LOST SEZON1 - FanFiction by me :)

Twórczość użytkowników związana z "Lost": opowiadania, wiersze itd.
cactus
Forrest Gump
Posty: 4
Rejestracja: 2008-11-23, 11:44

LOST SEZON1 - FanFiction by me :)

Post autor: cactus » 2008-12-10, 19:19

Staramy się komentować pracę autorów, a nie posty innych użytkowników ~ Dodano przez moderatora forum

Witam wszystkich,

Zapraszam do czytania :)

Będe umieszczać ok. 1 odcinek na tydzień -> wkładam dużo pracy i czasu przy pisaniu jednego odcinka , dochodzi do tego wena, której czasami nie mam więc proszę w razie czego byc cierpliwym :->

Pierwszy odcinek wyjątkowo nie zawiera żadnych futuro ani retrospekcji , oraz stanowi tak jakby prolog :)

LOST FAN FICK ; SEZON 1 BY CACTUS


ODCINEK 1 - „Z Sydney do Lost Angeles”


Na ekranie pojawia się duży, przybliżający, a następnie chowający się na dół biały napis „LOST”. Za nim widzimy kolejne napisy o treści „Lost ( Fanowska Fikcja ) Sezon Pierwszy by cactus” i „Witamy”.

Po tej sekwenji „napisowej” czarne tło rozjaśnia się, i kamera ukazuje nam przepiękną panoramę z lotu ptaka na Australijskie miasto o nazwie „Sydney”. Kamera przesuwa się w bok, oraz zaczyna stopniowo przybliżać w kierunku morza. Następnie przesuwa się w kierunku właśnie co odrywającego się od pasa startowego samolotu. Kamerka ukazuje nam napis na samolocie „Oceanic Airlines”. Zaczynamy przenikać do kokpitu, gdzie widzimy dwóch siedzących na swoich stanowiskach pilotów, słyszymy, jak jeden z nich cos mówi:
- Zrozumiałem, oceanic815
Ustawiamy częstotliwość na RIT 997 , jestesmy do dyspozycji dla Kingsford Smith ATC Tower.
Zrozumiałem. Trzymajcie się kursu 189 na północny wschód.
Roger.

Kilka godzin pózniej

Kamera ukazuje lecącego nad oceanem Boeinga 777-200 Oceanic Airlines. Następnie zanurza się do wnętrza, do tego przygrywa jakaś nastrojowa muzyczka. W samolocie widzimy dużo pasażerów. Kamera ukazuje nam widok na jednego, łysego pana, siedzącego w środkowym rzędzie między pewną kobietą i mężczyzną. Do owego pana podchodzi stewardessa i pyta, czy nie podać czegoś do picia. Ten podzekował. Pózniej to samo stało się z innymi. Nagle przez korytarz przebiegł jakiś człowiek. Wydawał się bardzo niespokojny. Podczas biegu zaczepił jakiegoś otyłego człowieka, po czym grzecznie przeprosił go i pobiegł dalej. Ludzie w ostatnich rzędach zobaczyli, jak ten wchodzi i zamyka się w toalecie. Kilka sekund pózniej jeden z pilotów wyszedł z kokpitu. Niektórzy pasażerowie zaniepokoili się, bo ten zachowywał się najzwyczajniej w dziwny sposób. Krzyczał do stewaresy, a ta mu ze schyloną głową odpowiadała.

Scena kolejna

Kamerka pokazuje na siedzącego przy oknie, dość pokaznego pana. Podchodzi do niego stewardessa i podaje obiad. Pan przy oknie zaczyna jeść i popijać gazowaną wodą. Kamera pokazuje, że ten człowiek leci Business class, jak i wielu innych, np. Otyły mężczyzna z długimi włosami, słuchający Discmana, do którego właśnie podeszła stewardessa i poprosiła o wyłaczenie sprzętu, podając pretekst, iż może to zakłucac urządzenia pokładowe samolotu. Ten zrobił nieco skwasniałą minę i wyłączył.

Godzina: 5 po piętnastej.

Nagle ni stąd ni zowąd zatrząsł się samolot. Na kilka sekund ustało. Lecz po ok. Minucie znowu mocniej zatrzęsło. Ludzie co po niektórzy rezejrzeli się, lub powyglądali przez okna. Podczas kolejnego wstrząsu otworzyła się skrytka na bagarz podręczny i wypady jakieś plecaki. Pasarzerowie siedzący obok wstali i powstadzali je spowrotem. Stewardessa przyszła i oznajmiła że ta skrytka jest uszkodzona od dawna, więc nic się nie stało. Kilka minut pózniej turbolencje ustały, nawet te słabe, a na rozweselenie pasarzerów aktywowano przy każdym siedzeniu mini telewizor, gdzie mogli sobie oglądac przez słuchawki różne programy i filmy.

