzwi. Nacisnęła klamkę i weszła do środka. Za nią weszły jeszcze trzy osoby. Trzech mężczyzna. W tym jej mąż.
Podeszli do recepcji.
Niska starsza kobieta, zwróciła na nich swoje władcze spojrzenie i spytała.
- W jakiej sprawie?
- Mieliśmy się skontaktować panem Widmore. – odpowiedział jej mąż.
- Ale w jakiej sprawie? – powtórzyła pytanie.
- W sprawie dofinansowania – odpowiedział kącikiem ust.
Wargi recepcjonistki wygięły się pogardliwie.
- Oczywiście – podniosła słuchawkę i przez chwilę słuchała w milczeniu.
- Pan Widmore oczekuje państwa. 4 piętro
Wskazała na windę.
Weszli do środka. Spojrzała w lustro i lekko poprawiła włosy.
- Robert popraw krawat – powiedziała do męża – a ty René mógłbyś przygładzić to coś co nazywasz włosami.
Usłyszała jego zgryźliwą odpowiedź.
Drzwi windy otworzyły się. Wyszli i skierowali się do biura. Stanęła przed drzwiami z platynową wywieszką na drzwiach „Charles Widmore”.
Spojrzała na męża a ten zachęcająco skinął głową. Wzięła głęboki oddech, zapukała i otworzyła drzwi. W środku siedział mężczyzna koło czterdziestki. Przywitali się i zaczęli rozmowę. Wszystkie dokumenty, które leżały na stole zostały dostarczone oczywiście wiele dni wcześniej.
- A więc – powiedział pan Widmore – oczekują państwo, że wesprę was w tej wyprawie naukowej zarówno środkami finansowymi jak i moimi kontaktami – przy wymawianiu ostatnich dwóch słów, uśmiechnął się lekko.
- Tak, w zamian za osiągnięcia naukowe i odkrycia jakich dokonamy.
Przez chwilę siedział cicho poczym powiedział.
- Dobrze kiedy państwo chcą wyruszyć?
Na twarzach zebranych pojawiły się uśmiechy ulgi.
- Im wcześniej tym lepiej – powiedział Robert.
- Doskonale, za tydzień statek będzie gotowy do podróży, mam nadzieję, że wy również.
- Oczywiście.
Już zbierali się do odejścia gdy zobaczyła zdjęcie jakiejś nastolatki na biurku.
- Ładna dziewczyna – powiedziała.
Widmore uśmiechnął się lekko.
- Pewnie, że ładna, w końcu to moja córka – Penny. – spojrzał na nią
- Życzę powodzenia w wyprawie. – powiedział.
- Dziękuję – odpowiedziała Danielle Rousseau




***



- Daleko jeszcze? – spytał Desmond.
- Nie wiem, byłam tutaj tylko raz w życiu. I to w dodatku bardzo dawno temu.
Szli od kilku godzin. Zapasy wody już dawno się skończyły, a to że od dwóch godzin bez przerwy padał deszcz, a oni szli w prawie całkowitej ciemności, wcale im nie pomagało.
Desmond poczuł jak nagle jego stopa zahacza o jakiś korzeń, a następnie ląduje twarzą w błocie. Usłyszał też dźwięk, który mógł świadczyć jedynie o tym, że w jego plecaku nagle zrobiła się wielka dziura. Zaklął podniósł się. Przetarł twarz i spojrzał na porozsypywane rzeczy. Zaklął ponownie. Rousseau uklękła obok i zaczęła mu pomagać w pakowaniu się. Szkot właśnie wrzucał rozwaloną latarkę do środka równie rozwalonego plecaka gdy zobaczył, że jego towarzyszka zastygła w bezruchu.
- Co się stało? –spytał.
- To zdjęcie, kto na nim jest.
Dopiero teraz zorientował się, że trzyma w rękach zdjęcie jego i Penny.
- Moja dziewczyna – powiedział – moja była dziewczyna – poprawił się.
Spojrzał na nią.
- Znasz ją – spytał
Przez chwilę siedziała cicho.
- Nie – odpowiedziała – nigdy jej nie widziałam.


Sawyer rozejrzał się do o koło.
Świetnie, po prostu doskonale – pomyślał.
Był w jakimś pokoju. Obskurnym, brudnym i śmierdzącym pokoju. Bez mebli i okien. Były tylko drzwi. Obok niego byli Jin, Hugo, Bernard i Juliet.
Wszyscy związani. Gdyby mógł rozciąć więzy. Pokazał by tym draniom kim jest.
Jin mamrotał coś do siebie przez sen.
Na drzwiach było jakieś logo. Podobne do tych, które ma Dharma. Nie mógł zobaczyć co było na nim dokładnie, gdyż prawie nie było światła.


- Co zrobisz? - spytał Desmond
- Słucham?
- Co zrobisz – powtórzył – zostaniesz z nami? Czy wrócisz do swojej kryjówki?
- Wrócę
Przez chwilę szli w milczeniu.
- Dlaczego?
- To nie jest mój dom. Mój dom jest w dżungli.
- Raczej w samotności. Wiesz nie rozum… Sayid
Dziesięć metrów od nich leżał Sayid. Był półprzytomny. Szybko podbiegli do niego.
- Danielle – powiedział do Rousseau
- Co się stało?
- Oni, oni porwali, porwali wszystkich. Sawyer mówił abym uciekał.
Zemdlał. Desmond rozerwał mu koszulę i sprawdził ranę.
- To tylko draśnięcie, zemdlał chyba z wyczerpania i szoku.
Danelle wstała i rozejrzała się.
- Jesteśmy na miejscu – powiedziała Rousseau.
- Że co?
- Jesteśmy już w Jaskiniach.



***

Hałas był nie do zniesienia. Od ponad pięciu godzin trwał sztorm. Danielle jeszcze nigdy nie uczestniczyła w czymś takim. Bała się. Pierwszy raz od bardzo dawna, naprawdę się bała.
Jakieś dwie godziny temu Robert wyłapał sygnał, który nadawał sygnał. Wciąż te same liczby. 4 8 15 16 23 42. René powiedział, że taki miał być sygnał który doprowadzi ich na miejsce badań. Nie dostali dokładnych współrzędnych więc zmienili kurs i popłynęli w tamtą stronę. Teraz miała wątpliwości. Czy dobrze zrobili?
Nagle usłyszała potężny huk. Cały statek podskoczył do góry, a ona uderzyła głową w ścianę. Poczuła, że zapada w ciemność.
Ocknęła się w jakimś ciemnym miejscu. Rozejrzała się. Robert siedział obok z głową zwróconą w drugą stronę, a René spał kilka metrów dalej. Byli w jakiejś chacie, czy jamie. Nie wiedziała co to za miejsce. Próbowała się podnieść, ale ból głowy uniemożliwił jej to. Jej mąż odwrócił się w jej stronę.
- No nareszcie – powiedział, a na jego twarzy pojawił się wyraz ulgi.
- Ile…
- Trzy dni. Ale nie martw się wszystko dobrze.
- Gdzie jesteśmy?
- Na jakiejś wyspie, nie wiem dokładnie, to chyba to miejsce które mieliśmy badać… a chodzi ci o to - machnął ręką w bliżej nie określonym kierunku.
- Nie wiem co to jest. Znaleźliśmy to dwa dni temu. To jakaś opuszczona baza, chyba – dodał po pewnym namyśle.



***



Jack z resztą grupy dotarł dwie godziny później. Sayid był wtedy już przytomny i mógł wszystko dokładnie powiedzieć.
Po wysłuchaniu opowieści Kate wstała, wyjęła pistolet i sprawdziła magazynek.
- Co ty robisz? – spytał Jack.
- Idę odbić naszych przyjaciół – powiedziała Kate patrząc na Jacka jakby go zobaczyła pierwszy raz w życiu.
- Nie możesz tak po prostu iść…
- Owszem mogę, posłuchaj Jack, nie wiem co ty zamierzasz robić w tej sprawie, ale ja nie będę czekać z założonymi rękami.
Jack wyprostował się.
- Posłuchaj Kate, zleży mi tak samo jak tobie na…
- A sprawiasz całkiem inne wrażenie – powiedziała chłodno.
- Na uwolnieniu reszty – dokończył Jack jakby nic nie usłyszał.
- Ale nie mamy ani planu, ani broni, ani nie wiemy gdzie oni są.
Rozległo się ciche chrząknięcie. Wszyscy spojrzeli na Bena, który siedział nie daleko ze związanymi rękami.
- Niedaleko stąd jest stacja badawcza – powiedział – jeżeli gdzieś zabrali waszych przyjaciół to na pewno tam.
- Dobrze – powiedział zmęczonym głosem Jack – Ale to nie zmienia faktu że nie mamy broni.
- Ja mam broń – wszystkie głowy zwróciły się w stronę Rousseau.
- Jest ukryta koło mojego… domu – powiedziała.
Przez chwilę Jack siedział cicho.
- Dobrze, a więc ja i Kate pójdziemy z tobą i weźmiemy co się przyda.
- Też chcę iść – zapiszczała Alex
- Nie ma mowy - powiedziała jej matka
- Ale…
- NIE – powiedziała tonem ucinającym wszelką dyskusję.



***


- Montaine, gdzie ty nas prowadzisz? – spytał Robert
- Zobaczysz, ale mówię wam warto to zobaczyć.
Godzinę temu Montaine wrócił ze zwiadu do ich obozu, krzycząc że znalazł coś nie zwykłego i muszą to natychmiast zobaczyć. Robert się sprzeciwiał, aby Danielle szła z nimi, mówiąc, że kobieta w zaawansowanej ciąży nie powinna tak daleko się oddalać, ale jak ona się na coś uprze to trudno ją przekonać do czegoś innego. Tak więc poszła z nimi.
Montaine zatrzymał się przed wielkim, zakaszlał. Wziął głęboki oddech i odgarnął liście.
Przed nimi był wielki statek z napisem Black Rock.
- O cholera – powiedział René
- Dobrze to ująłeś – mruknęła .
- Ale jak coś takiego jest możliwe? Przecież tutaj nie ma chyba ani tsunami, ani nic podobnego no nie?
Nikt mu nie odpowiedział.
- To co wchodzimy do środka? – zapytał Robert
- A po co mamy się tam pchać? - mruknął René
- Nie jesteś ciekaw?
- Nie.
Więcej nie było czasu na protesty. Nagle usłyszeli jakiś nieludzki hałas. Jakby dziesiątki dźwięków połączonych. Kilkadziesiąt metrów dalej jakieś drzewo się przewróciło, po chwili kolejne. I jeszcze jedno.
Wszyscy byli zbyt przerażeni, aby się ruszyć.
Czuli, że coś ich okrąża. Nagle, zza drzew wyleciało coś, czego jeszcze żadne z nich nie widziało. Ogromny czarny dym. Wszyscy patrzyli na niego. Nikt nawet nie drgnął.
Dym okrążył każdego z nich. Każdy po takim okrążeniu zaczął kaszleć.
Każdy oprócz Rousseau. Gdy dym podleciał do niej, okrążył ją dwa razy po czym normalnie zniknął.

Biegli, najszybciej jak umieli. Jakby od tego zależało ich życie.
- Co to było – powiedział roztrzęsionym głosem René.
- Co to kurw* było? – powtórzył.
Nikt nie odpowiedział, wszyscy nadal biegli.
- Nie ma co Montaine – powiedział Robert – jak ty coś znajdziesz to…
Urwał, a raczej mu przerwano. Ogromny ryk potoczył się po całej dżungli.
Coś biegło na nich. Tym razem nie czekali, tylko uciekali. Rousseau zobaczyła przed sobą jakąś jaskinię, ach gdyby tak udało im się tam dostać… i udało wpadali tam w ostatniej chwili. Najpierw Danielle, potem Robert, René i jeszcze dwóch towarzyszy, ale Montaine potknął się podczas biegu i dopiero teraz zobaczyli co ich goniło. Niedźwiedź polarny. Najprawdziwszy niedźwiedź polarny. Co po środku tropikalnej dżungli robi niedźwiedź polarny.
Montaine doczołgał się do jaskini, ale za późno usłyszeli głośne chapnięcie, a w następnej chwili krzyk bólu. Wciągnęli go do środka. Połowa rękawa była urwana wraz z ręką poniżej łokcia.
Montaine spojrzał żałośnie na swój kikut.
- Moja ręka – wychrypiał - Co ja kurw* zrobię bez ręki?



***


Sayid wyprostował się i spojrzał na siedzącego przed nim mężczyznę. Ben miał związane z tyłu ręce i patrzył na niego wzrokiem pozbawionym emocji. Gdy ostatnim razem był przez niego „przesłuchiwany” bez żadnych zahamowań okazywał strach i wołał o pomoc. A teraz? Teraz siedział spokojnie jakby nic go nie obchodziło. Jakby było mu wszystko jedno co się z nim zaraz stanie.
- Zapytam jeszcze raz. – powiedział w miarę spokojnym głosem – Kim są CI ludzie?
Ben spojrzał na niego pustym wzrokiem. Nie okazywał żadnych emocji, no może lekkie znudzenie. Westchnął.
- Już ci mówił Sayid. Są to ludzie którzy pragną twojej śmierci.


Kate wzięła głęboki oddech i biegła dalej. Biegli już od blisko pół godziny, z jedną drobną przerwą. Spojrzała na Jacka. Wydawał się być tak samo zmęczony jak ona. Jeśli nie bardziej. Ale Rousseau. Po niej nie było widać nawet śladu zmęczenia. Najwyraźniej 16 lat samotnej walki o przetrwanie daje korzyści.
Jej samej, siłę do biegu dawała jedynie myśl o uwolnieniu przyjaciół.
Przyjaciół powtórzyła z ironią. Kogo ona chce oszukać? Przecież nie biegnie po to aby uratować Hurley’a, Jina czy Bernarda. O Juliet też na pewno się tak nie martwi.
Rousseau nagle się zatrzymała. Rozejrzała do o koła i odeszła kilka kroków w bok.
- Co jest – powiedziała Kate – myślałam że idziemy po broń. Do twojej bazy.
- Broń schowałam tutaj. – powiedziała
- Tak na wszelki wypadek.
Danielle uderzyła kilka razy stopą w ziemię. Pochyliła się i odgarnęła liście.
Pod ich stopami znajdował się mały właz. Miał jakiś metr szerokości i tyle samo długości. Po środku było jakieś logo, ale ząb czasu sprawił, że nie dało się teraz rozróżnić co było tam namalowane.
- Znalazłam to kilkanaście lat temu. – powiedziała – pomóżcie mi to otworzyć.
Oboje podeszli lekko nie pewnie i podnieśli wieko. W środku był dół. Miał z metr głębokości i tyle samo szerokości. W środku było mnóstwo broni. Głównie były to karabiny z lat 80, ale znaleźli też kilka pistoletów.
Wzięli po trzy karabiny i siedem pistoletów. Pistolety wrzucili do plecaka Jack’a, a karabiny powiesili na ramieniu. I biegli. Znowu.



- Ludzie którzy pragną mojej śmierci – powtórzył spokojnie Sayid.
- Twojej, mojej, Jack’a, każdego.
Sayid westchnął z rozczarowaniem.
- Możesz to rozwinąć? Powiedz mi czym jest ta wyspa, ten „potwór”- mówił co raz głośniej i szybciej - kim WY jesteście, po co tu jesteście i kim są tamci co tu przypłynęli. Czy jest odpowiedź na te wszystkie pytania? – pod koniec już prawie krzyczał.
Ben spojrzał na niego. Sayida zadziwił jego spokój.
- Owszem jest odpowiedź na te pytania Sayidzie Jarrah. Jest bardzo prosta. Ale jesteś zbyt ograniczony aby móc ją zrozumieć.


