Strona 1 z 1

Dawno temu w Ameryce

: 2008-02-20, 12:13
autor: fenek73
Obrazek

Reżyseria : Sergio Leone
Scenariusz : Franco Ferrini, Franco Arcalli
Zdjęcia : Tonino Delli Colli...
Muzyka : Ennio Morricone
Na podstawie powieści Harry'ego Grey'a
Czas trwania : 221

Obsada : Robert De Niro, James Woods, Elizabeth McGovern, Treat Williams, Tuesday Weld, Burt Young, Joe Pesci, Danny Aiello, William Forsythe, James Russo oraz Sergio Leone jako sprzedawca biletów kolejowych

Życie wielkiego miasta, kariery wielkich gangsterów, prohibicja i pokątny handel alkoholem. Oto tło dla wielkiego fresku Sergio Leone, filmu "Dawno temu w Ameryce". Prawdziwa opowieść o dorastaniu i życiu wśród nowojorskiej mafii, pełna przemocy i brutalności, lecz nie pozbawiona elementów radosnych czy wręcz komicznych. Historia wielkiej przyjaźni, wielkiej miłości i wielkiej zdrady. Wspaniały film, wyśmienita obsada, mistrzowska reżyseria.

Film jest arcydzielem, dlaczego ? Najlepiej wyjasnie to cytujac bardzo dobra recenzje z www.filmweb.pl
Naprawde polecam przeczytac ta recenzje :)
" Podróż do krainy zapomnienia i śmierci "

Kiedyś Alicja Helman napisała o filmach Sergio Leone, że są jak sny kinomana - intensywniejsze, podniosłej wybrzmiewające, soczystsze, barwniejsze. Też - brutalniejsze. Pisała o jego hiperwesternie "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie", ale w większym jeszcze stopniu te słowa odnoszą się do "Dawno temu w Ameryce", spóźnionej o kilkanaście lat odpowiedzi na "Ojca Chrzestnego". Film ten stał się ostatnim dziełem Włocha (planowany był jeszcze dramat o oblężeniu Leningradu, ale Rosjanie wiele lat zwlekali z udzieleniem zgody na zdjęcia, a w 1989 r. Leone zmarł). Mamy więc przed sobą czterogodzinny gangsterski epos, o ostentacyjnie sztucznej konstrukcji (trzy plany czasowe!) i, narracji mieszającej iście operowy patos ze skrajnym naturalizmem z jednej strony, a fenomenalną wnikliwością psychologiczną z drugiej. I na dokładkę z obrazem, będącym pewnego rodzaju artystycznym testamentem. Wypowiedzią na najważniejsze egzystencjalne tematy, takie jak przyjaźń i rywalizacja, lojalność i zdrada, miłość i pożądanie, pamięć i przemijanie. "Mój film to podróż do krainy zapomnienia i śmierci."

Historia przyjaźni- nienawiści-rywalizacji dwóch mężczyzn (w różnym stopniu jest to temat wszystkich filmów Leone, tu jednak najgłębiej przemyślany) drobnych żydowskich gangsterów, "Noodlesa" ("Kluchy") i Maxa (koncertowy duet aktorski Roberta De Niro i Jamesa Woodsa), ciągnie się przez lata 20 (początki przestępczej kariery chłopaków z Lower East Side) i 30 (do dnia zniesienia prohibicji - 5 grudnia 1933). Obserwujemy narastającą toksyczność tego związku. Noodles to powolny w reakcjach melancholik i romantyk, który wyraźnie podporządkowuje się emocjonalnie pełnemu chorobliwej energii Maxowi. Jednocześnie miłość skłania go ku Deborze, ta jednak odrzuci jego zaloty i Noodles ostatecznie gwałtem w taksówce przypieczętuje swoją klęskę, zapewne zresztą - zdając sobie sprawę, że pali za sobą wszystkie mosty - jednocześnie próbując zabić ją w sobie. Zaś Maxa opanuje w końcu idee fixe - straceńczy, wręcz autodestrukcyjny pomysł napadu na Bank Rezerw Federalnych. Noodles zdradzi przyjaciela i wsypie go, licząc, że Max zostanie aresztowany, zamiast ponieść pewną śmierć w planowanej akcji. Wydarzenia potoczą się jednak inaczej... Jak?

Tego się właśnie nie dowiemy. 35 lat po tamtych wydarzeniach Noodles powróci do Nowego Jorku, by spotkać się z Maxem. By wyjaśnić ciążącą na nim przez te 35 lat winę. Ale nie będziemy mieć pewności, czy wszystkie sekwencje z 1968 roku nie są li tylko narkotycznym majakiem. Cała finałowa sekwencja filmu miesza realizm z fantasmagorią, fakty logiczne z punktu widzenia fabuły - z zachowaniami wytłumaczalnymi jedynie w kategoriach sennego przywidzenia. Plany czasowe i pętle narracyjne zaczynają się nakładać - aż po absolutny majstersztyk kina - enigmatyczny finałowy uśmiech "Noodlesa", zatrzymany stopklatką w ostatnim kadrze filmu. Noodles jest tu jednocześnie młody (tak wynika z fabuły) i stary (co jest logiczne z punktu widzenia psychologii postaci). To ujęcie, to bodaj najbardziej wieloznaczne sekundy w historii kina. I co najmniej kilka interpretacji daje się wysnuć i logicznie uzasadnić.

Całe "Dawno temu w Ameryce" przypomina sen - oniryczną, powolną narracją, eksponowaniem detali scenografii (ten spowity dymami Nowy Jork) i celebracją działań bohaterów (długie, dręczące niespełnieniem rozmowy Noodlesa z Deborą), wreszcie choćby natarczywym dzwonkiem telefonu w prologu, który zdaje się sugerować, że wręcz cała historia jest sennym przywidzeniem... Liryczno- patetyczna stylizacja przerywana jest gwałtownymi eksplozjami przemocy, z tą najbardziej wstrząsającą - sceną śmierci małego Dominika, wydarzeniem jednym z najważniejszych w filmie. Senną atmosferę podkreśla jeszcze nierealnie piękna muzyka i komponowane z malarską wprost wrażliwością, zamglone kadry (to skandal, że partytura Ennio Morricone i zdjęcia Tonino Delli Colli nie zostały nawet przedstawione do Oscara - producent Arnon Milchan "zapomniał" o tym, zajęty skracaniem filmu na rynek amerykański).

I gdy kończy się ta niemal czterogodzinna wizja, nie ma wątpliwości, że obcowaliśmy z estetyczną doskonałością; z "filmem, na którym Amerykanie mogą się uczyć robić kino". A także filmem, który w przeciwieństwie do wszystkich innych - jest dziełem otwartym, dającym się interpretować pod wieloma kątami, i niemającym jednego wyjaśnienia. Tu niemal każdy detal scenografii (zegar, telefon, klucz, zdjęcia na ścianach) jest celowy i przemyślany. Każda scena, niemal każda rozmowa niesie ze sobą wiele znaczeń i symboliki. A wszystko ułożone w szalenie zagadkową, ale też zegarmistrzowsko precyzyjną konstrukcję. Dzięki temu do filmu Leone można wracać dziesiątki razy - za każdym odkrywając coś nowego. Jeśli szukać odpowiednika na gruncie literackim, to DTWA najbliżej chyba jest do siedmioksięgu Marcela Prousta. I określanie jego wartości tylko "gangsterską" przynależnością gatunkową nie wyczerpuje jego bogactwa nawet w 10 procentach - w porównaniu z nim "Ojciec Chrzestny" jest filmem przejrzystym i prostym jak taboret.
Film oceniam na 10/10 8-)