Kamera skierowała się ku dwóm pasarzerom. Jednym z nich była pieguska w brązowych spiętych w kok włosach,skuta w kajdanki, a drugim był jakiś facet, który na pozór bacznie obserwował kobietę. Kobieta powiedziała do tego faceta:
„Chciałabym ci o czymś powiedzieć” - Facet zaśmiał się i zapytał:
„ Słucham?”
I nagle TRACH! - tylnia cześć samolotu oderwała się od kadłuba i poprostu odleciała, niczym w jakimś filmie S-F. W faceta z kwadratową szczęką wbił się jakiś metalowy badyl, po czym jęknął i stracił przytomność. W smaolocie zapanował haos. Jedni ludzie się wydzierali w niebogłosy, drudzy robili znak krzyża i się modlili, a jeszcze trzeci płakali. Z pozoru było widać, że samolot jest skazany na katastrofę. Niektóre siedzenia zostały wyrwane z podłogi samolotu, a ludzie chowali się za nimi. Nagle w głośnikach coś zahałasowało, był to prawdopodobnie pilot, który próbował coś powiedzieć, ale strasznie przerywało i nic nie było prawie słychać. Kamera pokazuje, jak dwóch pasarzerów wyskakuje z urwanej częsci samolotu, tak jak by chcieli popełnić samobójstwo. Silniki zaczynają hałasować, samolot zaczyna bardzo mocno opadać. Pasarzerowie czują nacisk, jak jakaś siła wbija ich w podłogę i siedzenia. Atmosfera w samolocie przypomina jakiś horror, jak by to nie działo się naprawde. Po chwili rozpędzony do ok. 200 kilometrów wrak uderza dziobem w drzewa, po czym w ułamku sekundy samolot robi obrót o 180 stopni, kokpit z kawałkiem kadłuba urywa i gubi się po drodze, a pozostała część do góry nogami rozbija się z prędkością ponad 100 kilometrów na godzinę na dość sporej plaży, sunąc po piachu, aż do zatrzymania się przed wodą, rozpadając się na jeszcze mniejsze części. Wydawało się, że to już koniec. Jednak hałas nie ustał. Wręcz przeciwnie. Pogruchotane silniki zaczęły hałasować z jeszcze większym natężeniem niż przedtem, a przeżyli ludzie wybiegali ze złomu i darli się w niebogłosy. Zapanował totalny haos.
Kilka chwil pózniej jeden z ludzi wskoczył do wody, popłynął do dryfujących rozbitków, ratujac im tym samym życie. Po wydostaniu ich z wody próbowano ich odratować. Niestety, udało się tylko jednego, reszta się utopiła. Kamera pokazuje scenę, w krórej pewien mężczyzna wpada do silnika, a ten wybucha, rozrywając się na strzępy i pozostawiając po sobie wielką siłę wybuchu, która poprzewracała na ziemię kilku innych rozbitków. Kamera pokazuje na średniego wzrostu kobietę w jasnych włosach , która krzyczy w niebogłosy, oraz na jęczącego, poranionego faceta, który leży na piasku i wrzeszczy: -”Gdzie jest moja żona!!!!!”. Po chwili jakiś kawałek złomu przygniata go i prawdopodbnie zgniata na śmierć.

W kolejnej scenie widzimy wybiegającego z pobliskiej jungli wysokiego mężczyznę. Ten zaczyna obiegac wszystkich, ratować i pomagać jak się tylko da. Było widać, jak ma rozcięte plecy, jakby się na coś nadział. Ale było widac jak walczy z bólem, poświęcając się innym poszkodowanym.
Podbiegł nagle do jakiejś leżącej, poranionej kobiety. Ta lekko otworzyła oczy, wymamrotała jakieś słowa, min:
-”gdzie ja jestem... co się dzieje...”, po czym mężczyzna odpowiedział:
-” Nazywam się Jack Sheppard i chcę ci pomóc” - przewrócił kobiete na druga stronę, a potem dodał :
Boli cię ta ręka ? - pokazał na prawe ramię, a kobieta wymamrotała:
Nic z nią nie jest... mogę jeszcze nią ruszać...

Kolejne scena ukazuje, jak hałas powoli ustaje, drugi silnik przestał działać, a ludzie się w dużej mierze uspokoili. Potem pokazuje na długowłosego meżczyznę, o złowieszczym spojżeniu, jakby był tak wściekły , że chciałby kogoś zabic. Wyjął z kieszeni ostatniego papierosa, zapalił go, po czym ze złością rzucił na ziemię tylko raz się zaciągając nim. Po jakimś czasie pokazano, jak ludzie
powoli powracają do normy, mając na myśli uspokojenie wewnętrzne i ogarnięcie sytuacji. Rozbitkowie przemieszczają się wokół wraku, zbierając rózne klamoty, bagarze, itp, zostawiając je w innych miejscach. Słychac przy tym krzyk jakiegoś rozbitka, który oznajmia w dosć irytujący dla innych sposób, że nie może znaleść swoich rzeczy. Jakby inni nie mieli żadnych problemów z szukaniem SWOICH rzeczy w tej stercie złomu. Rzuca się szczególnie w oczy opalająca się na swoim ręczniku jakaś blondynka, która zachowuje się, jakby była na wakacjach co najmniej na hawajach i jakby nic się nie stało. Dziwne, bo zaraz po katastrofie była jedną z najbardziej hałaśliwych. Do tego oznajmia ciągle innym, żeby nic nie robili bo zaraz przybędą helikoptery ratunkowe. Jedna z kobiet podchodzi do drugiej i próbuje powiedzieć coś. Ta jednak sprawia wrażenie, jakby nie rozumiała. Okazało się, że pochodzi z Korei i umie rozmawiać tak jak jej mąż tylko w swoim ojczystym języku.