***


Rousseau wzięła głęboki oddech. Tak musi to zrobić. Nie ma innego wyjścia. Podeszła do ściany i wzięła karabin. Naładowała go.
Odkąd wrócili z wyprawy do Czarnej Skały wszystko zaczęło się psuć. Montaine zmarł dwa tygodnie później. Przez ostatni tydzień miał gorączkę, a na koniec zaczął majaczyć.
Próbowali sobie wmawiać, że to przez oderwaną rękę. Musiało się wdać zakażenie i to dla tego. Ale trzy dni później zachorował René, potem jeszcze trzech mężczyzn. Została tylko ona i Robert. Ale wczoraj widziała wyraźnie jak kaszle i robi sobie okład z zimnej wody.
Została tylko ona. Gdyby to było tylko ten jeden powód to nigdy nie zrobiła by tego co właśnie zamierza, ale jeżeli przybędzie ratunek? I wywiozą tą chorobę do Francji, albo gdzieś indziej? No i jeszcze jej dziecko. Urodzi się za kilka dni. Nie może dopuścić aby się zaraziło.
Boże wybacz mi. Pomyślała.
Wzięła karabin i podeszła do René. Majaczył coś przez sen.
- Nie… - wychrypiał – Jacob… już tam nie pójdę… przysięgam.
Nagle otworzył oczy.
- Danielle…? – powiedział niepewnie.
Spojrzał na karabin, a potem na nią.
- Przepraszam René – powiedziała łamiącym się głosem.
- Co ty robisz do kurwy nędzy? – zapytał
W odpowiedzi pociągnęła za spust.
Kilku ludzi poderwała się, ale nie zastanawiała się ani chwili dłużej. Zastrzeliła wszystkich. Oprócz jednego. Robert był na zewnątrz. Specjalnie czekała aż wyjdzie.
Wzięła dwa głębokie wdechy poczym wyszła za nim.
Było południe. Ale dżungla była tu tak gęsta, że światło ledwo prześwitywało.
Przyłożyła karabin do oka, gotowy do strzału.
Nagle usłyszała hałas. Odwróciła się tak szybko jakby od początku stała twarzom w przeciwnym kierunku.
Robert stał z wymierzonym w nią karabinem. Po czole spływał mu pot. Ale nie był o n wywołany stresem, tylko chorobą. Przez chwilę mierzyli do siebie. I nagle usłyszeli ciche pyknięcie.
Jej mąż patrzył przez chwilę na nią, potem spojrzał na swój karabin i wybuchł śmiechem. Śmiał się jak szaleniec, grubo ponad minutę. Gdy wreszcie przestał, odrzucił karabin na bok i spojrzał na nią, a na jego przystojnej twarzy wypłynął uśmiech szaleńca.
- Ty mała spryciulo – powiedział – to dla tego tak się upierałaś, aby całą broń przerzucić do tamtego schowka. Zostały tylko dwa karabiny. Twój i ten złom
- Przepraszam Robert – powiedziała cicho.
- A powinienem pamiętać, że nie działa bo przecież sam to odkryłem, prawda? – powiedział jakby nie usłyszał co powiedziała jego żona.
- Ja muszę…Robercie.
- A pamiętasz jak odkryłem, że nie działa? To było dość śmieszne. To wtedy René…
Rousseau pociągnęła za spust. Jej mąż stał przez chwilę w miejscu po czym dotknął swojej rany, spojrzał na nią i powiedział:
- Do zobaczenia w następnym życiu.




***


Rousseau zatrzymała się tak nagle, że biegnący za nią Jack i Kate, mało co na nią nie wpadli.
- Co się stało? – spytała Kate
Nie odpowiedziała od razu. Stała przez chwilę nieruchomo i słuchała.
- Wydawało mi się, że… - nagle urwała.
Złapała Kate za ramię, a Jack’a za bluzkę i pociągnęła ich na ziemię w krzaki.
- Co jest? – spytała ponownie Kate – nie możemy tracić czasu…
Danielle zasłoniła jej usta rękom. Przez chwilę siedzieli cicho w mokrej trawie nasłuchując. I nagle. Bez żadnego ostrzeżenia, tuż przed ich oczami pojawiła się stopa w sandale.
Jack wstrzymał oddech, czując, że serce wali mu jak młot.
Stopa przesunęła się dalej, a za nią pojawiła się kolejna i jeszcze jedna i następna.
Naliczył z pięciu ludzi. Inni przeszli powoli, ostrożnie stawiając każdy następny krok.
Gdy już zniknę li, trójka rozbitków nie ruszyła się z miejsca i Jack mógłby siedzieć jeszcze przez kilka minut w krzakach, ale Kate i francuska poderwały się w tej samej sekundzie patrząc na niego wyczekująco.
Lekarz westchnął i wstał.
Czekała ich jeszcze długa droga.
***


Rousseau przetarła oczy. W jej ramionach mała Alex spała. Była z nią dopiero tydzień, ale Rousseau wiedziała, że nigdy nikogo już tak nie pokocha.
Wyprostowała się w fotelu. Tak jej się spać chce. Nie zmrużyła oka od dwóch nocy. Prawdę mówiąc to nie mogła usnąć odkąd wróciła trochę ponad tydzień temu z wieży radiowej. No i bała się usnąć, bo ciągle przychodziło jej na myśl, że ta osoba, która podpaliła ten carny dym, może chcieć odebrać jej dziecko.
No ale przecież jest sama na tej wyspie, a ten dym to równie dobrze mógł być wywołany przez burzę. Błyskawica uderzyła w drzewo, to się podpaliło i stąd to całe zamieszanie.
Zresztą poczuje jeżeli będzie coś nie tak.
Ten fotel jest taki wygodny.
Poczuła jak jej powieki same opadają.

Zdawało jej się, że dopiero co zamknęła oczy gdy się obudziła.
Ledwie się obejrzała gdy już wiedziała, że coś jest nie tak.
Karabin był po drugiej stronie pokoju, a pamiętała że położyła go koło siebie.
I nagle poczuła jak jedna ręka zasłania jej usta, inne ręce chwytają ją z tyłu, a jeszcze inne wyrywają Alex.
Chciała się poderwać, ale ktoś ją przytrzymywał.
Alex zaczęła płakać. A ona mogła tylko patrzeć, jak jakaś niska postać zabiera ją i wychodzi z jej domu.
Ktoś inny pochylił się nad nią, nie widziała jego twarzy, ale zapamiętała głos.
- Jeżeli nie będziesz nas szukać i już nigdy, powtarzam NIGDY nie skontaktujesz się, ze swoją córką, to pozwolimy jej żyć wśród nas. Nie zrobimy jej krzywdy. Tobie też nie. Będzie miała z nami o wiele lepiej niż z tobą tutaj. Ale pamiętaj, już nigdy się nie spotkacie.
Puścił ją. Była tak przerażona, że nie mogła nawet ruszyć rękom. Dopiero po kilku minutach wyszła chwiejnym krokiem z domu i ruszyła za nimi bełkocząc.
- Oddajcie mi Alex, oddajcie moją córkę…
Nie oddali.
Dzień później musiała wrócić i się pogodzić, że już nigdy jej nie znajdzie.


Lecz to nie był koniec koszmaru. Najgorsze miało dopiero nadejść.
Samotność.
Szesnaście lat samotności w dżungli.
Bez nikogo. Tylko ona i jej wyrzuty sumienia z powodu śmierci załogi.
W snach ciągle ich widziała.
Montain’a bez ręki.
René z wyrazem nie dowierzania na twarzy.
I jej męża patrzącego na nie działający karabin i śmiejącego się jak szaleniec.
I po szesnastu latach doszła do wniosku, że ma dość takiego życia.
Poszła do miejsca gdzie zabiła Roberta. Przyłożyła sobie karabin do głowy i stała tak w bezruchu.
Nie miała odwagi.
Ale wtedy przypomniała sobie ten głos i poczuła, że jest jej wszystko jedno.
Przyłożyła i palec do spustu i już miała nacisnąć spust gdy…
- Pomocy! Ratunku!
Rozejrzała się i podeszła do miejsca z którego dochodził ten hałas.
W jednej z jej pułapek wisiał jakiś arab.
Spojrzała na swój karabin, a potem w niebo.
Dzięki ci Boże – pomyślała.


***


Wrócili godzinę temu. Jack rozpakował broń i razem z Sayid’em uzgadniali plan działanie. Jeżeli Ben nie kłamał to ta stacja powinna być w miarę nie daleko.
Rozejrzał się. Kate chodziła w kółko najwyraźniej uważała, że to lepszy sposób na spędzanie czasu niż siedzenie przy broni.
Rose i San siedziały cicho. Desmond rozmawiał cicho z Claire. Najwyraźniej sama chciała się wszystkiego dowiedzieć. Co jakiś czas wybuchała cichym płaczem i wtedy najczęściej Kate przerywała chodzenie i próbowała ją pocieszyć.
Nieco dalej Danielle rozmawiała z córką.
- Ale dlaczego wracasz? -spytała Alex z oczami pełnymi łez.
- Muszę – powiedziała cicho jej matka.
- Nie wcale nie musisz. Po prostu się boisz. Tylko nie wiem czego.
Rousseau westchnęła.
- Tak boję się – przyznała – boję się że tobie coś zrobią.
- Że co? - spytała z nie dowierzaniem.
Patrzyła na nią nie rozumiejąc ani słowa.
- Gdy cię zabierali, powiedzieli że jeżeli będę cię szukać to coś ci zrobią.
Alex patrzyła przez chwilę na matkę. Podeszła do niej.
- Ale to było szesnaście lat temu. Teraz mają inne problemy na głowie niż uganianie się za mną. Proszę zostań.
Po policzku spłynęła jej samotna łza.
Rousseau otarła ją i jej uwierzyła.
- Dobrze – odpowiedziała cicho – zostanę.




Juliet rozejrzała się do o koła. Już nikt nie spał. Nikt się nie odzywał. Wszyscy patrzyli się w drzwi, na których widniało logo Dharmy. W ośmiokącie był wizerunek wilka z rozdziawioną paszczą, a pod spodem napis: The wolf.
Juliet nigdy nie słyszała o tej stacji, ale już przyzwyczaiła się, że o wielu rzeczach jej nie mówiono.
Odkąd się tu znaleźli nikt do nich nie zajrzał.
Trochę ją to martwiło.
Wolałaby chyba, żeby już ktoś ich przesłuchiwał.
Nagle drzwi otworzyły się z głośnych hukiem.
Do środka wmaszerował. Średniego wzrostu mężczyzna. Omiótł spojrzeniem salę i podszedł do Hurley’a.
- Słuchajcie mnie uważnie bo nie będę się powtarzał. Gdzie są wasi przyjaciele? – zwrócił się do Hurley’a.
- Nic mu nie mów – warknął Sawyer.
Juliet jęknęła i pokręciła głową. Czemu nie siedział cicho?
- Ach tak – powiedział nieznajomy – Pan James Ford, czy może Sawyer?
- Dla ciebie Pan Sawyer – powiedział z okropnym uśmiechem.
Ten nic nie odpowiedział. Podszedł do niego powoli.
- No i co zrobisz panie twardzielu? Może…
Ale nie dokończył. Mężczyzna kopnął go z całej siły w brzuch, potem jeszcze raz i jeszcze raz.
Sawyer zawisł w linach i wypluł coś o kolorze żółto-czerwonym.
- Niech pan będzie przez chwilę cicho z łaski swojej, Panie Sawyer.
- Wal się – wydyszał.
W odpowiedzi nieznajomy się uśmiechnął się.
Podszedł do Hugo, wyjął pistolet i wycelował w niego.
Reyes wpatrywał się w niego nie mogąc wymówić nawet jednego słowa.
- Gdzie - oni – są – powiedział wypowiadając każde słowo powoli.
- Ja… ja mam, ja nie wiem…
Ten tylko westchnął ze znudzeniem i strzelił tuż obok jego głowy.
- Nie będę się powtarzał, następna trafi w twoją głowę. Powiesz?
- Tak – wychrypiał – powiem.




LOST
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: Morgoth » 2008-01-18, 23:09

cuuuudne jak zawsze ale ta czesc byla ciut bardziej przewidywalna :P
Narion pisze:Czuli, że coś ich okrąża. Nagle, zza drzew wyleciało coś, czego jeszcze żadne z nich nie widziało. Ogromny czarny dym.
Na to czekałem :D
Awatar użytkownika
MarQuess_Axel93
Indiana Jones
Posty: 125
Rejestracja: 2008-01-15, 15:11
Lokalizacja: Kopanica

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: MarQuess_Axel93 » 2008-01-19, 16:34

Masz talent . Naprawde ciekawe rozwiązanie.
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: Morgoth » 2008-01-21, 15:01

Narion kiedy nastepny odcinek :?:
Czyzby wygasła umowa naszego forum ze scenarzystą :?: :D
Jesteśmy spragnieni twojej twórczości :P
Narion
Forrest Gump
Posty: 10
Rejestracja: 2008-01-16, 21:07

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: Narion » 2008-01-21, 16:06

Kolejny odcinek, czekam na recenzję xD

LOST - Zagubieni

Odc.4 Honest criminals - Uczciwi przestępcy



- Musimy tam wrócić, Kate.
Spojrzała na niego. Łzy same cisnęły jej się do oczu. Powstrzymała je ostatkiem sił. Przez chwilę patrzyli sobie prosto w oczy, poczym weszła do samochodu i zatrzasnęła drzwi.
Przekręciła kluczyk w stacyjce. Nacisnęła pedał gazu. Przez otwarte okno doszedł jeszcze do niej krzyk Jack’a.
- Musimy tam wrócić!
Nie – pomyślała – wcale nie musimy.
Wyjechała z lotniska prawie sobie nie zdając z tego sprawy.
Jak on mógł, jak mógł.
Przecież wyraźnie mu dała do zrozumienia, że to jego wina. Tak się upierał żeby stamtąd. A teraz co? Niby już chce wracać? Znów robić z siebie bohatera ratować wszystkich, wyciągać z płonących wraków. I może myśli że wrócą tam razem. Że będą razem. Przecież dała mu jasno do zrozumienia, że zaprzepaścił już swoje szanse. Zresztą już jej nie zależy na nim, od dawna przestało zależeć. Po za tym – prowadziła dalej dyskusję sama ze sobą, a na jej ustach pojawił się pierwszy raz prawdziwy uśmiech od wielu godzin – interesował ją teraz jeden mężczyzna.
Nie zdała sobie sprawy z tego, że już dawno temu wjechała na ulicę. Nagle oślepił ją blask białego światła. Skręciła gwałtownie w prawo. W ostatniej chwili, bo sekundę później a tir, który przejeżdżał tym samym pasem co ona, zrobił by z niej krwawą plamę. Zobaczyła w lusterku jak kierowca wychyla się i wrzeszczy przez okno jakieś obelgi pod jej adresem. Pokazała mu środkowym palcem co o nim myśli o pijanych kierowcach.
Dopiero kiedy wjechała powrotem na jezdnię zdała sobie sprawę, że pijany kierowca miał jednak rację. Szybko zmieniła pas aby uniknąć zderzenia z jakąś furgonetką. Postanowiła już nie rozmyślać na temat Jack’a dopóki nie wysiądzie z auta.
Zatrzymała się przez sporej wielkości blokiem. Wysiadła zamknęła pilotem samochód i ruszyła w stronę drzwi. Weszła do środka. Podeszła do windy i ją wezwała. Czekając na nią wymyślała wymówkę, jaką mu powie o tym gdzie była. W końcu porządnie by się wnerwił gdyby mu powiedziała, że przerwała ich małą „zabawę” tylko dla tego, że Jack zadzwonił. Ale ona naprawdę myślała, że to coś ważnego.
Ciche pyknięcie oznaczające, że winda właśnie przybyła, wyrwało ją z rozmyślań. Weszła do środka i wcisnęła przycisk z numerem osiem. Światełko powoli przesuwało się miedzy guzikami, od „P” do „8”.
Wreszcie kolejne pyknięcie poinformowało ją, że jest na miejscu. Drzwi same się rozsunęły, a ona wmaszerowała na korytarz. Szła brązowym dywanem, po którego obu stronach znajdowały się białe, dębowe drzwi. Przechodziła obok nich czytając numery:
57,58,59, no nareszcie 60 – pomyślała i zapukała.
Znając jego charakter wcale by się nie zdziwiła gdyby wyszedł całkiem goły, więc się lekko zdziwiła gdy go zobaczyła przepasanego w pasie niebieskim ręcznikiem.
Wiedząc jej ściągnięty brwi, powiedział.
- No co? Przed chwilą jakaś facetka pomyliła pokoje. Wcale nie miałem ochoty drugi raz pokazywać jej się goły.
Uśmiechnęła się, złapała go za ręcznik i podeszła przyciskając się do niego.
- Na czym skończyliśmy? –spytała Kate.
- Na tym samym, tyle że to ja ściągałem ręcznik z ciebie – odparł Sawyer.