Kilka godzin pózniej

Nadchodzi zmrok. Powoli robi się ciemno. Ludzie są wyczerpani, głodni. Jednak mają pewność, że niedługo nadejdzie pomoc, i będą uratowani. Pózniej rozpalili ogniska, każdy siedział osobno, lub jeżeli leciał z kimś swoim to razem. Nikt się w końcu na pozór ze soba nie znał, więc panowała dziwna atmosfera. Ale powoli zaczeły zawiązywać sie jakieś kontakty, najczęściej samotni rozbitkowie podchodzili do siebie i próbowali trochę porozmawiać. Kamera skierowała się na jakiegoś czarnoskórego kilkunasto letniego chłopaka i jego ojca, który ciągnął wręcz na siłę prawdopodbnie swojego syna i coś krzyczał do niego.
Jeden z rozbitków, wyglądający na araba, podszedł do meżczyzny, przedstawiającego się wcześniej jako Jack Sheppard, który siedział przy jednym z poszkodowanych i rozpoczął rozmowę:
„Moge na chwilkę przeszkodzić ?”
„Jasne.. co się stało? Ktoś z rodziny chory?”
„Nie , właściwie to leciałem tym samolotem sam – powiedział smutnym głosem arab.
„Aha, rozumiem – odpowiedział Jack.”
„Może najpierw się przedstawię, nazywam się Jarrah, Sayid Jarrah.”
„Jack Sheppard”- odpowiedział zdecydowanie, podając rękę.
„Przepraszam że tak prosto z beczki ale widziałem jak siedziałeś gdzies z przodu samolotu niedaleko kabiny pilotów, mam rację ? - spytał zdecydowanym tonem Jarrah.
„Tak, to prawda – odparł z uśmiechem Jack.”
Czy ci piloci... - nagle Sayid musiał przestac mówić, gdyz pacjentka Jacka zaczęła sie dusić.
„Przynieście zacisk, niech ktoś przyniesie zacisk !” - krzyczy do tłumu. Kilku rozbitków podeszło zobaczyć co się dzieje, jeden z nich krzyknął:
„A skąd mamy wziąść jakiś zacisk” ??
„Ehh... szybko bo ona się udusi !”- krzyknął ktoś inny z tłumu, po czym pobiegli szukać i pytać się po inynch czy nie mają czegoś takiego. Nagle jakiś facet przyniósł apteczkę:
Szybko, znalazłem to we wraku... - podał ją Jackowi a ten rozpoczął leczenie.
Po chwili kobieta jakby poczuła się lepiej, a Jack powrócił do rozmowy z Sayidem:
„No więc” - mówi do Jacka - „Pytałem się czy może widziałeś, czy piloci mieli przy sobie coś w stylu... nadajnika czy łokitoki, rozumiesz chyba o czym mówię ?”
„ Ups... niestety, prawde mówiąc połowę lotu przespałem, więc mało co widziałem” - odparł z uśmiechem Jack.
Mężczyzni jeszcze chwile porozmawiali, a nastepnie rozeszli się. Było już prawie ciemno. Szykowała się noc bez dachu nad głowy. Jednak kilku ludzi weszło do fragmentu kadłuba i na tych trupach jakoś się ułozyli, czekając na statki ratownicze. Kilku rozbitków zmajstrowało coś sobie ze złomu, jak metalowe części podpierane na pierwszych lepszych kijach. Kamera pokazała na siedzącego na piasku pod gołym niebem wielkiego faceta, słuchającego discmana i sprawiajacego wrażenie cieszącego się z życia. Pózniej skierowała na także siedzącego nie co na uboczu pod gołym niebem łysego faceta, o ciemnej karnacji w czystej koszuli. Ten się wpatrywał w ocean i śmiał. Pózniej zaczął się śmiać jeszcze bardziej. Dotknął końce swoich nóg, uniósł je i wybuchł śmiechem. Jeden z rozbitków z daleka to zobaczył i wywarł wrażenie lekko zdziwionego. Przez kolejne minuty wszystko działo się spokojnie, ludzie się przygotowywali do snu, jedni siedzieli przy ogniskach i rozmyslali, drudzy przygotowywali swoje miejsca do spania, trzeci rozdzielali racje żywnościowe z samolotu, żeby starczyło dla wszystkich do przybycia ratunku. Jednak nagle tę ciszę przed burzą zakłócił potworny ryk, dochodzący ze strony jungli. Wszyscy nagle się okłopotali, a potem odezwał się kolejny, a wraz z nim jakieś mechaniczne odgłosy, i dzwięki uderzania w ziemię, jakby jakiś gigantyczny mchaniczny robot stąpał po jungli. Wszycy rozbotkowie wpadli w strach, zostawili wszystko i jednym sznurkiem ustawili się głowami skierowanymi w stronę wyspy. Wyglądali jakby coś ich opętało, usta się im nie zamykały a wytrzeszczone oczy ciągle były skierowane ku jungli. Mechaniczne dzwięki narastały, stawały się coraz głośniejsze, a wraz z nim to potworne walenie w ziemie, jakby to coś się do nich nieustannie zbliżało. Nagle grupka rozbitków zauważyła, jak wraz z dzwiękami przewalają się drzewa w głębi wyspy. Wszyscy zostali potwornie przerażeni. Ale po chwili drzewa przestały się walić, a dzwięk i tupanie stało się coraz cichsze, aż dzwięk schował się całkowicie, jakby poszedł w inną stronę i zostawił rozbitków w spokoju. Wśród rozbitków nastała grobowa cisza. Tylko jeden z nich, ciągle wpatrując się w junglę, powiedział sam do siebie: -”Gdzie my jesteśmy!??”

LOST.
Ostatnio zmieniony 2008-12-11, 20:48 przez cactus, łącznie zmieniany 3 razy.
Nadare
Nosferatu
Posty: 1523
Rejestracja: 2008-11-25, 21:22

Re: LOST SEZON1 - FanFiction by me :)

Post autor: Nadare » 2008-12-10, 19:54

Przeczytałam i z żalem muszę stwierdzić, że jest niedopracowane i średnio mi się podoba :P Jakoś tak brak wartkości akcji, niezbyt imponujące dialogi w ogóle za krótkie ale najważniejsze by Tobie sprawiało przyjemność ;)
cactus
Forrest Gump
Posty: 4
Rejestracja: 2008-11-23, 11:44

Re: LOST SEZON1 - FanFiction by me :)

Post autor: cactus » 2008-12-10, 20:03

ODCINEK 2 - „Wezwanie o Pomoc”

Scena rzeczywista;

Nastał Poranek. Rozbitkowie wstają , budzą się do życia. Niektórzy sa zdziwieni, bo myśleli, że obudzą się we własnych domach. Kamera pokazuje na pewnego gościa, który buszuje we wraku, przeszukując nieżywe ciała i rzeczy w torbach. Nagle do niego podeszła ta sama kobieta, która siedziała w samolocie skuta kajdankami. Gość wystraszył się, wybabrał się z wraku i powiedział: - Mhm... co ja tu widzę...
- Przyszłam poszukać swoich rzeczy, mogę ?
- No jasne mała, wbijaj do środka – odparł podstepnie facet, uśmiechając się do kobiety.
Facet wyszedł z wraku z gołymi rękami a kobieta zaczeła przebierać szukając czegoś.


LOST


Scena rzeczywista;

Zdenerwowany facet szedł wzdłuż plaży, podnosił kawałki złomu z samolotu i rzucał nimi do wody. Nagle minął się z łysym facetem, który przedstawił mu się jako John Locke:
- Ehh... dobra, niech będzie... mów mi Sawyer. Ale ani literki inaczej, dobrze ? - odpowiedział facet z długimi włosami – dobra... aha, co pan Locke chciał ?? - w myślach pragnął, by John zostawił go w spokoju.
John odpowiedział z uśmiechem: - Może zagramy w tryktaka ?
- Że co?? jakiego thryktaka ? Jestem zajęty , przepraszam – po tym Sawyer poszedł i dalej wrzucał złom do wody. Locke chwile na niego popatrzył, po czym poszedł i usiadł na piasku przy swoim namiocie, który zeszłej nocy skonstruował. Miał jak do tej pory najlepszy namiot, wszyscy mu się dziwili jak go robił, że chciało mu się, i tak dalej. Nagle zobaczył, jak podchodzi do niego pewien niewielkiego wzrostu szatyn. Podszedł do Locka, kucnął przy nim i powiedział: - Cześć, nazywam się Charles, ale możesz mi mówić Charlie.
- Oh, cześć Charlie! - odpowiedział Locke z wielkim zadowoleniem na twarzy, - może - chcesz zagrać w Tryktaka ? znasz tą gre i zasady ?
- Jasne – odpowiedział Charlie – Hm.. ale dawno nie grałem. No ale nic, przypomnę sobie.
Dwóch rozbitków zaczęło grac ze sobą, niezle się przy tym bawiąc. Po chwili podszedł do nich jakiś Otyły mężczyzna, i powiedział:
- Hej goście, jestem... moja ksywka to Hurley, ale nazywam się tak naprawde Hugo Raise.
- O, cześc Hurley, może chcesz znami zagrać w tryktaka ? - odpowiedział z uśmiechem Charlie.
- Nie ma sprawy – odparł Hugo, po czym wygramolił się na piasek i zaczął grać. Po chwili do trójki grających podszedł Sawyer, po czym powiedział:
- O, a ciebie to chyba skądś znam, panie Drive Shaft.
- Wow – ucieszył się na te słowa Charlie, poczym zerwał się i zaczął śpiewać: - you all everybody ! , you all everybady ! - Przerwał mu Sawyer – Nie kazałem ci tego śpiewać...
- Dobra, nie ma sprawy – odparł Charlie – A może chcesz zagrać? – przerwał mu Sawyer – Nie !!! ...
- On woli wrzucać do wody złom z samolotu – powiedział złośliwie Locke, uśmiechając się do Sawyera..
- A niech cię... - mruknął pod nosem Sawyer, ale nie dokończył, bo nagle do „kółka różańcowego” podszedł jakiś młody mężczyzna, po czym powiedział:
- Hej, widzieliście może gdzieś moją siostrę? To ta wariatka w jasnych włosach... napewno wiecie o kim mówię..?
- Hm... ja nic nie widziałem, a wy ? - odparł Hurley,
Ja też nie – odpowiedział Charlie.
Reszta także zaprzeczyła, a mężczyzna poszedł. Sawyer też odszedł, a Hugowi przypomniało się, że ma do zrobienia coś ważnego. Locke został z Charlim. Zaczęli ze soba rozmawiać. Locke popatrzył się na Charliego i zapytał:
Słyszałem o waszej grupie... to ty śpiewałeś tam, nie ?
- No, jestes może naszym fanem? Jak tak to mogę ci dac Autograf!– odpowiedział z radością Charlie,
- Dzięki, jakoś nie czuję potrzeby...