LOST
***



Rousseau zrzuciła plecak na ziemię.
- I co? – spytała od razu Kate.
Ta nie odpowiedziała od razu. Rozmasowała sobie nadgarstki i wypiła trochę wody z bukłaku. Prawie pięć godzin temu wyszła na zwiad, aby sprawdzić czy to co powiedział Ben na temat stacji jest prawdą.
- Wygląda na to – powiedziała po chwili – że to co on mówił to prawda.
Ben uśmiechnął się lekko. Nie trzymali go już przywiązanego do drzewa, ale nadal go pilnowali mimo jego zapewnień że nie będzie próbował ucieczki.
- A powiesz coś dokładniej – spytała nachalnie Kate.
Francuska spojrzała na nią.
- Widziałam tam kilku ludzi, parę skrzyń z których wyjmowali różne pudła i faceta który odmalowywał to logo. Ale myślę – powiedziała po chwili wahania jakby się zastanawiała czy to co powie nikogo nie urazi – że powinniśmy poczekać z naszą akcją ratunkową co najmniej jeden dzień.
Zapadło na chwilę milczenie.
- A czemu tak uważasz? – spytała Sun, która razem z Ros’e siedziały obok Kate.
- Bo widziałam również jak przez chwilę wszyscy zebrali się na plaży i stali w szeregu, a jeden z ludzi coś do nich mówił. Podeszłam więc bliżej. Zrozumiałam, że trzy czwarte ich ludzi ma dzisiaj odpłynąć z powrotem do statku, złożyć raport odpocząć i wrócić z posiłkami.
Jack stał przez chwilę w milczeniu, potem spojrzał w stronę Sayida, który kiwnął głową do dodania mu otuchy.
- Zgadzam się z Rousseau. Jutro z samego rana wyruszymy tam. Jeżeli by nadal tam byli to poczekamy w dżungli…
- Jack – odezwała się Kate – nie możemy dłużej czekać, skąd wiesz co oni im teraz robią? Może ich biją, albo przesłuchują albo jutro rano będą już…
- Kate, martwię się o nich tak samo jak ty uwierz mi – spojrzał jej w oczy – ale iść na pewną rzeź to bezsensowne posunięcie. Najlepiej zaatakować jak będą najsłabsi.
Nic nie odpowiedział. Tylko spojrzała na Rose i Sun, które miały miny jakby się zgadzały z nią.
- Posłuchajcie, wszyscy. Wiem, że się martwicie o swoich, mężów i przyjaciół, ale jeżeli pójdziemy teraz to nic im to nie pomorze. Jutro kilkoro ludzi pójdzie tam ze mną i uratujemy ich wszystkich. Obiecuję to wam.
Obydwie, żony wyglądały na nieco uspokojone, ale Austen patrzyła na niego ze złością.


Minkowski przejechał pistoletem po spoconym policzku Reyes’a.
- No więc Hurley, gdzie są twoi towarzysze?
- Oni, oni się ukryli
- Ale gdzie?
Reyes potoczył przerażonym wzrokiem po twarzach przyjaciół. Sawyer kręcił głową, Bernard wytrzeszczył na niego oczy, Jin gapił się na niego jakby go pierwszy raz w życiu zobaczył. Twarz Juliet nie wyrażała niczego.
- Ja was przepraszam – wychrypiał do nich – ale ja już nie wytrzymuję tego.
- I słusznie robisz – powiedział Minkowski – przejdź na właściwą stronę. Pomyślimy o odesłaniu was do domu. Co ty na to?
- Dobrze. Oni, oni – wziął głęboki oddech i powiedział wszystko bardzo szybko jakby miał nadzieję, że w ten sposób wyrządzi mniejszą krzywdę – oni schowali się w stacji strzała.
Wszyscy zastygli w bez ruchu gapiąc się na niego z otwartymi ustami. Tylko przez twarz Juliet przebiegł cień uśmiechu.
- W strzale? – w jego głosie pierwszy raz zabrzmiało zdziwienie. – Skąd wiecie o strzale?
- Ci z końca samolotu tam mieszkali przez jakiś czas, to jakiś magazyn czy cos takiego. W każdym razie jest dość duże.
- Magazyn – powtórzył z pogardą i uśmiechnął się paskudnie – ty idioto to nie jest żaden magazyn.
Wstał. Odwrócił się i zaczął iść w stronę drzwi.
- Zaraz – powiedział Hugo – przecież miałeś nas wypuścić.
- Najpierw zobaczymy czy to co powiedziałeś było prawdą. – odparł zamykając za sobą drzwi.



***



- Cholera – krzyknął Sawyer.
- Co jest?
- To ten cholerny krawat. Nigdy jakoś nie umiałem ich wiązać.
- Poczekaj.
Stanęła między nim, a lustrem. Po dwudziestu sekundach krawat był zawiązany. Pokręcił z niedowierzaniem głową.
- Jak ty to robisz – mruknął pod nosem.
- Lata praktyki, jakbyś miał tylu facetów co ja – powiedziała z uśmiechem – to też byś się nauczył.
- Nie chodziło mi o krawat – powiedział patrząc w lustro na swoje włosy.
- A o co?
- Jak robisz, że namawiasz mnie do uczciwej pracy, co sobie pomyślą moi znajomi gdy zobaczą, że zarabiam na życie w całkowicie legalny sposób.
Ona tylko zaśmiała się i przywarła do niego ustami. Drobny całus przerodził się w namiętny pocałunek. Upadli na łóżko. Sawyer spojrzał na zegarek.
- Eee za pół godziny mam spotkanie. Więc…Kate!
- Co? – spytała z niewinną miną na chwilę przerywając rozpinanie koszuli.
Podniosła na chwilę głowę i tułów, ale ręce wciąż trzymała na jego klatce piersiowej.
- Za pół godziny muszę wyjść.
- To co z tego? – uśmiechnęła się w jakiś dziwny sposób. Sawyer znał ten uśmiech widział go już setki razy gdy naciągał różne kobiety. Uśmiechały się tak gdy zaczynało im odbijać. Sawyer znał i lubił ten uśmiech.
- Nic – odpowiedział przyciągając ją do siebie.



***



Do środka wszedł jakiś chłopak. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat.
W rękach trzymał wielkie pudełko. Podszedł do nich i spojrzał na nich. Uśmiechnął się.
Położył pudełko na ziemi.
- Dzień dobry – powiedział. Spojrzeli na niego ze zdziwieniem.
- Nazywam się Tom Cotton. Jeżeli obiecacie nie podejmować próby ucieczki to dam wam jeść.
Gdy nic nie odpowiedzieli, uśmiechnął się jeszcze raz.
- No cóż. Nie mogę nic poradzić na to, że jesteśmy po przeciwnych stronach, ale nadal możemy zachowywać się jak ludzie cywilizowani. – a gdy nadal nic nie mówili powiedział – na razie zadowoli mnie brak otwartej wrogości. Macie związane ręce, wyjmę wam jedną, prawą, abyście mogli sami zjeść. Ale nie próbujcie żadnych głupich sztuczek bo nic nie zjecie przez najbliższych kilka dni.
Wyjął z pudełka talerze, na których – ku wielkiemu zdziwieniu rozbitków – były gorące potrawy. Przed każdym z jeńców postawił talerz z pieczonymi ziemniakami, pokrojonym kotletem z piersi kurczaka startą marchwią, widelcem i kubkiem soku pomarańczowego.
- Radzę wam – mówił wyjmując z więzów po prawej ręce każdego więźnia - jedzcie po woli. Od dawna nic nie jedliście, a wasze żołądki już się odzwyczaiły od tego typu potraw. Pół godziny po posiłku puszczę was do łazienki. No jedzcie! - powiedział.
Hugo doszedł do wniosku, że jest to dość miły człowiek, a talerz pełny jedzenia całkowicie rozwiał jego wątpliwości.
Wszyscy powoli i nieufnie zaczęli początkowo, małymi kęsami jeść. Gdy okazało się, że nic im się nie stało, całkowicie doszli do wniosku, że można mu ufać.
Tom Cotton wyjął z pudła składane krzesło i usiadł na nim, naprzeciw nich.
- Muszę was przeprosić za Minkowskiego. – powiedział – jest ostatnio wkurzony i nie można go za to winić.
Zagwizdał cicho gdy rozpinana koszula Sawyera uchyliła się gdy nakładał na widelec kawałki ziemniaka.
- Nieźle ci wczoraj wkopał – mruknął.
Przetarł ręce. I spojrzał po rozbitkach.
- A więc przetrwaliście katastrofę samolotu. – powiedział do nich – musze przyznać, że mieliście mnóstwo szczęścia. Ale co ile osób leciało tym samolotem.
- A skąd mamy to wiedzieć co? – mruknął Sawyer.
Tom wyglądał na nieco zdziwionego.
- Nooo myślałem, że po tylu dniach doszliście ile was jest na wyspie. – powiedział.
- Ale nie wszyscy mieli „mnóstwo szczęścia” jak to ty powiedziałeś.
Cotton zesztywniał. Wychylił się tak do przodu, że prawie spadł z krzesła.
- A co zrobiliście z martwymi? – zapytał zupełnie innym głosem.
- Zakopaliście ich?
Hugo odłożył widelec.
- Niestety nie mogliśmy, ich wszystkich pochować, bo wszędzie dookoła dziki biegały. Spaliliśmy ich.
Tom odetchnął z wyraźna ulgą. Natomiast Hugo wydawał się być zakłopotany.
- Jack powiedział, że tak będzie lepiej.
- Jack? – zapytał.
Hugo rzucił przepraszające spojrzenie reszcie i zajął się swoim kotletem.
- Kim jest Jack.
- No jak chcesz się dowiedzieć kim jest święty Jackass, to może pogadaj z jego dziewczyną… co Jul? – powiedział odwracając głowę w stronę Juliet.


Locke biegł. Biegł przed siebie od kilku godzin, a nie czuł zmęczenia. Było dla niego nie do pomyślenia, że zaledwie kilka dni temu nie mógł nawet ruszać nogami.
Cieszył, się żę Walt go odnalazł
Walt – powtórzył sam do siebie uśmiechając się.
Ale wiedział, że za żadną cenę nie pójdzie do Jacoba bez jego pozwolenia. Za nic na świecie.
Odgarnął liść z twarzy.
Jak cudownie było, znów mieć jakiś cel w życiu.
Właśnie przedarł się przez jakieś zarośla, aby wpaść na polanę i poczuć silny zapach morza. Spojrzał na stojącą przed nim budowlę i poczuł jak serce zabiło mu z radości.
Świątynia.


Kate chodziła zdenerwowana po jaskini. Chciała być sama, aby wszystko przemyśleć.
Czekać do jutra, też coś. Skąd on może wiedzieć co oni im robią.
A skąd ona może to wiedzieć? – odezwał się jakiś wewnętrzny głos.
Jak to skąd? – spytał ten pierwszy głos – takie rzeczy się wie. Oni mogą być teraz bici, albo…
A co jeśli – zasyczał w odpowiedzi jej rozmówca – Jack ma rację, a ona Kate działa pod wpływem emocji i nie ocenia należycie sytuacji?
Nie to nie możliwe, ma rację – była tego pewna.
- Kate…? – spytał ktoś.
Kate rozejrzała się, dopiero teraz zobaczyła, że Jack stał w wejściu do jej jaskini.
Na jego widok jeden głos zaczął krzyczeć z gniewu, a drugi z radości.
- Tak? – spytała.
Jack wszedł do środka. Poczuł od razu jak na ciele pojawia mu się gęsia skórka. W tych jaskiniach panował nie przyjemny chłód. A odkąd jedna z nich zawaliła się nad nim, nie miał do nich zaufania.
Podszedł do niej.
- Wiem – rzekł – że martwisz się o Sawyera, ale tak będzie naprawdę lepiej.
- Jasne – mruknęła, nagła radość na jego widok natychmiast z niej uleciała i znów chciała być sama. Sama ze swoimi myślami.
- Naprawdę, ja też martwię się o Juliet.
- No jasne – mruknęła głosem tak pełnym sarkazmu, ze nawet Sawyer mógłby jej teraz pozazdrościć – martwisz się o Jul.
- Kate o co ci…
- Posłuchaj Jack – prawie krzyknęła – jeżeli obiecasz, że nic mu się nie stanie, to ci uwierzę.
Stał przez chwilę patrząc się na nią.
Nie mógł jej obiecać czegoś takiego. Ona to wiedziała. Ale jeżeli nie powie…
- Widzisz? – mruknęła. I znowu zaczęła maszerować po jaskini.
- Obiecuję – powiedział cicho. Kate zatrzymała się w miejscu patrząc na niego szeroko otwartymi oczami.
- Co?
- Obiecuję ci Kate, że nic mu się nie stanie.
Stali przez chwilę obok siebie w milczeniu.
- Dziękuję Jack – szepnęła.
Uśmiechnął się. Przez chwilę rozmawiali jak dawniej.
- Nie masz mi za co dziękować. Powiedziałem ci jedynie prawdę.
Odwrócił się by odejść. Ale Kate, od kilku dni dręczyła jeszcze jedna sprawa.
- Hej
Spojrzał na nią. Podeszła do niego. Jeździła okiem po jaskini, jakby bała się spojrzeć mu w oczy. Wreszcie to zrobiła, a w nim serce zamarło. Od dawna tak na niego nie patrzyła.
- Czemu powiedziałeś, że mnie kochasz? – spytała
Jack stał przez chwilę w bezruchu patrząc się na nią. Zdecydował się nie kłamać.
- Bo to prawda. – odpowiedział
Nic już nie powiedziała, a on wykorzystał to. Odwrócił się i odszedł.
A ona znów została sama ze swoimi myślami.



***




Sawyer spojrzał na zegarek i zaklął. 10 minut po 15. Miał być o 15. Zobaczył przezroczyste drzwi restauracji. Nacisnął klamkę i wszedł do środka. Z ulga stwierdził, że jego klienta jeszcze nie było. Usiadł przy oknie i zamówił kawę.
Upił dopiero łyk kiedy człowiek na którego czekał wmaszerował do środka. Rzucił teczkę na podłogę i usiadł naprzeciw Sawyera.
- Przepraszam pana, to przez te korki. – powiedział
- Nic się nie stało – mruknął znudzonym tonem.
- Długo pan czeka?
Sawyer uśmiechnął się lekko.
- Ach, wcale nie tak długo to dopiero trzecia kawa.
Mężczyzna wydał się lekko zakłopotany.
Zaczęli spotkanie. Człowiek wywlekał nudne fakty, o jakiejś tam firmie z którą chce podpisać umowę. Sawyer ledwo go słuchał. Tak naprawdę wciąż błądził myślami koło łóżka, którym zostawił Kate z obietnicą, że poczeka tam na niego.
Ledwo doszło do niego, że facet skończył gadać.
Gapił się na niego, zastanawiając się, jak łatwo było, by mu oszukać tego frajera. Wystarczyło by wmówić mu kilka kłamstw i patrzeć jak sam wciska mu pieniądze w ręce.


Dwie godziny później leżał obok Kate pod kołdrą.
- Mówię ci – opowiadał – w życiu nie widziałem takiego faceta. Wystarczyło by mi pięć minut, a mielibyśmy pół miliona zielonych w kieszeni.
- I znowu musielibyśmy uciekać przed policją.
- A tam. Zaszylibyśmy się na jakieś pół roku i po sprawie.
Spojrzała na niego.
- A jak się przedstawiłeś? – spytała zdawkowanym tonem
- Wiesz jak. Jako James Sawyer.
- Uwierzył, że masz na nazwisko Sawyer?
Kiwnął głową.
- A ty jak się przedstawiasz? – spytał chociaż dobrze znał odpowiedź.
- Przecież wiesz, jak Katherine Lilly.
- No właśnie.
- No właśnie? Już dawno powinnam się przedstawiać jako Katherine Sawyer. – powiedziała śmiejąc się.
Sawyer poczuł jak serce zabiło mu szybciej.
- Bez sensu jest dla mnie to okłamywanie wszystkich ludzi. – powiedział najwyraźniej nie zdając sobie sprawy z jego reakcji.
- A kto mówi, że to ma sens. W każdym razie, biedroneczko, ja nadal twierdzę, że małe oszustwo nikomu nie zaszkodzi.
Ona uśmiechnęła się jedynie.
- Umówiliśmy się prawda? – spytała – Jesteśmy uczciwymi przestępcami.
- Jeden mały przekręt i nie musielibyśmy już pracować. Żylibyśmy sobie na jakiejś hmm może nie na wyspie – powiedział a Austen zachichotała – ale kupilibyśmy sobie domek w górach, albo nad morzem i po sprawie.
Ona znów się jedynie uśmiechnęła całując go.




***



Kate poprawiła karabin na ramieniu i wyjrzała z jaskini.
Świetnie. Wszyscy już spali.
Przeszła cicho. Ominęła śpiącą Sun i przeszła nad ogniskiem ustawionym po środku obozu.
Nie mogła pozwolić na to, aby oni ich tam trzymali.
Musiała coś zrobić. A sama ze swoimi myślami nie wytrzyma.
Rozejrzała się. Jack spał nie daleko, Desmond, Rousseau, Rose, wszyscy spali.
Weszła do dżungli.
Drogę rozświetlały jej jedynie gwiazdy.
Bała się zapalić pochodnie, aby nikogo nie zwabić. Zarówno ze swojego obozu jak i cudzego.
Czuła jak serce łomocze jej w piersiach.
Nagle poczuła jak coś koło niej przechodzi. Odwróciła się błyskawicznie czując jak puls jej przyspiesza, a adrenalina wzrasta.
Rozejrzał się. Nikogo nie było.
Szła dalej.
Czuła, że coś się zbliża.
I w tej chwili usłyszała to co już kiedyś słyszała. Szepty.
Wszędzie, dookoła niej.
Przycisnęła karabin do siebie i przywarł do drzewa.
Dłużej już nie wytrzyma tego napięcia. Nie mogła wydobyć głosu z przerażenia.
Ale nie zawróciła. Nie szła tu na darmo. Szła dalej. Usłyszała jak szepty są coraz bliżej. Wręcz czuła, że istoty, które je wydawały był zaledwie dwa może trzy metry od niej.
Jej oddech był urywany. Oddychała przez usta bo nosem nie mogła wciągnąć powietrza, a i tak wciągała je, tak jakby nurkowała i po kilku minutach wyskoczyła z wody.
Nie mogła też normalnie iść. Najpierw stawiała jedno nogę, a potem podciągała drugą.
Z całej siły chciała powstrzymać łzy, ale czuła jak same jej wypływają. Z szoku, przerażenia, napięcia kilku ostatnich dni. Ale szła dalej. Powoli, ale szła. Ni może się cofnąć. Zamknęła oczy i stawiała lewą nogę, a następnie podciągała prawą, stawiała lewą i podciągała prawą…
I nagle szepty umilkły, po prostu się rozpłynęły. Poczuła jak odzyskuje czucie w nogach.
Zobaczyła, że w oddali miga światło. Podeszła do przodu.
W tej chwili, ktoś odgarnął liście i zobaczyła w świetle pochodni twarz Sayida.
- Sayid – wyszeptała z ulgą.
- Kate – odpowiedział zdziwiony, ale i tak z ulgą.
- Co ty tu robisz? – spytała.
- Prowadzę wartę przy obozie, usłyszałem jakiś hałas, więc poszedłem w tym kierunku. Ale co ty tu robisz?
- Ja? Ja tutaj eee…
Spojrzał na nią.
- Kate – powiedział zadziwiająco łagodnie – do świtu zostało kilka godzin. Wzejdzie słońce i uratujemy ich. Naprawdę.
- Ale może być już w tedy za późno.
- Kate, uwierz mi. Uratujemy ich.
Spojrzała mu prosto w oczy i uwierzyła. Kiwnęła lekko głową.
On uśmiechnął się.
- Dobrze a teraz wracajmy do obozu. Nam obojgu przyda się trochę snu.





Sawyer myślał gorączkowo. Miał już gotowy plan ucieczki. Tylko jak przekazać go reszcie? I jak ich rozwiązać. Doszedł do wniosku, że poczeka, aż Minkowski wyjdzie i wtedy się weźmie do roboty.
- I co? - warknął. Chodząc po pokoju.
Wszedł tutaj jakąś minutę temu i to były jego pierwsze słowa. Do tej pory chodził po pokoju wściekły.
- W strzale nikogo nie było. Panie Hugo.
- Nie… niemożliwe – wyjąkał.
- Niemożliwe, a jednak się stało. Powtarzam gdzie oni są!?
- Może, no nie wiem, poszli na plażę, albo coś.
- Zamknij się lodówa – warknął Sawyer.
- A tak – powiedział Minkowski, najwyraźniej przypominając sobie o istnieniu reszty więźniów.
- A tak – powtórzył – pan Ford, może pan mi coś powie? No masz coś do powiedzenia na ten temat?
Sawyer spojrzał w sufit, a później znowu na niego.
- No mam coś – odpowiedział – masz papierosy? Bo jak zaraz nie zajaram to…
Ale nikt się nie dowiedział co się stanie, jeżeli nie zajara. Minkowski jednym krokiem znalazł się przy nim i kopnął go z całej siły w brzuch, później znowu i znowu.
- Chcesz zajarać co? – spytał. W jego oczach pojawił się błysk szaleństwa – proszę bardzo.
Sięgnął za pas i wyjął nóż. Nie patyczkując się rozciął rękaw bluzki Sawyera, sprawiając, że pojawiła się tak struga czerwieni. Pociągnął ręką i rozerwał bluzkę, ukazując nagie ramię.
- Uuu – mruknął Sawyer – faktycznie mocna rzecz.
- Zamknij się – warknął, a teraz w jego oczach błysk szaleństwa był wyraźnie widoczny.
- Chciałeś zajarać –warknął – na to proszę bardzo.
Wyciągnął z kieszeni zapalniczkę i włączył ją. Ustawił jak największy gaz, tak więc teraz płomień miał o koło dziesięciu centymetrów. Powoli zaczął ją przybliżać do ręki Sawyera., uważnie obserwując jego twarz.
- Hej – krzyknął uradowany James – miałem kiedyś taką samą zapalniczkę, dostałem od wujka…
Na twarzy Minkowskiego pojawiło się oburzenie. Płomień dotknął w końcu skóry.
Przez chwilę twarz James’a nie wyrażała niczego, ale po kilkunastu sekundach zaczął warczeć i oddychać z przyspieszeniem oraz o wiele głębiej. To, że przed chwilą rozciął mu rękę, jedynie pogarszało sprawę.
- Dał mi ją – wyjęczał – jak miałem z szesnaście… lat. Przyłapał mnie… wtedy… na paleniu. I… i powiedział… „ Jak już… sobie… sobie niszczysz zdrowie… to przynajmniej rób to… rób to z klasą.” I dał mi taką samą zapalniczkę…
Zacisnął usta, aby nie krzyknąć. Przez zaciśnięte usta wyrwał mu się zduszony jęk. Wszyscy patrzyli na to w przerażeniu.
- Przestań – krzyknęła Juliet.
- Koleś daj mu spokój – powiedział cały blady Hugo.
Jin też zaczął coś gadać po koreańsku. Do umysłu Sawyera ledwo dochodziło już, że oni coś mówią…
- Artur! – dobiegł ich krzyk.
W drzwiach stał Tom Cotton.
- Co ty robisz do cholery?!
- Przesłuchuję.
Tom podszedł i wyrwał mu zapalniczkę z ręki. Zgasił ją i spojrzał na niego. Na jego twarzy przerażenie mieszało się z obrzydzeniem.
- Wzywa cię – warknął w stronę Minkowskiego, którego nazywał Arturem.
- Kto – powiedział, wstając ale nie odrywając wzroku od twarzy Sawyera.
- Wiesz kto – ich spojrzenia spotkały się na chwilę.
- No dobra – odwrócił się od nich i ruszył w kierunku drzwi, ale zatrzymał się jeszcze w wyjściu.
- Ostrzegam cię Ford, jeszcze raz mi podskoczysz, a nie będzie tak miło, a wy – powiedział zwracając się do reszty przesłuchiwanych – macie godzine do namysłu, gdzie znajdują się wasi przyjaciele.
Wyszedł zostawiając ich sam na sam z Tomem.
- Cholera – mruknął – nie powinien był tego robić, zaraz przyniosę i zrobię ci jakiś opatrunek czy coś.
- Wspaniale – mruknął Sawyer.
Gdy Cotton wyszedł, wszystkie oczy zwróciły się na niego.
- Jak się czujesz koleś? – spytał nie pewnie Hurley.
- O cudownie – powiedział – brakuje mi tylko telewizora i poczułbym się jak w domu.
Nikt się odzywał. Po pięciu minutach wrócił Tom z bandażem i apteczką. Najpierw przemył mu ranę wodą. Potem spirytusem (trochę popiekło), następnie posmarował mu ranę maścią i zawiązał wszystko bandażem.
- Za pół godziny wrócę z kolacją – oznajmił.
- Nie mogę się doczekać – odpowiedział. A tak naprawdę miał nadzieję, że potrwa to o wiele dłużej niż pół godziny. Na razie wszystko szło zgodnie z planem.


***


Sawyer chodził nerwowo po pokoju. Spojrzał w lustro.
Może być – skwitował swój wygląd.
Ale mogło by być lepiej – pomyślał poprawiając włosy.
Wziął ze stolika szklankę martini i pociągnął łyk.
Po prostu to zrób – powiedział sobie.
To nie takie proste – sam sobie odpowiedział
Jak nie proste, podchodzisz, mówisz co masz do powiedzenia i jest, albo tak, albo nie.
A jak będzie nie?
To mówi się trudno. Przynajmniej będziesz wiedział, że spróbowałeś.
Któryś raz z rzędu przeszedł się po pokoju.
Cholera, ale ten krawat jest ciasny. Poluzował go. Jak się okazało za bardzo. Cały mu spadł na ziemię.
Zaklął pod nosem, podniósł go i zawiązał, rozwiązał i znowu zawiązał. I znowu rozwiązał i zawiązał. W końcu doszedł do wniosku że może być.
A tak w ogóle to gdzie ona jest?
Miała przecież przyjść.
Spojrzał na zegarek, jest pięć po dwudziestej, a miała być tutaj o dwudziestej. Co to ma być?
Czym on właściwie się martwi?
A może…
Usłyszał pukanie do drzwi i głos Kate.
Wziął głęboki oddech, poprawił krawat i spojrzał w lustro.
Wyjął z kieszeni małe pudełeczko. Otworzył je. W środku znajdował się pierścionek z ładnym kamieniem osadzonym po środku.
Zamknął pudełko i dopił resztę martini.
A potem podszedł do drzwi i je otworzył.



***


Gdy zamknęły się drzwi siedział przez chwilę cicho, po czym bardzo szybko wyjął prawą rękę z więzów.
- Koleś – powiedział Hurley – jak ty to zrobiłeś?
- Ten facet zapomniał zawiązać mi mocniej prawą rękę, po tym jak zjedliśmy obiadek. – mruknął uwalniając lewą rękę.
Gdy to zrobił, poderwał się szybko na równe nogi.
Przez chwilę przez myśl przeszedł mu tekst, który sam mówił Kate kiedyś.
„Every Man for Himself”
Ale gdy zobaczył ich twarze, od razu mu ta myśl przeszła.
Zaczął rozwiązywać towarzyszy.
Gdy już uporał się z ostatnim Hurleyem podeszli ostrożnie do drzwi.
Sawyer otworzył je i wyjrzał.
- Nikogo nie ma- mruknął i zaczęli wychodzić.
Sawyer zdał sobie sprawę, że jego plan ma jeden słaby punkt. Nie mają żadnego pojęcia gdzie się znajdują, ani co to za miejsce.
Okazało się, że jest to bunkier podobny do Łabędzie, ale większy. Po obu stronach korytarza znajdowały się pokoje.
Nagle jedne drzwi się otworzyły i wyszło z niego sześciu ludzi. Dwóch z nich miało pałki takie jak ma policja.
Sawyer nie myśląc ani sekundy dłużej rzucił się na nich. Kątem oka zobaczył jak Jin mu pomaga.
Tego żołnierzyka znowu nie ma jak jest potrzebny
Razem z Jin’em udało mu się trzech obezwładnić.
Ale teraz zaczęły się pojawiać posiłki i pomoc. Gdzieś z boku wybiegł Tom krzycząc:
- Nie róbcie im krzywdy jasne? -
Poczuł jak dostaje pałką w przypalone ramię, a następnie w brzuch. Upadł na kolana chwytając się za miejsce gdzie oberwał. Zobaczył jak Jin zostaje powalony na ziemię.
Wiedział, że już nie mają szans na zwycięstwo, ale rosnąca frustracja i gniew dały mu taką siłę, że musiał jej się pozbyć.
Wstał i jednym ciosem powalił człowieka, który go uderzył, następnym kolejnego. Już miał się rzucić na trzeciego gdy usłyszał znienawidzony głos Minkowskiego.
- Uspokój się Sawyer.
Rozejrzał się. Stał oddalony od niego o jakieś 4 metry i mierzył do niego z pistoletu.
- Spokojnie Arturze – powiedział Tom – Nie rób czegoś co będziesz żałował.
On jakby tego nie usłyszał i nadal do niego mierzył.
Sawyer poderwał się i uderzył człowieka właśnie opuścił na niego pałkę.
- Mówiłem ci Ford, żebyś mi nie podskakiwał.
- Odwal się – warknął
Ten tylko się uśmiechnął podniósł pistolet, wymierzył w Sawyera klatkę piersiową i strzelił.
Sawyer poczuł ostry niezbyt określony ból, a następnie pochłonęła go ciemność.


LOST
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: Morgoth » 2008-01-21, 20:39

po co Sawyeraz zabiłeś :?: spoko ziomek z niego... ale ogolnie swietny jak zawsze odcinek^^ Co ten sawyer myslal, ze uciekna?? a zle mu bylo ^^
kilka małych niedociągniec ale i tak wspaniale... (najlepiej z Lockiem^^)
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: Morgoth » 2008-01-24, 17:24

Narion, , mógłbyś codziennie dawac po jednym odcinku... zawsze czekam czekam i sie nie moge doczekac, a to takie wspaniale :D
Narion
Forrest Gump
Posty: 10
Rejestracja: 2008-01-16, 21:07

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: Narion » 2008-01-24, 20:27

LOST - Zagubieni




Odc.5 Last Wish – Ostatnie Życzenie




Ani czas, ani mądrość nie zmieniają człowieka – bo odmienić istotę ludzką zdolna jest wyłącznie miłość.