Retrospekcja;

Miejsce akcji : feralny samolot;


Kamera ukazuje Locka, który siedzi w fotelu i czyta gazetę wyjętą z kieszeni przedniego fotelu. Do Johna podchodzi stewardessa i proponuje coś do picia, jednak ten odmówił, i dalej czytał. Zauważył, jak kilka rzędów w bok pewien kilkunasto letni chłopiec uśmiecha się do niego.Locke uśmiechnął się do chłopca także. Nagle niefortunnie Lockowi spadła na podłogę woda, rozlewając się pod nogami jego i sąsiednich pasażerów. Ten natychmiast usiłował podnieść kubek, lecz nie potrafił, mimo wielkiego wysiłku nie udało mu się to. Kubek podniósł sąsiedni pasażer a John przeprosił i zrobiło mu się smutno.

Scena rzeczywista;

Miejsce akcji : Wyspa, plaża;
Kamera pokazała na rozbitków, wśród których nastąpił pewien niepokój. Zadawali sobie pytania: “Jesteśmy tu już 2 dni, dlaczego nikt nas jeszcze nie uratował??!!”. Niektórzy budowali sobie szałasy, drudzy siedzieli na piasku i wypatrywali jakiegoś statku, trzeci poprostu próbowali o wszystkim zapomnieć i się relaksowali. Jednak nagle nastapił przełom. Pewna grupa pasażerów przypomniała sobie, że dziób samolotu spadł gdzieś do jungli, a tam jest kokpit i urządzenia łącznościowe, za pomocą których mogli by nawiązac kontakt ze światem i pomóc siebie odnaleść. Rozbitkowie myśleli, że może nikt nie wie gdzie się znajdują?, dlatego pomysł okazał się bardziej niż znakomitym. Teraz pozostało już tylko wszystko uzgodnić, zebrac odpowiednią grupkę i ruszać po raz pierwszy w głąb nieznanej , prawdopodobnie bezludnej wyspy.

Głównym inicjatorem wyprawy został Sayid, ze względu na przeszłe doświadczenia związane z różnego rodzaju urządzeniami łącznościowymi tj. nadajnik, itp.
Jack zainteresowany tym pomysłem podszedł do namiotu Sayida i zaczął z nim rozmowę na ten temat:
- Jesteś pewny, że uda nam się za pomocą tych urządzeń w kokpicie połączyc ze światem zewnętrznym ?
- Posłuchaj, należałem kiedyś do swego rodzaju gwardii żołnierskiej w Afganistanie, tak więc możesz mi zaufać , oczywiście, jest pew – nagle musiał przerwać, gdyż niespodziewanie przyszedł jeden z rozbitków;
- Hej, słuchajcie, nazywam się Artur Artzt ,ale proszę... , tylko nie Arzt!... ;
Rozumiem, panie Artzt – odpowiedział chłodno Jarrah,
- Jestem a raczej byłem biologiem od “zadań specjalnych” , badałem różne nadzwyczajne gatunki roślin, zwierząt i takie tam duperele, ale znam się na nadjanikach też troszku... - przerwał mu Sayid – Nie ma sprawy, właśnie formujemy drużynę, jak pan chce panie Artzt, to może pan z nami iść.
- Ok. , w takim razie kiedy wyruszamy ?
- Dzisiaj po południu, teraz słońce zbyt pali, nawet jak na przechadzki pod cieniami jungli...
- Przepraszam że przeszkadzam – powiedziała jedna z rozbitek – ale... - przerywa Jack – Właśnie, to jest Kate Austen, pomogła mi zaraz po katastrofie... moze pójdzie z nami ? Co ty na to, Sayid ...
- Nie ma sprawy, ale to trochę niebezp – wtrąca Kate – Nie martwcie się, dam sobie radę.
No to zbiórka przy namiocie Jacka , za ok. cztery godziny. Jak tylko słońce zacznie się chować za horyzontem, wyruszamy – oznajmił Sayid.
- Jasne – odparła Austen.
- Puki co, rekrutacja otwarta – oznajmił Sayid.
Nagle jeden z rozbitków wtrącił; - Nie chcę oczywiście nic mówić, ale... pamiętacie te wczorajsze nocne odgłosy ? Nie no, oczywiście nic nie sugeruję, ale... zresztą róbcie jak uważacie.... - wtrącił Sayid: – Nie ma obawy. Będziemy trzymać się w grupie i nic nam sie nie stanie, zresztą nawet nie wiemy co to było... - wtrącił Artzt; - Ja myślę, że poprostu dosięgnął nas szok psychiczny związany z wypadkiem... Ludzie, przeżyliśmy katastrofę lotniczą !!, zastanówcie się co wy mówicie...
- Ha, ja myslę jak narazie baaardzo racjonalnie, panie Gruby Ogórek... - powiedział właśnie co nadeszły Sawyer..
- A m... - przerwał ironicznym tonem Sawyer – Niee, nigdzie nie idę, bez obawy przyjaciele, a tak przy okazji, dzisiaj rano, tam dalej z jungli wybiegł dzik, więc ja bym pomyślał na waszym miejscu, że ta wyspa może być... zasiedlona przez dziką zwierzynę ? Trudne do odkrycia, mhm? - odparł z usmieszkiem Sawyer.
- Ja także myślę, że mogła to być jakaś niesamowicie fascynująca odmiana może... lamparda ? Albo tygrysa teksańskiego paskowanego ! - zagawędził rozbawiony Artzt...
- A właśnie – dodał Sawyer – Weście na polowanie pana... Luka czy jak mu tam. On chyba ma jakiś temperament... he he.
Kate, Jack i reszta powoli zaczęli się irytować na słuch tych durnych gadek Sawyera. Po chwili dyskusja się skończyła i wszyscy się rozeszli. Zostali tylko Kate i Sawyer. Ten drugi nie mógł powstrzymać się od gadki, i zaczął: - A my się nie znamy przypadkiem, piegowata ?
- Daj spokój Sawyer... - odparła zmęczonym głosem Kate, po czym poszła w kierunku swojego namiotu. Kamera pokazała, jak dwójka jakichś rozbitków poszła do jungli nazrywać trochę tropikalnych owoców.