Paulo Coelho, Jedenaście minut.



- Nie – powiedział stanowczo Jack – Nie ma mowy.
Byli w jaskiniach. Ben siedział ze związanymi z tyłu rękami i przyglądał mu się spokojnie. Dookoła stłoczyli się rozbitkowie.
- Jeżeli naprawdę chcesz uratować swoich przyjaciół, to nie będziesz się teraz przejmował tym, co zaszło między nami w przeszłości.
- Nie ufaj mu – powiedział Rousseau – to jeden z Tamtych. Może chce na omamić, a później wykorzysta sytuację i ucieknie.
Jack nie odpowiedział. Właśnie się zastanawiali kogo wziąć do odbicia więźniów. Jak na razie mieli 5 osób: Jego, Danielle, Kate, Desmonda, Sayida. Rousseau wiedziała gdzie znajduje się bunkier. Ale nie wiedziała jak tam wejść, ani gdzie dokładnie są przetrzymywani ich przyjaciele.
- Powiedz, Ben – rzekł Jack – czemu tak bardzo chcesz iść tam z nami?
Nie odpowiedział od razu. Najpierw przeleciał wzrokiem po zebranych ludziach i dopiero gdy jego wzrok znów skupił się na Jack’u, odpowiedział.
- Dla tego, Jack. Że be ze mnie wszyscy twoi ludzie są skazani na pewną śmierć.




LOST


***


Spojrzał na dziewczynę znajdującą się przed nim. Była bardzo ładna. Wyglądała na jakieś dwadzieścia lat mimo, że w rzeczywistości była starsza. Kaskada brązowych włosów spływała jej po plecach.
- Nie mogę – powiedziała łamiącym się głosem – nie mogę tego zrobić, zdradzić wszystkich, Projekt…
- Zdradzić? – powtórzył z niedowierzaniem – przecież wiesz, że ludzie coraz mniej zajmują się badaniami, a co raz częściej zaczynają sobie tutaj układać życie. Pamiętasz jak tu przybyłaś? Wtedy ludzie poświęcali trzy czwarte swojego wolnego czasu na Projekt, a teraz? Przychodzą na godzinę do laboratorium, sprawdzają czy nic się nie zmieniło i…
- Ale przecież to nasi przyjaciele. – powiedziała cicho – nie będziesz miał po nich wyrzutów sumienia? Ja bym nie mogła, żyć ze świadomością czegoś takiego.
- Przyjaciele – powtórzył jak echo.
Spojrzał na barak-domek w którym mieszkała, podobny do jego własnego.
- Nie myśl, że o nich też nie pomyślałem, wysłaliśmy wiadomości do ludzi, których uznajemy że mogą do nas przystać. Do tych którzy nie są tak krótkowzroczni jak reszta.
- I kogo udało ci się przekonać? – spytała, a ku jego uldze usłyszał w jej głosie zarówno ciekawość jak i nadzieję, że przekonał jak najwięcej osób.
- Sporo osób – powiedział szybko – choćby Eda, czy McDons’ów i Lovegood’ów…
- Ale no nie wiem trzeba było dać jakąś szansę reszcie by przeżyła…
- Jaką? – spytał wyzywającym tonem - przecież wiesz, że gdyby się dowiedzieli o planie, to wszystko by runęło.
- Tak wiem… - odpowiedziała głucho.
Stali przez chwilę w milczeniu patrząc na siebie. Miała łzy w oczach.
- Nie myśl, że ci ludzie to potwory bez serca, nie wiesz jak Richard się martwi, że musi tyle niewinnych, żyć poświęcić. Ale tu chodzi o większe dobro. Zresztą to nie on tutaj wydaje rozkazy.
Spojrzała na niego przenikliwie.
- A kto? Myślałam, ze to on im przewodzi.
Zerknął na nią nie pewnie.
- Tak przewodzi, ale już nie długo. Po za tym… on słucha rozkazów kogoś innego.
- To znaczy? – spytała ostro.
Wziął głęboki oddech.
- Zrozum mnie. To jest wielka tajemnica, nie wiesz ile czasu minęło zanim mi zaufali na tyle by ją powierzyć.
- No jasne rozumiem – tym razem powiedziała ostro i sarkastycznie.
Odwróciła się. A on czuł, że jego ostatnia szansa na przekonanie jej powoli ucieka.
- Jacob – wydukał.
- Co?
- Na imię ma Jacob. – rozejrzał się jakby chciał sprawdzić czy nikt nie podsłuc***e.
- I to tyle? – była wyraźnie nie przekonana.
Wyjął chusteczkę z kieszeni i przetarł nią spocona czoło.
- Naprawdę nie wiem, wiele więcej. Mówią że jest kimś nie zwykłym. Że jest geniuszem. Ze dba o dobro ludzkości.
- Widziałeś go chociaż.
Zatkało go na chwilę. Przełknął ślinę.
- Tak – odpowiedział cicho. – wiesz mi. Nie każdy może się tym pochwalić.
Wpatrywała się w niego bez słowa. Wiedział, że teraz wewnątrz niej trwa zażarta walka. Spiera się jej dobre serce z chłodnym umysłem. Serce mówiło, że nie może pomóc w mordowaniu towarzyszy, ale umysł odpowiadał, że jeżeli się do nich nie przyłączy to ona zginie i nic nie będzie mogła zrobić.
- Mówiłeś, że Richard nie będzie już długo przewodził Tamtym – powiedziała wyrywając się z rozmyślań – zostanie zdetronizowany?
- Raczej sam odda władzę. Tak postanowił, po za tym założę się, że to Jacob podsunął mu ten pomysł.
- Widział go.
Patrzył się przez chwilę na nią.
- Hmm, to nie jest takie łatwe do stwierdzenia, bo widzisz Jacob pokazuje się tylko w wyjątkowych sytuacjach. Ale ktoś musiał przekazywać jego rozkazy, więc myślę, że Richard go widzi, albo widział.
- A to kto go zastąpi?
Przyglądał jej się, po czym chrząknął.
- Eee ja.
- TY – powtórzyła z niedowierzaniem.
- Oj nie udawaj takiej zaskoczonej – powiedział lekko obrażony jej reakcją. – przecież wiesz, że nie całe życie pracowałem jako dozorca.
Okazało się, że ten argument nie był najlepszym. Bo ona od razu zaczęła rozwijać stary temat.
- No właśnie – krzyknęła – nie rozumiem jak mogłeś chcieć pracować jako dozorca. Przecież woja uprzednia praca była o wiele ciekawsza i ważniejsza, lepiej płatna. W ogóle lepsza.
- Lubię tą pracę – powiedział zbolałym i znudzonym tonem.
- No jasne, ja też lubię robić na drutach, ale to nie oznacza, że rzucę wszystko co tu robię i zacznę sprzedawać robótki ręczne. Przecież jeszcze kilka lat i mógłbyś zająć miejsce samego Horace’go. Przecież z twoim ilorazem inteligencji i tytułami jakie zdobyłeś, dostał byś robotę w każdej stacji jakiej byś chciał.
- Oj nie przesadzaj – mruknął.
- Nie przesadzam, sam Horacy nam to mówił. Kiedy nam robili testy na IQ miałeś najlepszy wynik ze wszystkich osób jakie tu kiedykolwiek trafiły.
- To czemu się tak dziwisz, że zastąpię Richarda?
Już miała odpowiedzieć, ale się rozmyśliła i odwróciła do niego plecami. Ręce oparła na biurku stojącym przed nią. Jej ciałem zaczęły wstrząsać lekkie dreszcze. Wiedział, że zaraz zacznie płakać.
- Nie mogę powiedziała cicho – a on wiedział, że ta gadanina o Jacobie, IQ i pracy to była jedynie próba odwleczenia tego tematu.
- Przykro mi nie mogę. Przepraszam.
Podszedł do niej. Przywarł do jej pleców i złapał jej ręce. Pocałował w policzek.
- Nie masz za co przepraszać Annie. – powiedział cicho.
Odszedł od niej na kilka kroków.
- Pamiętaj - powiedział – punkt szesnasta to się zacznie.
Kiwnęła głową na znak, że rozumie.
Zawahał się po czym schylił i otworzył małą szafkę, odgarnął książki i włożył małą torbę.
- Jakby co – zwrócił się do niej - chowam co szafki maskę przeciw gazową.
Jeszcze raz kiwnęła głową. A on usłyszał jak wciąg powietrze przez łzy.
- Do zobaczenia – powiedział Ben.
Mam nadzieję
Pomyślał wychodząc na dwór.



***


Życie Sawyera uratował alkohol. Dosłownie.
Po tym jak Cotton powiedział Minkowskiemu, że jest wezwany na jakąś rozmowę czy coś, on tam poszedł. Rozmowa musiała nie być zbyt miła, bo po niej Artur się nieźle upił. Gdyby nie to, to teraz pewnie leżałby w jakiejś kostnicy z dziuro w sercu.
Otworzył powieki. Nie spał, ale wolał mieć oczy zamknięte. Do pokoju wpadała smuga światła rozjaśniając nieco ponury widok pokoju, który był ich więzieniem. Dookoła ludzie jeszcze spali. Hugo coś mamrotał przez sen. Ramię miał już obandażowane Sawyer spojrzał na swoją ranę. Nie skarżył się, że go boli to czy szczypie. W końcu jak ktoś kogoś postrzeli, to normalne, że za przyjemnie nie będzie. Wnerwiało go jedynie, że jest to, to samo ramię, w które postrzelił go Tom na tratwie. Prawie to samo miejsce.
Przypominało mu się teraz mordęga wędrówki z obozu, który rozbili ci z tyłu samolotu, do obozu z środkowej części.
Jeżeli teraz czekają go podobne przeżycia – przemknęło mu przez głowę - to złoży wymówienie.




***



Ben zdjął drżącymi palcami maskę, wykonał to najszybciej jak mógł. Chciał się jej pozbyć, nie mógł w niej oddychać, prawie nic nie widział i czuł wszędzie smak gumy.
Richard podszedł do niego powolnym krokiem. Jak się teraz rozejrzał to wszędzie dookoła zaczęli się pojawiać ludzie w maskach z karabinami. Powoli ściągali ochraniacze z twarzy i rozchodzili się. Niektórzy patrzyli na niego z ciekawością inni z radością, a niektórzy z pewnego rodzaju uwielbieniem, które napawało go wstrętem.
- Mamy zabrać stamtąd jego ciało?
Więc to tyle? pomyślał Pomógł im załatwić Dharmę i od razu po tym zostaje ich przywódcą? Myślał, że będą się wahać, albo Richard pójdzie powiedzieć o tym Jacobowi.
Wiedział oczywiście, że przywódcą zostaje nie tylko dla tego, że pomógł im rozpylić ten gaz, głównym powodem było to, że słyszał i widział Jacoba. I że Jacob tak zarządził.
- Nie – powiedział pustym głosem – zostawcie go tam.
Richard kiwnął głową. Gdy koło niego przechodził poklepał Bena po ramieniu. Spojrzał na ciało Horacego. Czuł żal, a wiedział że nie powinien bo już od dawna go ostrzegał, że coś takiego może się stać.
Ale czuł też coś jeszcze. Strach co do tego, co zobaczy jak wejdzie do domu Annie.
Szedł jak najwolniej się dało. Żeby odciągnąć tą chwilę. Jedna połowa jego ciała, za nic nie chciał tam wejść, najchętniej by tu stała i się gapiła na drzwi. Ale druga. Druga chciała jak najszybciej dowiedzieć się prawdy.
Położył rękę na klamce. Wziął głęboki oddech i wszedł do środka. Wszedł do pokoju, w którym ją widział po raz ostatni. Był pusty.
To nie możliwe, to po prostu nie możliwe
Czemu nie założyła tej cholernej maski?
Usłyszał jak podłoga zaskrzypiała, gdy ktoś na niej stanął. Od razu się odwrócił. W drzwiach stała Annie. Twarz miała bladą, a w ręce trzymała maskę.
- Mam nadzieję, że mówiłeś prawdę – powiedziała drżącym głosem.
Odetchnął z ulgą.




***



Kate przeszła przez zarośla. Przed nią szła Rousseau, a za nią Sayid z Benem, pochód zamykał Jack.
Cały czas rękę trzymała na karabinie gotowym do oddania strzału. Sayid dotrzymał przyrzeczenia jakie złożył gdy wczoraj w nocy ją odprowadził do jaskiń i nikomu nie powiedział o jej samotnej próbie odbicia przyjaciół.
Cały czas rozglądała się dookoła. I nasłuchiwała. Po wczorajszej przygodzie, miała nie przyjemne wrażenie, że ktoś ją cały czas obserwuje. Zresztą nie zapomniała jeszcze wczorajszych przerażających szeptów. Miała nadzieję, że już nigdy ich nie usłyszy.
Zamiast tego słyszała Sayida, który wypytywał Bena. Linus nie miał już związanych rąk, ale szedł w środku pochodu pod strażą Irakijczyka co dość poważnie mu utrudniało teoretyczną ucieczkę.
- No więc – mówił właśnie Sayid – jak długo jesteście na tej wyspie?
- Zależy – odpowiedział znudzony Ben.
- Od czego?
- Od ludzi – mruknął tamten, a gdy Sayid miał cały czas minę człowieka, który właśnie usłyszał jakąś niedorzeczność powiedział.
- Zależy od tego kto kiedy przybył no nie? – powiedział takim tonem jakby tłumaczył coś oczywistego.
- Jeżeli jakiś facet przybył w wieku dwudziestu lat, a teraz ma 30. To znaczy, że jest tu od dziesięciu lat.
Sayid spojrzał na niego krzywo.
- Chodziło mi o organizację. Tą waszą grupę. Jesteście pozostałością projektu Dharma?
- Tak jakby – odpowiedział wymijająco.
- Można dokładniej?
- Nie, nie można. – odpowiedział kąśliwie Ben.
Sayid już miał coś odpowiedzieć, gdy Ben go uprzedził.
- Wybacz, ale musimy przerwać tą pasjonującą dyskusję.
- A to czemu?
- A to temu bo…
- Doszliśmy – doszedł ich głos Rousseau.




Locke poprawił nóż w pochwie i ruszył dalej. Już nie biegł tylko szedł. Szedł po woli. Przecież był już blisko świątynia była tuż, tuż. Zapach oceanu uderzał w nozdrza.
Nagle usłyszał hałas. Znał go bardzo dobrze. Wiedział kto, a raczej co go wydaje.
Zamknął oczy, stając w miejscu. Poczuł jak czarny Dym przelatuje obok niego. Okrąża go. Ale nie otworzył oczu. Nie mógł się teraz narazić. Teraz gdy był tak blisko.
Nie okazuj strachu, nie okazuj strachu. powtarzał sobie.
Poczuł jak stwór okrąża go jeszcze dwa razy po czym zniknął. Otworzył oczy. Przez chwilę stał w bezruchu bojąc się, że potwór wróci.
Wziął głęboki oddech i ruszył dalej. Spojrzał w niebo. Dochodziło południe.
Powinni już dojść do bunkra – pomyślał wzdychając.
Poszedł by z nimi, był bardzo ciekawych nowych miejsc, no ale tutaj też miał coś ważnego do zrobienia.
Nagle usłyszał jakiś hałas. Odwrócił się i zobaczył Richarda idącego w jego kierunku. Miał na sobie ciemno niebieską koszulę i czarne dżinsy.
- John…? – powiedział nie pewnie.
- Co ty tu robisz?
- To samo pytanie mógłbym zadać tobie – odpowiedział Locke, uśmiechając się nie znacznie i ciągnął dalej.
- Nie jesteś
- W świątyni? Myślałem że – zmienił ton na przesadnie złowieszczy i pełen sarkazmu – ratujecie świat.
- Istotnie – odpowiedział tamten ledwo poruszając ustami – ale nawet my musimy od czasu do czasu rozprostować nogi.
Uśmiechnął się.
- Ben mówił, że miałeś jakiś wypadek. Co się stało dokładnie?
Przez twarz Locke’a przebiegł ledwo zauważalny cień. W tej jednej sekundzie miał ochotę wykrzyczeć całemu światu co zrobił Ben. Jak do niego zdradziecko strzelił, bo okazało się, że nie jest tak bardzo wyjątkowy.
Jednak przypomniał sobie instrukcje i rozmyślił się w jednej chwili.
- Nic ważnego – powiedział próbując uśmiechnąć się.
- Mamy większe problemy na głowie.
- To znaczy? - Richard podszedł do niego.
- Benowi nie udało się niestety powstrzymać moich przyjaciół i Jack skontaktował się z tamtą łodzią.
Tamten patrzył przez chwilę na niego.
- Jesteś pewien?
- Całkowicie. Już pewnie są na wyspie, pierwsze oddziały.
Pokiwał głową. I nagle coś sobie przypomniał.
- Udało ci się porozmawiać z Jacobem? – spytał podeskscytowany.
- Owszem udało – odpowiedział spokojnie Locke.
- No i co ci powiedział?
Locke znów się uśmiechnął. Ale tym razem był to najprawdziwszy uśmiech.
- Żeby pomógł wam ratować świat – powiedział – bo ostatnio coś kiepsko wam to wychodzi.





***



Była noc.
Siedział przy stoliku i patrzył na Annie. Siedziała naprzeciw niego. Miała głowę spuszczoną, a oczy wbite w swoje kolana. Czegoś się bała. A to go nie pocieszyło. Była jedną z najodważniejszych osób jakie znał.
- Co się stało. – spytał łagodnie.
Nie odpowiedziała, tylko dalej patrzyła w swoje kolana.
- Cokolwiek to jest, razem przez to przejdziemy.
Ona podniosła wzrok na niego. Ręce, które trzymała na stole, drżały jej okropnie.
- Ja… Ben – spojrzała na niego przestraszonym wzrokiem - ja jestem…
Spojrzał na nią dokładniej, czy ona usiłuje mu powiedzieć to co on myśli?
- Ja jestem w ciąży - wyrzuciła z siebie.
Zatkało go. Wiedział, znaczy się domyślał się tego. Ale i tak go to zszokowało.
Dotknął jej drżących rąk i przytrzymał mocniej.
- Już powiedziałem. Przejdziemy przez to razem. – uśmiechnął się słabo i z wymuszeniem – wszystko będzie w porządku.
- Tak myślisz? – spytała. A w jej głosie była prawdziwa nadzieja. Jakby myślała że jego słowo może zmienić góry w morza.
- Nie – odpowiedział, a jej oczy zamigotały – ja jestem tego pewien.
Spojrzała na niego z wdzięcznością. Ale nagle znowu spuściła wzrok.
- Co jest? – spytał.
- Bo ja – wzięła głęboki oddech – ja chcę je urodzić.
Chwila ciszy.
- Ale, Annie. Wiesz przecież, że nie możemy opuszczać tej wyspy bez pozwolenia Jacoba.
Spojrzała mu prosto w oczy.
- Ja jej nie chcę opuszczać. Mogłam zdradzić ludzi, ale idei nie zdradzę.
Patrzył na nią. Ileż by dał, aby mieć tak silny charakter i tak być uczciwym jak ona.
- Porozmawiam z Jacobem – rzekł do niej – sprowadzę tu najlepszych lekarzy.
Wstał, a ona wyglądała zdziwiona tą nagłą decyzją.
- Gdzie idziesz – spytała zdziwiona i jakby lekko przestraszona – powiedziałem. Idę do Jacoba.
Nie pozwolę ci umrzeć Annie, nie w tym życiu


Biegł, biegł najszybciej jak umiał.
Kilku ludzi, którzy patrolowali teren spojrzało na niego ze zdziwieniem. Ale nawet w tym ich zdziwieniu krył się szacunek.
Wiedział, że jest noc, że nie dostał ani zaproszenia, ani pozwolenia od Jacoba na wizytę w jego domku, ale teraz miał gdzieś zasady Jacoba. Tutaj chodziło o kogoś o wiele ważniejszego od nich obu.
Wpadł na drogę i zatrzymał się pierwszy raz od dłuższej chwili. Spojrzał na krąg usypany wokół chatki. Popiół zaczął się powoli rozsypywać na boki. Stwierdził Ben.
Poszurał butem po kawałku okręgu.
Stanął na jego granicy i zawahał się przez chwilę. Nadal nie lubił przekraczać go, tutaj już nie jest bezpiecznie.
Zobaczył ją. Stara chwiejąca się chata. Podszedł ostrożne do drzwi czując jak podłoga skrzypi pod nim. Wyłączył latarkę i zostawił ją na dworze po czym wziął do ręki starodawną lampę i zapalił.
Zapukał. Nie było odpowiedzi. Nie spodziewał się jej usłyszeć. W końcu nie był tutaj zaproszony. Przynajmniej nie teraz.
- Jacob. – powiedział drżącym głosem – To ja Ben. Przyszedłem w sprawie Annie.
Wszedł ostrożnie do środka.
Wszystko było pogrążone w ciemnościach. Położył lampę na półce po czym podszedł do środka pokoju. Na środku było puste krzesło. Puste. Nie spodziewał go się zobaczyć, ani usłyszeć. Ale Jacob będzie mógł słyszeć jego.
Skoro doszedł tutaj i jeszcze żyje, to już raczej może czuć się bezpiecznie. Odchrząknął. I zaczął opowiadać, o tym że Annie jest w ciąży, o tym że trzeba sprowadzić lekarzy, o tym że choroba i problem z dziećmi jest bardzo ważnym punktem badań.
- A jakby, eee no wiesz. Jakby Annie mogła… tylko na jakiś czas… opuścić wyspę to by urodziła i wróciła tutaj…
Lampa spadła i z hukiem rozbiła się na podłodze. Ogarnęły go ciemności. Usłyszał jak krzesło zaczyna trzeszczeć co mogło oznaczać tylko jedno. Ktoś wstawał z niego.
Przełknął ślinę i cofnął się pod ścianę.
Słyszał jak podłoga skrzypi gdy Jacob się coraz bardziej przybliża. Gdy był już na wyciągnięcie ręki zamknął oczy.
- Wiesz, że dla siebie, nigdy bym o cos takiego nie poprosił, ale tu chodzi o Annie.
Nie było odpowiedzi.
I nagle usłyszał głos. Tak przerażający, że włosy mu się zjeżyły na karku.
- Jeszcze raz tutaj przyjdziesz bez pozwolenia. A stracisz wszystko.
Ben zaczął się powoli kierować w stronę drzwi. Ale zebrał w sobie resztki odwagi i powiedział.
- Nie powstrzymasz mnie. – mówił drżąc ze strachu na całym ciele – sprowadzę tu lekarzy, uratuję ją.
- Sprowadzaj sobie kogo chcesz – usłyszał szept tak syczący, jak by to wąż wymawiał te słowa - Ale nawet się nie waż tutaj z nią pokazywać.
- Nie lubisz jej bo jest po prostu twoim przeciwieństwem – krzyknął zanim się zdołał powstrzymać – Bo ona jest uczciwa, odważna, pracowita i martwi ją każdy człowiek podczas gdy ty…
Ale Jacob nie dowiedział się czym jest. Ben poczuł się tak jakby coś z całej siły go popchnęło, a on przeleciał w powietrzu kilka metrów i wyleciał przez drzwi, które same się otworzyły.
Wstał szybko, patrząc z wściekłością w stronę chatki.
- Jeżeli jej się coś stanie – krzyknął, ale zaraz tego pożałował.
Usłyszał jak posadzka trzeszczy, a drzwi się uchylają. Ben się odwrócił i zaczął biec jak najszybciej umiał. W ostatniej chwili przebiegł pas popiołu. Ale nie zatrzymał się. Biegł dalej. Przystanął dopiero jakiś kilometr od baraków. Cały się trząsł. Nie mógł się pokazać w takim stanie. Ani Annie ani swoim ludziom.
A więc Jacob miał raję co do siebie – pomyślał w zadumie wspominając ich wcześniejsze spotkanie.




***




Cała piątka wystawiła głowy zza kępy krzaków, przypatrując się bunkrowi, który stał obok nich.
- Jak to możliwe, że nigdy go nie zobaczyliśmy – powiedział Sayid.
- Był zakopany w piasku – mruknął Ben.
Przy wejściu nie było nikogo. Ale to nic dobrego nie wróżyło.
- Dobra mam plan – powiedział Ben, a wszyscy spojrzeli na niego ze zdziwieniem.
- Pójdę tam i zakradnę się, znam jeszcze hasło o ile go nie zmienili. Rozkład bunkra też nieźle pamiętam więc…
- Nie ma mowy – powiedzieli jednocześnie Jack i Sayid .
- Nie puścimy cię tam samego.
- Też twierdzę, że to zły pomysł – powiedziała Rousseau tonem jakby to przesądzało sprawę.
Wyszli całą piątką i podkradli się do wejścia. Był to metalowa płyta, trochę podobna do tej wejściowej w Lasce. Ben podszedł i wstukał jakiś kod przy małej skrzynce wkręconej w prawy górny róg wejścia.
Drzwi otworzyły się, a Ben odwrócił do nich uśmiechniętą twarz.


Jin obracał się nie spokojnie w więzach. Nikt wokół niego nie spał. Dzisiejszego dnia było jakoś za spokojnie. Nikt ich o nic nie pytał. A wydawało się, że gdy Sawyer został zraniony to powinni z dwukrotną zawziętością nas wypytywać. Juliet tępo patrzyła się w ścianę jakby o czymś rozmyślała. Hugo powtarzał jakieś liczby, Bernard patrzył się w swoje kolana, a Sawyer patrzył się przed siebie podczas gdy jego głowa niebezpiecznie chwiała się na obie strony jakby miał zaraz usnąć.



Weszli do środka. Nadal nikogo nie było. Kamer, strażników. Ani żywego ducha. I nagle zaczęło się. Dookoła nich zaczęły się otwierać drzwi. Rozległ się alarm, światło raz gasło raz się zapalało na czerwono. Ludzie w czarnych kostiumach z pałkami w dłoniach wypadli ze wszystkich stron i zaczęli ich okładać pałkami.
Oni zaczęli strzelać. Kate usłyszała jak jakiś człowiek coś krzyknął. Ktoś inny zwija się na ziemi z bólu. Ben przytrzymał kogoś przy ścianie i okładał go lewą ręką.
I nagle skończyło się. Aż dziwne, że wszyscy w jednym momencie się poddali. Rozejrzała się. Oprócz leżącego bez oznak życia człowieka na ziemi, nie było ofiar. Kate nie wiedział kto zabił tego biedaka i nie chciała wiedzieć. Strzeliła tylko dwa razy i to raczej starała się celować w ziemię, ale jak to mówią: Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi.
Skąd mi to przysłowie się wzięło? – pomyślała. I nagle przypomniało jej się coś co sprawiło, że przysłowia przestały ją całkowicie interesować. Że nie mogła sobie wyobrazić mniej ważnego tematu niż przysłowia. Uklękła przy jednym, którego pobił Ben. Zdjęła mu kominiarkę z głowy. Twarz już zaczęła mu puchnąć, a z boku brakowało mu kilku zębów.
- Gdzie są nasi przyjaciele? – spytała. Starała się mówić władczo i stanowczo.
Ale najwyraźniej nie dostatecznie. Bo żołnierz zacisnął usta zamknął oczy i potrząsnął głową.
- Słuchaj dotąd było dosyć łagodnie, ale jak mi nie powiesz to ten człowiek, który cię właśnie pobił zacznie na poważnie traktować swoją robotę i od czasu do czasu będzie się tobą wymienia z tym Irakijczykiem. – wskazała głową Sayida, oczy żołnierza rozwarły się z przerażenia – A on już się na tym zna. Chyba że mi to powiesz. My i tak znajdziemy ten pokój, ale możesz oszczędzić nam czasu, a sobie cierpienia. Więc jak?
Mężczyzna powiódł wzrokiem po kolegach. Wydawało się, że wszyscy są nie przytomni.
- Dritte – wychrypiał
- Co? – powiedziała zdezorientowana Kate.
- Dritte raum.
- Zna ktoś niemiecki? – krzyknęła Kate.
- Ja znam – powiedział Ben przysuwając się i mówiąc coś po niemiecku do żołnierza.
- Mówi, że jest to trzeci pokój na prawo. – powiedział do pozostałych.
- Pójdę tam sam – zaproponował Sayid.
- Co? – krzyknęła Kate – nie, czemu?
- Jeżeli to zasadzka, to nic wam się nie stanie.
- Ale co z tobą?
Sayid spojrzał na nią smutno i powtórzył jej słowa.
- Znam się tylko na torturowaniu ludzi, więc dużej straty nie będzie.
- Ja nie to…
Ale Sayid już się odwrócił i ruszył w stronę drzwi.
Otworzył je i zajrzał, poczym wszedł. Usłyszeli radosne krzyki powitania i odpowiedzi Sayida. A później głuchy stukot. Jakby ciało upadło na podłogę.
Wszyscy podbiegli do drzwi z bronią gotową do strzału. Kate czuła jak serce tłucze jej się w piersi. Wręcz się dziwiła, że nie wyskoczyło.
Otworzyli drzwi i wpadli do środka.
No środku pokoju stał Sawyer i Jin. Za nimi stał jakiś mężczyzna mierząc do nich z pistoletu. Obok stała taca z jedzeniem. Bernard, Juliet i Hugo sioedzieli ze związanymi rękami. Na ziemi leżał Sayid, pojękiwał i lekko się ruszał.
- Nie martwcie się – powiedział człowiek kryjący się za więźniami – nic mu nie jest, Jedynie go ogłuszyłem.
Kate zauważyła z przerażeniem, że Sawyer miał zabandażowane ramie. Ku jej wielkiemu zdziwieniu lekko się uśmiechał i mrugnął do niej jednym okiem.
- Jestem Tom Cotton – przedstawił się – Zrobimy tak, wy mnie wypuścicie a waszym przyjaciołom nic się nie…
Nagle urwał. Za nim pojawił się Ben z pałką, taką samą jaką mieli ci którzy ich zaatakowali. Na twarzy Cottona pojawił się błogi uśmiech i upadł nie przytomny.
Jin rzucił się na Jacka i padł mu w uścisk, później rzucał się na każdego, gadając coś po koreańsku. Ben zaczął rozwiązywać resztę, a Rousseau podeszła do nieprzytomnego Sayida.
Sawyer patrzył przez chwilę na Kate jakby starał się ją rozpoznać. W końcu uśmiech rozjaśnił jego twarz.
- Witaj biedroneczko – powiedział ledwo otwierając usta.
Kate na pół płacząc na pół się śmiejąc rzuciła mu ręce na szyję.
Jack patrzył na to niezwykle czułe przywitanie z kwaśną miną. Dopiero po chwili jego wzrok padł na Juliet, która podeszła pewnym krokiem do niego. Przywołał na twarz uśmiech i podszedł do niej. Mimo, że to przywitanie nie było tak gorące jak Sawyera i Kate, to Jack wiedział że w nocy nie będzie miał na co narzekać.