Retrospekcja;

miejsce akcji : Australia, “ Zrzeszenie poszukiwaczy przygód i wypraw ekstremalnych“, 1 dzień przed katastrofą

Nagle na wózku inwalidzkim nadjechał John Locke. Następnie przywitał go jakis meżczyzna. W tle było widać jakiś stragan oraz do połowy pełny autobus przypominający wycieczkowy autokar.
- Locke zaczął : - No, jak widać, jestem cały, zdrowy i przygotowany ! - pokazał na swój dość spory ekwipunek. Mężczyzna skrzywił nieco minę i powiedział:
- Pan nie może z nami jechać. Naprawdę, proszę... - przerwał mu Locke: - Co proszę ? -Proszę powtórzyć, hałas straszny i chyba nie dosłyszałem...
- Nie pojedzie pan z nami,
- Co ? Dlaczego ? Jak to ? Co się stało ? - odparł roztrzęsiony Locke.
- Widzi pan... konsultowaliśmy się na bierząco z pańskim rehabilitantem i niestety muszę delikatnie przyznać, że pan nie jest w stanie sprostać temu wyzwaniu, naprawdę, nawet nie wie pan jak bardzo mi jest przykro... - wtrącił nerwowo Locke: - Ale to, to niemożliwe!, ja muszę, muszę jechac! Proszę przestac mówić takie głupoty i mnie wpuścić do autobusu!,
- Proszę, oto bilet powrotny prosto do Los Angeles, samolot startuje jutro o 9.00, linie Oceanic, mam nadzieję, że odpowiada... - Przerwał Locke: - he – wtrącił mężczyzna: - Przepraszam, muszę już iść, wszyscy na mnie czekają ! Nie mogę tracić ich czasu na rozzterki z panem ! Powiedziałem już wszystko, dowidzenia. - powiedział rozzłoszczony meżczyzna.
- Nie , czekaj, prosze, przygotowywałem się na tą wyprawę 4 lata!! słyszysz !!?? czekaj !! jestem w stanie, rozumiesz, jestem w stanie temu sprostać, poradze sobie, to jest moje przeznaczenie !! ZACZEKAJ!,
Mężczyzna zatrzymał się, odwrócił do Johna i powiedział spokojnie : - Nie możesz John, zrozum,
- Nigdy nie mów mi czego nie mogę !!! - wrzasnął rozwścieczony Locke, próbując wygramolić się z wózka: - To jest moje przeznaczenie, rozumiesz, to jest moje przeznaczenie !!! - autobus po chwili odjechał, a Locke przewalił ze wściekłości cały stół z ceramiką , przy którym siedział z mężczyzną i załamał się psychicznie. Następnie wyjął z kieszeni swój otrzymany bilet powrotny.


Scena Rzeczywista;

miejsce akcji: Wyspa, plaża.