***

Ben patrzył na białą jak kreda twarz Annie i płakał. Leżała w łóżku już od tygodnia. Od dwóch nie powinna już żyć. Lekarze mówili, że to prawdziwy cud, że dożyła tego momentu.
- Przepraszam – wychrypiał
- Za co? – zapytała słabo ale całkowicie zdziwiona.
- Że… że nie umiałem cię uratować.
- Ależ uratowałeś… Kilka lat temu. Gdyby nie ty to wylądowałabym w tym okropnym dole… z resztą Dharmy – każde słowo sprawiało jej trudność, ale mówiła dalej.
- Robiłeś co mogłeś, sprowadziłeś lekarzy, poszedłeś do Jcoba i sprzeciwiłeś mu się, zrobiłeś coś na co nikt do tej pory się nie odważył.
- To wszystko na nic.
- Na nic? – powtórzyła z niedowierzaniem – naprawdę myślisz, że to co robiłeś nie miało żadnego sensu?
Nie odpowiedział.
- Przysięgam – zaczął po chwili – ściągnę wszystkich najlepszych lekarzy, już żadnej kobiecie nie pozwolę umrzeć.
- Mam Ostatnie Życzenie. – powiedział cicho.
- Gdy odejdę –mówiła, a on się skrzywił na dźwięk tego słowa – proszę cię o jedno. Nie zmieniaj się. – spojrzał na nią lekko zdziwiony – bądź taki sam, uczciwy, odważny, sprawiedliwy, ale gdy będzie trzeba łamać zasady nawet te ustalone przez ciebie, jeżeli od tego będzie zależało szczęście lub dobro jakiegoś człowieka… to łam je. – westchnęła – Ludzie robią czasem okropne rzeczy gdy ukochane osoby odchodzą. Więc proszę nie zmieniaj się. To moje ostatnie życzenie.
- Annie – powiedział łamiącym się głosem.
- Gdy będziesz chciał ze mną porozmawiać, to weź swoją figurkę, a moją włóż do grobu. Zawsze mnie znajdziesz… - dotknęła go w miejscu gdzie jest jego serce – tutaj.
- Annie… nie.
Ale ona już powiedziała swoją ostatnią wolę.
Na jej twarzy zagościł uśmiech ulgi, a oczy zabłysły ostatni raz, wesoło spoglądając na Bena.

***


[glow=blue]LOST[/glow]
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: Morgoth » 2008-01-25, 00:09

cudne jak zawsze :D ale krótkie... bardzo krotkie^^ jedna scenka z Lockiem tylko ^^ mialem nadzieje na wiecej :P a retrospekcje... swietne :P szczegolnie ta z Jacobem :P
I Sawyera wskszesiłes :D nic dodac nic ując :D oby jutro byl nastepny odcinek i oby byl dluzszy :P cudneeee :D
Narion
Forrest Gump
Posty: 10
Rejestracja: 2008-01-16, 21:07

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: Narion » 2008-01-25, 13:26

Sawyera nie musiałem wskrzesać, przecież to było jasne, że nie umrze. Przynajmniej jeszcze nie ;]
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: Morgoth » 2008-01-25, 15:17

nic nie jest jasne w tym serialu^^ mogl zginac a zyje^^ choc takiego goscia ja bm nie mogl usmiercic :P
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: Morgoth » 2008-01-28, 14:57

Narion... prosimy o następną czesc ^^ (możesz codziennie dawac^^ aż do końca zapasów^^ :?:)
Narion
Forrest Gump
Posty: 10
Rejestracja: 2008-01-16, 21:07

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: Narion » 2008-01-28, 16:09

[glow=blue]
[shadow=blue]


LOST - Zagubieni


Odc.6 Next instruction –Nowe instrukcje.

[/glow]
[/shadow]


***


Leżał w dole pełnym trupów patrząc w niebo. Dlaczego? Dlaczego to się tak skończyło? Z trudem podniósł głowę i spojrzał na ranę. Nawet, jeżeli kula nie uszkodziła, żadnego z narządów to i tak zginie w przeciągu pół godziny z utraty krwi. Nie, powiedział jakiś głoś w jego głowie Już lepiej popełnić samobójstwo niż powoli się wykrwawiać.
Rozejrzał się. Nie daleko niego w ziemię był wbity pistolet. Chciał po niego sięgnąć, ale zdał sobie sprawę, że nie może ruszać nogami. Nie poczuł złości, tylko ogromny smutek.
Z całej siły podniósł tułów i sięgnął rękom po broń. Upadł na ziemię oddychając głośno.
A więc tak miało się zakończyć jego życie. Od tak. Za pociągnięciem spustu. A przecież tak wierzył, że wyspa go uratuje. Że jego życie nie jest pozbawione sensu.
Przeznaczenie powtórzył głosem pełnym ironii. Mam gdzieś, takie przeznaczenie.
Przyłożył lufę do skroni, a drżącymi rękami uchwycił mocniej rękojeść. Zamknął oczy. Więc tu się kończy jego droga. Wśród dołu pełnego trupów z rozkładającymi się trupami.
- Nie rób tego, John
Locke otworzył oczy. Nad urwiskiem stał Walt. Wyglądał na starszego niż wtedy gdy z ojcem opuszczał wyspę.
- Odłóż broń.
- Walt – wyszeptał z niedowierzaniem.
- Wyłaź z tego dołu.
Odwrócił wzrok od chłopca.
- Postrzelił mnie i… i nie mogę ruszać nogami.
- Możesz ruszać – powiedział Walt – wyłaź.
W jego głosie była taka pewność, że mu uwierzył.
- Dlaczego? – przecież jego życie nie ma już sensu.
- Ponieważ, masz coś do zrobienia.
Uśmiechnął się. Uśmiechnął się jak narkoman, którego zapewniono, że zaraz otrzyma nową dawkę heroiny.
Z bezgranicznym zdziwieniem odkrył, że jego rana przestała krwawić, a nagi mu drżą.
Podniósł się i oparł rękoma o ścianę. Zarzucił ręce na powierzchnię i podciągnął się. Wyszedł z dołu sapiąc.
- Co ty tu robisz, Walt.
- Naprawdę wierzysz, że jestem Walt’em?
- Jak nim nie jesteś, to czemu…?
- Czemu – niema znaczenia, ważne jest że ONI już tu płyną.
Nie musiał, dokładniej tłumaczyć, John wiedział, mimo że nikt mu nie powiedział, o co chodzi. Dotknął swojej rany.
- Już nie krwawię. – powiedział z niedowierzaniem.
- Zgadza się – powiedział Walt uśmiechając się do niego.
- Ale nadal czuję, że mam ranę – powiedział niepewnie.
- Nie da się ukryć- odparł „chłopak” wciąż się uśmiechając.
Spojrzał na niego.
- Co mam zrobić.
- Jeszcze nie wszystko stracone – odparł Walt – musisz natychmiast iść i nie dopuścić do nadania sygnału . A jeżeli ci się nie uda, to… to idź do Świątyni. Do Richarda.
Kiwnął głową.
- A Ben? – dopiero jak zaczął wypowiadać te słowa, dotarło do niego, że wie o Benie.
- Hmm – mruknął – nie uwalniaj go. Jeszcze nie. Dam ci znać.
Ponownie kiwnął, na znak, że zrozumiał. Poprawił ubranie i zaczął iść w stronę nadajnika.
- I John – krzyknął do niego Walt. John odwrócił się patrząc na chłopka na, którego twarzy już nie malował się uśmiech, tylko śmiertelna powaga.
- Jeśli jeszcze raz przyjdziesz do mojego domu, bez wyraźnego pozwolenia lub rozkazu, to znowu zaczniesz poruszać się na wózku.



LOST




Głowa Kate osunęła się. W całym pokoju było jedynie: łóżko szafka i krzesełko. Na łóżku leżał nie przytomny Sawyer, a na krześle spała Kate z głową na szafce. Drzwi uchyliły się, skrzypiąc lekko. Kate natychmiast poderwała głowę, rozglądając się nie przytomnym wzrokiem.
Do pokoju wszedł Jack. Spojrzał na nią z troską.
- Och Jack – powiedziała przecierając twarz – co tam słychać? Co u Juliet?
- Dobrze - odpowiedział patrząc na nią – nic jej nie zrobili, już się obudziła.
Kiwnęła głową dopiero po kilku sekundach jak skończył mówić i było jasne, że nie dotarło do niej ani jedno słowo z tego.
- Powinnaś się przespać
- Co? Och nie. Nie. Wszystko w porządku. W nocy przespałam się 3 godziny, gdy Hugo mnie zmienił.
Pokręcił głową.
- To ja pójdę zobaczyć co z… - ale na szczęście nie musiał wymyślać z czym, bo ona już odwróciła głowę, najwyraźniej nie zdając sobie z niczego sprawy.
Wyszedł z pokoju i ruszył głównym korytarzem. Doszedł do największego, chyba głównego pomieszczenia i przystanął tam. Podszedł do niego Sayid.
- Nie możemy się tutaj zatrzymywać. – powiedział przeszywając go wzrokiem.
- Czemu?
Arab spojrzał na niego jak na jakieś wyjątkowe tępe dziecko.
- Ponieważ tamci ludzie wiedzą, o tym pomieszczeniu, a z zeznań wynika, że ich przywódcą był ten człowiek z którym się skontaktowałeś. Minkowski.
- Kim on jest?
- Nie wiem dokładnie. Ci schwytani nie są zgodni najprawdopodobniej był to Polak lub Litwin. Ale możliwe też, że ktoś z Rosji albo Ukrainy. Chociaż to mało prawdopodobne. Zresztą to akurat mało ważne. Najprawdopodobniej mamy z jakieś dwa dni. Więc nie musimy się tak śpieszyć, zwłaszcza, jeżeli Sawyer nadal leży.
- Więc co proponujesz robić, Sayid?
- Proponuję poznać wroga – a gdy Jack miał minę człowieka, który nadal za dużo nie rozumie, dodał – dowiedzieć się czegoś o tym miejscu.
- Jak chcecie się dowiedzieć czegoś o Wilku, to obejrzyjcie film instruktarzowy. – spojrzeli na Ben, który patrzył na nich ze średnim zainteresowaniem, leżąc na czymś co przypominało łóżko.
Sayid podszedł nie ufnie do szafek i zaczął przeszukiwać je. I rzeczywiście. Nie minęło nawet pięć minut gdy wyjął kasetę. Podeszli razem do odtwarzacza który stał po drugiej stronie sali, jak Jack zauważył z niesmakiem, bardzo blisko Bena. Sayid rozejrzał się. W poblżu nie było ani Hurleya, ani Juliet, ani Bernarda czy Jina. Dobrze. Trójce przyjaciół ufał bezgranicznie, ale lepiej nie ryzykować. Włożył kasetę i wcisnął „play”.
Ekran zamigotał usłyszeli charakterystyczną muzyczkę, a po chwili pojawiła się dobrze im znana twarz Hindusa.




***



- Kiepsko nam idzie ratowanie świata co? – powiedział Richard gdy razem szli w stronę świątyni.
- Aha – mruknął Locke.
Po chwili John zaczął zauważać dość sporą liczbę ludzi, kręcących się dookoła ich i próbujących go podsłuchać.
- Och nie zwracaj na niech uwagi – mruknął zdawkowanym tonem Alpert.
- Po prostu się cieszą, że tu przyszedłem co? – powiedział pełnym ironii głosem Locke, przypominając sobie słowa Cindy.
Tamten w powadze pokiwał głową.
- Nawet nie wiesz jak długo, czekaliśmy sobie na kogoś takiego jak ty.
W jego głosie zabrzmiała jakaś prawdziwa smutna nuta, więc John darował sobie złośliwy ton Sawyera.
Ale gdy spojrzeli na kompleks otaczających ich budynków ich twarze się rozjaśniły.
Patrzyli na pomnik ogromnej czteropalczastej stopy – świątynię.




***



- Dzień dobry – powiedział uśmiechnięty mężczyzna na monitorze. Cała trójka przysunęła się bliżej ekranu. – Nazywam się doktor Matthew Stedman. Jest to film instruktażowy dla stacji dodatkowej Projektu DHARMA. Ta stacja nosi nazwę The Wolf, Wilk. – Hindus wskazał powieszone za sobą logo wielkiej głowy psa z rozdziawioną szczęką - Jest to stacja nadzorująca i starająca się zachować bezpieczeństwo. Macie nadzorować system Cerberus, który jest badany głównie w stacji Łabędź. Jest on niezwykle niebezpieczny. Być może jest też jedną z najniebezpieczniejszych rzeczy na naszej planecie. Przed sobą macie monitor na, którym będziecie śledzić poczynania projektu Cerberus w stacji Łabędź. Mieszkańcy tej stacji pod żadnym pozorem nie mogą się dowiedzieć, że są obserwowani. Jak wiecie jakiś czas temu w stacji Łabędź miał miejsce Incydent – od tego czasu mieszkańcy tej wyspy co 108 minut muszą wciskać kod do komputera, dzięki temu ładunek elektromagnetyczny tej wyspy zostaje rozładowywany co pomaga zapobiec ogromnej katastrofie. Ale wciskanie klawisz ma też jeszcze jeden cel. Kiedy doszło do wycieku pola magnetycznego, Cerberus wydostał się na wolność. Nie musicie wiedzieć jakim sposób. Ale musicie wiedzieć, że dzięki wpisywaniu tych liczb, pamięć Cerberusa zostaje skasowana i jest on zdezorientowany dzięki czemu nie aż taki groźny. Lecz jeżeli ktoś zapomni wpisać przycisk na liczniku zaczną pojawiać się hieroglify, jeżeli, ukarze się chociaż jeden to nic już nie będzie można zrobić, Cerberus uwolni się na dobre. W takim wypadku, WY musicie wcisnąć przycisk 0-0 co spowoduje skontaktowanie się ze światem zewnętrznym. Będziecie mogli wtedy zrelacjonować wydarzenia, a my podejmiemy odpowiednie kroki. – monitor zadrgał, a ekran zrobił się lekko nie wyraźny. Gdy powrócił do poprzedniej formy, było jasne, że to już końcówka nagrania – W imieniu państwa DeGroot, Alvara Hanso i wszystkich członków Inicjatywy Dharma życzę powodzenia i – złożył dłonie jakby się modlił – Namaste.
Jack spojrzał po pozostałych, cała trójka siedziała w napięciu. Podszedł do klawiatury i wcisnął dwa razy zero. Ekran zaskrzeczał, a na nim pojawił się ponownie Hindus. Twarz miał poważną.
- Czy na pewno chcesz się skontaktować ze światem zewnętrznym? Przypominam, że możliwe jest to jedynie w wyjątkowych sytuacjach.
Wcisnął Enter.
Na ekranie pojawiły się falę, a po chwili Hindus przemówił ponownie.
- Bardzo mi przykro, ale skontaktowanie się ze światem zewnętrznym jest nie możliwe, poczekaj na zmianę. Powodzenia.
- Też mi niespodzianka – dobiegł ich głos z tyłu.
W drzwiach stała Kate z ręką Sawyera na ramieniu.
- Wychodzimy na plaże – zakomunikowała.
Jack nie chętne kiwnął głową. Dwójka wyszła przez główne drzwi. Usłyszał jak Kate w drzwiach się z kimś wita i przeprasza za coś później nie co chłodną odzywkę i wyzwisko Sawyera „ Emerytowany Tarzan”. Mimo, że Jack domyślał się o kogo chodzi, to zdziwił go lekko widok Johna Locke’a w drzwiach.