Kamera ukazuje siedzącego nie co na uboczu Locka. Ten przygląda się cały czas w ocean, intensywnie rozmyslając. Nagle sięga do kieszeni swoich dżinsów i wyjmuje pognieciony bilet, na któym pisze : “ Z Sydney do Los Angeles; Linie powietrzne Oceanic “, i zaczyna się do niego śmiać, niczym najszczęśliwszy człowiek na świecie. Nagle niespodziewanie do Locka podchodzi ten sam chłopiec, którego widział w samolocie. Chłopiec podszedł, stanął naprzeciw Lockowi i powiedział :
- Hej, nazywam się Walter.
- Witaj Walt – odpowiedział Locke.
- Co robisz ? - spytał Walt
- A nic takiego, oglądam ptaki przelatujące nad oceanem...
- I to wszystko ?
- No i rozmyślam nad... nad pewnymi rzeczami,
- Jakimi, panie....
- Mów mi Locke,
- jakimi rzeczami panie Locke ? - dopytywał się olbrzymie zafascynowany Lockiem Walt.
- To twój ojciec ? - spytał Locke, pokazując na średniego wzrostu murzyna, niosącego coś przez plażę,
- Tak, a co to jest ? - spytał chłopiec pokazując na tryktaka.
- A, to jest pewna gra, właściwie jest to jedna z najmądrzejszych i najstarszych gier na świecie..., wymyślili ją już starożytni.
- Jak w to się gra ?
- Choć, pokażę ci – odparł z zadowoleniem Locke, który rozłożył na piasku tryktaka i zaczął grać z Waltem.
- Nagle przez plażę przeszła grupka rozbitków, w tym Jack i Hurley. Poszli prosto do Sayida by omówić jeszcze kilka kwestii związanych z podrózą do kokpitu. Po jakimś czasie grupa wreście wyruszyła. 4 rozbitków maszerowało przez bujną i porośniętą junglę. Pierwszy szedł Sayid, który ciągle na swojej drodze sprzątał kijem rośliny, za nim Artzt, a na końcu Jack i Kate, którzy niemal ciągle ze sobą rozmawiali. Po kilkunastu minutach drogi zaniepokojony Jack zadał pytanie w stronę Sayida:
- Jak długo jeszcze będziemy iść ?
- Myslę, że ok. 15 minut, nie znam dokładnego położenia tego wraku – odparł Sayid.
- A skąd wogóle wiesz, że idziemy w dobrym kierunku ? - zapytała Kate.
- Nie wiem czy w dobrym, lecieliśmy ze wschodu, na zachód jest ocean, gdzie się rozbiliśmy, więc można przypuszczać , że kokpit leży gdzieś niedaleko w północnym – wschodzie... - rozprawił Sayid,
- heh, ja bym na to nigdy nie wpadł – powiedział Jack.
Grupa po jakimś czasie wyszła z Jungli, i znalezli się na pięknej, zielonej polanie, w tle której było widać z bardzo daleka ogromny masyw górski. Sayid popatrzył na niego i powiedział : - Ta wyspa musi mieć całkiem spore rozmiary...
- Taa... - odpowiedział zmęczonym głosem Jack.
Rozbitkowie dalej szli przez polanę, aż znowu wkroczyli do jakiejś ciemnej Jungli. Idąc przez nią, po pewnym czasie zauważyli, że nie mają ze soba jednego kompana;
- Stójcie ! - krzyknęła Kate.
- Co się dzieje ?
- Nie ma Artzta.. - przerwał mu Jack – cholera jasna, no jak to go nie ma !
- Artzt !! , Artzt !! - zaczęli się rozglądać po terenie i wołać zaginionego.
Po chwili jednak zrezygnowali.
- Nie ma go – powiedziała Kate. - wtrącił zdenerwowany Jack – Trudno, nie ma to nie, mógł się trzymać nas bliżej... ja nie będę płakać za obcym człowiekiem!. Idziemy do tego piekielnego kokpitu.
Kate i Sayid nie wiedzieli co odpowiedzieć, trochę się zawachali jego decyzji, ale w końcu bez słowa wszyscy ruszyli. W końcu po długim marszu dotarli do przedniej części samolotu. Była w opłakanym stanie, pognieciona, wbita do tego dziobem w ziemię i wystawała tyłem do góry.
- Dobra, wejdziesz Jack od tyłu, ja spróbuję dostac się z drzewa przez tą dziurę, a ty Kate zostań, popilnujesz żeby nikt nas nie zaskoczył. W razie czego krzycz, rozumiesz ?
- Stoi – zgodziła się, ale miała przez chwilę wątpliwości, bo chciała iść koniecznie z Jackiem.
Dwójka mężczyzn weszła do wraku dwoma róznymi wejściami. Pogruchotali się trochę o rożne śmieci, całe żelastwo, powyrywane fotele, pogniecione podłogi, itp. Sayid wszedł tyłem i okazało się, że ma zawaloną droge i nie może przedostać się do kokpitu.
- Nie mogę dalej iść – krzyknął Jarrah – Słyszysz mnie ??
- Tak, jestem w przy urządzeniach kokpitowych – odkrzyczał Jack,
- Dobra, zaraz do ciebie przyjdę, czekaj na mnie.
Sayid wyszedł na zewnątrz a nastepnie wdrapał się przez to samo wejście, co Jack. Wkrótce się spotkali.
- Hm... tak jak się spodziewałem. To wszystko jest nieco zniszczone. - przerwał Jack, pokazując na powyrywane kable i pogruchotane sprzęty: – Nieco ?
Po chwili Sayid znalazł w kieszeni martwego pilota Nadajnik. Okazało się, że jest w dobrym stanie.
- Dobra, wyprubujmy – powiedział Sayid, wciskając różne przyciski na nadajniku. Nagle Kate zawołała: - Słuchajcie, z ta junglą jest coś nie tak.
Jack podpezł do wyjścia i zawołał: - Co się dzieje ? Kate ??
- Niewiem, usłyszałam przedchwilą jakieś dziwne dzwięki, chyba jakiś rozwścieczony zwierz tu idzie...
- Sayid, ruszaj się , musi... - przerwał Sayid : - Ehh... nie ma zasięgu.
- Jack !! - krzyknęła znowu Kate...
- Już idziemy !
- Kurza melodia, a już myślałem że to ustrojstwo zadziała... - przerywa Jack – Choćmy !!
Dwóch rozbitków wybiegło z wraku, a Kate czekała na nich przy wyjściu.
- Co się stało ? - zapytał Jack.
- Mówiłam, coś w tej jungli jest. Coś zaryczało, ale nie tak jak te wczorajsze odgłosy. To musi być coś innego...
- Ehh... pewie jakieś dzikie zwierze. Jesteśmy w końcu na tropikalnej, bezludnej wyspie, czyz nie ? - powiedział dopiero co nadeszły Artzt.
- Co ? Gdzie ty byłeś idioto ? My tu nie wiemy czy cię szukać czy iść, a ty sobie podziwiasz tę fascynującą junglę, tak ?? - powiedział zdenerwowany Jack.
- Chłopaki... myślałem że jak na chwilkę zboczę z trasy to nic się nie stanie...
- Mogłeś nas poinformować przynajmniej – odparł Sayid.
W końcu po długiej konfrontacji rozbitkowie ruszyli spowrotem na plażę. Podczas drogi Jack z Sayidem rozmawiali o tym jak zmusić do działania nadajnik;
- Tu nie ma kompletnie zasięgu – powiedział, pokazując na czerwoną lampkę – kiedy jakikolwiek zasięg się pojawi, to światełko zacznie migać, a w głośniku pojawią się szumy.
- No to musimy znaleść miejsce z większym zasięgiem – odparł Jack.
- Tak, jest jeszcze jedna strona medalu...
- Słucham ?
- Nie wiem, czy z takiej odległości zdołamy się połączyć z jakimkolwiek sygnałem...
Jack spojrzał się krzywo na Sayida, kiedy ten wymawiał ostatnie zdanie. Po długim czasie, wreście powrócili do obozu na plaży. Było już ciemno, noc. Kilku rozbitków z daleka popatrzyło się z nadzieją, że misja się udała. Kamera pokazuje na ogólne życie rozbitków. Jedni śpią, drudzy rozmawiają, trzeci siedzą przy ognisku, pokazała na Locka, który próbował otworzyć swoją walizkę, pózniej na kobietę w ciąży, która siedziała przy ognisku z Charlim, a tej całej scenie pokazowej przygrywała piosenka “ Message in the Bottle “ zespołu The Police;