***


Locke przeciągnął się na łóżku patrząc w sufit. Dostał, wczoraj ten pokój od Richarda.
Musiał przyznać, że był dosyć wygodny, a przespać się w łóżku i nie budzić się z powodu hałasów, dzików niedźwiedzi polarnych, tajemniczych zjawisk i nieznanych ludzi próbujących go zabić, było całkiem miłym doświadczeniem.
Martwiła go jedynie jego bezsilność. Gdy pytał się Richarda, czy może jakoś im pomóc w czymś on jedynie się uśmiechał i mówił „ John masz za sobą kilka ciężkich miesięcy, odpocznij.” Ale on nie jest tutaj dla wypoczynku. No właśnie. Dla czego właściwie tu jest? Nie – powiedział sam sobie. – nie może tak myśleć. Miał tutaj czekać, to poczeka.
Odbił piłeczkę kauczukową od ziemi, którą znalazł w swoim łóżku i postanowił się przejść. Otworzył drzwi i wyszedł.
Już wczoraj zdążył zwiedzić trochę ten budynek i jedyne do czego doszedł to, to, że jest ogromny. Było tutaj mnóstwo pomieszczeń, większość pustych, najwyraźniej brakowało im ludzi do pracy. Nie zwiedził oczywiście całego budynku. Niektóre części były pozamykane do innych odmawiano mu wstępu, ale zauważył, że w niektórych trwają prace, czy też badania.
W jednym z pokoi widział człowieka ubranego w dość dziwny strój, tłumaczącego jakieś zawiłe równanie, na końcu strasznie długiego ciągu liczb było jedynie napisane: 30% + 1 = 31%
Gdy zobaczył, że Locke przysłuc***e się jego mowie, uśmiechnął się i pomachał mu ręką. Później zobaczył jakiś pokój w którym na tablicy był wypisany ciąg feralnych liczb. Tam też był człowiek, który coś tłumaczył, tyle że miał biały kombinezon z okularami ochronnymi gdy on zobaczył Johna podsłuc***ącego go, nie uśmiechnął się, jedynie skinął z szacunkiem głową.
W końcu, zobaczył jak Cindy idzie korytarzem niosąc ogromny stos ręczników znad, którego nic nie widziała. Zobaczył jak potyka się, a następnie upada na ziemię. Ręczniki rozsypały się. Locke podbiegł do niej, uklęknął i zaczął pomagać.
- O witaj, John
- Dzień dobry – powiedział uśmiechając się.
Zaczął podnosić ręczniki.
- Nie – prawie krzyknęła rozglądając się – nie zbieraj tych ręczników, co powiedzą ludzie jak zobaczą co ty robisz. Że pomagasz zbierać z ziemi…
- A co w tym złego? – spytał – skoro mogłem sprzedawać zabawki w sklepie, to równie dobrze mogę pomóc ci podnosić ręczniki.
- Ale to w sklepie – powiedział cicho – to było po za wyspą, w innym życiu.
- Może i w innym, ale ja wciąż jestem tym samym człowiekiem.



***


Szli plażą. Kate podpierała lekko Sawyera. Tan twierdził by mu dała spokój, że sam da sobie radę, ale za każdym razem tracił równowagę (Potknąłem się!). Szli brzegiem morza, pozwalając, aby fale smyrały im stopy.
- No dobra Biedroneczko. – powiedział Sawyer.
- Wydostajemy się z tej pięknej wyspy gdzie lecisz.
Spojrzała na niego
Tam gdzie ty pomyślała, ale powiedziała coś innego.
- Francja, Paryż.
- Paryż? Niezły wybór. – powiedział.
- No, ale co tam zobaczysz Wieże Eiffla? Muzeum w Luwrze?
- Prawdę, mówiąc miałam na myśli co roczną wystawę damskiej bielizny.
Na twarzy Sawyera pojawił się uśmiech, tak samo jak na twarzy Kate.
- No nieźle – powiedział, przysuwając się od niej – mam nadzieję – przysunął się jeszcze bliżej – że mnie zabierzesz ze sobą.
Byli już tak blisko, że niemal stykali się ustami. Kate lekko uchyliła usta i przymknęła oczy, Sawyer już zaczął pochylać głowę w jej stronę gdy coś przykuło jego uwagę.
- Co jest do cholery? – Kate niezbyt zadowolona, a nawet mocno wkurzona na niego, że zburzyła nastrój spojrzała w stronę w którą patrzył i aż ją zatkało.
Nie cały kilometr od brzegu był ogromny statek. Nawet z tej odległości można było przeczytać napis na nim: Helgus Antonius.


Wpadli do środka bunkra. Sawyer nalegał, aby Kate go zostawiła i sama pobiegła ostrzec resztę bo będzie szybciej. Ale ona się nie zgodziła, więc zajęło im koło 5 minut dotarcie z powrotem. Gdy opowiedzieli co zobaczyli, powstało ogólne zamieszanie.
Zwłaszcza, że już Bernard, Jin, Rousseau i Juliet wrócili.
- No dobra – powiedział Jack – Ja, Kate, Rousseau, Sayid, John i Ben pójdziemy zobaczyć co to za ludzie. Jeżeli ktoś wyjdzie ze statku, pójdę tam i spróbuję się czegoś dowiedzieć, od nich czego od nas chcą.
- Zaraz, zaraz. – powiedział powoli Sawyer – a ja to niby co mam robić? Nie pójdę z powrotem do jaskiń.
- Słuchaj Sawyer jesteś ranny.
- Nie prawda, czuje się jak nowo narodzony.
- Słuchaj – powiedział wkurzony Jack, jeszcze tylko kłótni mu tu brakowało – teraz pobił by cię piętnastolatek, wybacz, ale będziesz dla nas tylko obciążeniem.


Stali w oddaleniu od reszty grupy. Ford patrzy z mieszaniną złości i żalu jak Locke i Jack zakładają broń na ramię i przygotowują się do wyruszenia.
- Tak będzie naprawdę lepiej – powiedziała cicho Kate obserwując jego twarz.
- Ta jasne – powiedział krótko. Nie miał ochoty na takie rozmowy.
- No to chyba… do zobaczenia – powiedziała nie pewnie.
- Tak na razie – powiedział i odwrócił się nic nie mówiąc więcej.
Ona też się odwróciła, wzdychając i ocierając oko.
- I Kate – powiedział jakby z niechęcią.
Ona odwróciła się błyskawicznie.
- Uważaj na siebie.
Rozpromieniła się.
- Ty też.

- Uważaj na Sawyera, dobrze? – spytał Jack.
- Dobrze, Jack – odpowiedziała Juliet.
Uśmiechnął się i ją pocałował.
- Powodzenia.
- Tobie również.


Siedzieli tam już od pół godziny i obserwowali jak jakiś mężczyzna wychodzi z małej łódki wypuszczonej z okrętu. Za nim wyszło z pięciu innych ludzi.
- No dobra – powiedział do towarzyszy.
- Robimy tak jak jest w planie, idę tam i rozmawiam z ich przywódcą. Jakby coś było nie tak to wy przychodzicie mi z wsparciem, a ja staram się ich wciągnąć do lasu
Wszyscy kiwnęli głowom, na znak że rozumieją.
Wyszedł z za osłony drzew i czekał aż zostanie dostrzeżony. Wreszcie jakiś żołnierz wskazał Jacka, a wtedy przywódca tamtych zaczął iść w jego stronę. On też szedł do niego, ale po woli, aby jak się spotkają las był bliżej niż brzeg morza.
Gdy zaczął iść, usłyszał za sobą zduszone okrzyki, a po chwili obok niego szedł John.
- Co ty tobisz, Locke do cholery.
- To co muszę.
- Myślisz, że jesteś jakiś wyjątkowy, skoro tak w połowie zmieniasz ustalony plan?
Nie odpowiedział
***


- Dlatego, że jesteś wyjątkowy, John.
- Ale nie rozumiem czemu.
Siedzieli w pomieszczeniu, które służyło za stołówkę. Razem z Cindy jadł kolację, tak naprawdę już dawno temu kolacja się skończyła, ale on chciał poczekać aż wszyscy skończą, aby móc zjeść w spokoju.
- No przecież możesz chodzić, prawda? Dla tego jesteś wyjątkowy. Wyspa cię uzdrowiła.
- Jestem znany z powodu, którego nawet nie rozumiem. Zrozum, gdy pojawiłem się na tej wyspie, po prostu zacząłem chodzić. Nie było żadnego olśnienia, ani nic. Ja nic nie zrobiłem.
- Ależ zrobiłeś, tyle, że po za wyspą. I dla tego ona uznała, że na to zasługujesz.
- Można się przysiąść?
Spojrzeli w górę. Przed nim stał Richard, a obok niego jakaś ładna dziewczyna o azjatyckiej urodzie.
- Jasne – odpowiedział
- To jest właśnie John Locke – przedstawił go dziewczynie, a to Acharaa.
- Miło mi – powiedział podając jej rękę
Miała jakiś tajemniczy uśmiech.
- No i co o tym sądzisz John? – spytał wyraźnie z siebie zadowolony Richard.
- Wszystko bardzo fajnie, ale właściwie to co to za miejsce?
- Jak to? Nie oglądałeś filmu?
Pokręcił głową. Richard wstał odsuwając krzesło.
- Chodź – powiedział krótko.



- Nazywam się Ronald Smoker, a to jest film instruktażowy dla stacji dodatkowej o nazwie Świątynia. Jest to największa stacja na całej wyspie. Będziecie w niej całkowicie odizolowani, od reszty świata i wyspy. Wyznaczyliśmy wam pewien teren, po którym możecie chodzić ale nie wolno wam za nic kontaktować się z innymi stacjami – mówił Hindus, miał na sobie biały fartuch z logo Świątyni. Piramidą z poświatą u górze – będziecie tu padać następujące dziedziny; meteorologię, zoologię, działalność elektromagnetyczną, psychologią, parapsychologię, Równanie i Chorobę. Zwłaszcza te dwie ostatnie dziedziny są niezwykle ważne. – film nagle stał się mało wyraźny, ale po chwili znów działał normalnie – czyli, krótko mówiąc, jesteście tutaj, aby badać każdą z tych dziedzin które badają pozostałe stacje. Istaniejecie w razie gdyby we wszystkich stacjach nie było by załóg, a ze świata nie docierały by żadne wieści. Czyli gdyby cała Dharma zawiodła.




***



Jack wiedział, że człowiek stojący przed nim to Minkowski, bo rozpoznał jego głos.
Jak na razie rozmowa dobrze przebiegała. Lecz gdy Jack kilka, razy uniknął odpowiedzi gdzie jest reszta ludzi, Minkowski uśmiechnął się i odwrócił. Ludzie za nim zaczęli wyjmować, broń, i ruszyli w ich kierunku. Zaczęli się cofać. Usłyszeli krzyki, za sobą. Ale nie przejęli się nimi. Biegli dalej, aż wpadli do dżungli.
Zaczęła się strzelanina. Jack postrzelił jednego człowieka w rękę, zobaczył jak Locke zabija innego przez strzał w brzuch. Widział też jak Ben zostaje postrzelony w rękę.
Czuł się jakby był w jakimś piekle. Do niego padały strzały. Nie wiedział co się dzieje, czuł jedynie, że za chwilę sam może być zastrzelony. Poczuł jak potyka się o wystający korzeń i pada na ziemię.
Nagle serce skoczyło mu do gardła. Przed nim stał wysoki mężczyzna z okropnym uśmiechem celując prosto w jego klatkę piersiową. Jack miał pustkę w głowie. Pistolet wycelowany w ziemię. Nie widział nic oprócz tego mężczyzny celującego w niego.
I padł strzał. Nie jest tak źle pomyślał Wszyscy mówili że umieranie tak strasznie boli, a on praktycznie nic nie czuł. I nagle ze zdziwieniem zobaczył jak jego „zabójca” upada na ziemię, a na plecach ma czerwoną plamę.
- Chyba jeszcze się od czegoś nadaję co kowboju? – spytał Sawyer stojący za plecami jego niedoszłego mordercy.


- Dobra możesz iść – powiedział Jack z niechęcią do Bena. Locke wymógł to na nim.
- Do zobaczenia Jack. – odpowiedział spokojnie.
- Masz to jak w banku.
Tamten się uśmiechnął.
- Rozumiem, że nadal nie zmieniłeś swojego nastawienia co do tego aby twoi ludzie poszli do moich?
- Nie.
Ben westchnął.
- Hurley mówił mi, że znaleźliście dwóch ludzi w jaskiniach, którzy – być może - leżą tam od kilkudziesięciu lat.
- Zgadza się, a co?
- Nazwaliście ich Adam i Ewa?
Jack kiwnął głową, a Ben się uśmiechnął.
- Powiedz Juliet, aby was zaprowadziła do Edenu.
- Edenu?
- Tak, nie zapewni wam to może 100% ochrony, ale na pewno będziecie tam bezpieczniejsi niż w jaskiniach.
Jack kiwnął głową.
- No dobrze, John idziemy?
- Locke spojrzał na niego wzrokiem, w którym wstręt mieszał się z szacunkiem.
- Chodźmy


***



- Ale skąd będziesz wiedział, trzeba iść po Bena? – pytał Richard.
- Jacob da mi wskazówkę. Tak mi powiedział.
Przechadzali się po ziemi otaczającej świątynie.
- Co to ta choroba? – spytał nagle John.
- Słucham?
- Na tym filmie instruktażowym, była mowa o chorobie, a Desmond, człowiek którego znaleźliśmy w stacji Łabędź, robił sobie przez trzy lata zastrzyki przeciw niej. Rousseau też mówiła, że jej załoga zachorowała na coś.
Richard zastanawiał się przez długi czas.
- Nie jesteśmy pewni. Wiemy, że na tej wyspie bya kiedyś jakaś epidemia czy coś takiego. Ale filmy instruktażowe nie wyjaśniły tego zbyt dokładnie.
- A co się stało z nie wyraźnym fragmentami filmu?
- A to jeden z pracowników Inicjatywy Dharma je zniekształcił, w wielu stacjach to robił. Nazywał się Radzinsky. Nie mamy jednak pewności dla czego.
Nagle usłyszeli jakiś hałas. Na skraju dżungli, kilka drzew zostało wyrwanych. John’owi wydawało się, że widzi końcówkę czarnego Dymu.
Podbiegli tam, Richard trochę nieufnie. Locke schylił się i podniósł coś z ziemi.
- Co to jest? – spytał. Wskazując na drewnianą figurkę.
- To prezent urodzinowy Bena.
Locke przez chwilę stał w milczeniu, po czym odwrócił głowę i spojrzał głęboko w oczy Richardowi.
- Czas iść po Bena.



***


DZIEŃ PÓŹNIEJ:

Richard wstał, umył się i ubrał. Wyszedł z pokoju. Przeszedł sie korytarzem pozdrawiany porannymi pozdrowieniami. Wyszedł na codzienną poranną przechadzkę. Najpierw obszedł świątynię, później skraj lasu. Zatrzymał się na chwilę w miejscu, w którym John znalazł wczoraj figurkę.
Tak powiedział sam do siebie John, jest niezwykłym człowiekiem.
Nie zdołał przejść, nawet dziesięciu metrów, gdy jakiś młody człowiek biegł w jego stronę krzycząc.
- Panie Alper, Panie Alpert!
Zatrzymał się i czekał, aż chłopak dobiegnie do niego.
- O co chodzi George?
- Tu są nowi ludzie. – powiedział bardzo szybko i dość chaotycznie zaczął coś tłumaczyć.
- Znaleźliśmy, namiar ich kierował…wylecieli chyba ze stanów… ale Europy też nie wykluczamy…
- Spokojnie – powiedział, unosząc rękę w geście uspokajającym.
- Wiemy o tych ludziach. John nam powiedział, że przypływają tu statkiem.
- Statkiem? Nie… nie o nich mi chodzi.
- To o co? – spytał czując że coś jest nie tak.
George już miał odpowiedzieć, ale zamarł z pół otwartymi ustami. Głośny furkot, zagłuszył by go i tak. W odpowiedzi podniósł rękę i wskazał niebo.
Richard powędrował, w skazanym kierunku i zamarł z otwartymi ustami.


[glow=blue]
LOST
[/glow]
Awatar użytkownika
MarQuess_Axel93
Indiana Jones
Posty: 125
Rejestracja: 2008-01-15, 15:11
Lokalizacja: Kopanica

Re: SEZON 4 - fanfick

Post autor: MarQuess_Axel93 » 2008-01-28, 19:00

Jest następna część !!! ALe extra !!!! :mrgreen:
ODPOWIEDZ