Just cast away and I am lost at sea
Another lonely day and no one here but me
More loneliness than any man could bear
Rescue me before I fall into despair

I send an S.O.S. to the world
I send an S.O.S. to the world
I hope that someone gets my
I hope that someone gets my
I hope that someone gets my
Message in a bottle
Message in a bottle

A year has passed since I wrote my note
I should have known it right from the start
Only hope can keep us together
Love can mend your life but love can break your heart

I send an S.O.S. to the world
I send an S.O.S. to the world
I hope that someone gets my
I hope that someone gets my
I hope that someone gets my
Message in a bottle
Message in a bottle

Walked out this morning I dont believe what I saw
A hundred billion bottles washed up on the shore
Seems I'm not alone at being alone
A hundred billion castaways all looking for a home

I send an S.O.S. to the world
I send an S.O.S. to the world
I hope that someone gets my
I hope that someone gets my
I hope that someone gets my
Message in a bottle
Message in a bottle


LOST.

[ Dodano: 2008-12-10, 20:11 ]
nie wiem dlaczego, ale przed dialogami na początku nie widać kresek... u mnie w open office był dziwne ;/ więc to nie moja wina.

EDIT: Już kreseczki są, poprawiłem -> zapraszam do ponownego czytania :mrgreen:
Ostatnio zmieniony 2008-12-10, 20:39 przez cactus, łącznie zmieniany 2 razy.
Nadare
Nosferatu
Posty: 1523
Rejestracja: 2008-11-25, 21:22

Re: LOST SEZON1 - FanFiction by me :)

Post autor: Nadare » 2008-12-10, 20:33

Początek sceny z tym tryktrakiem trochę nudny i te dialogi nie pasujące do bohaterów których już znamy, ogólnie niby jest to 2 odcinek a nic tu się nie dzieje i trochę denerwuje mnie to, ze Ci bohaterowie wyskakują jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, retrospekcje też nietrafione.
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: LOST SEZON1 - FanFiction by me :)

Post autor: Morgoth » 2008-12-10, 22:06

teraz jest o wiele lepiej ;)

Ogólnie nie jest źle. Jak na razie tworzysz wersję książkową LOSTów, tyle że z innymi dialogami. Wystrzegaj się tych sformułowań typu "Kamera pokazała na" Raczej używaj zwrotu "Zobaczyliśmy"; "Ujrzeliśmy" , "Naszym oczom ukazało się" To mnie bolało najbardziej podczas czytania tego (oprócz poprawionych już dialogów, gdzie nie wiadomo było co kto i jak ^^).
bohaterowie wyskakują jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki
To także jest minusem. Raczej staraj się wprowadzać poszczególnych bohaterów w inny sposób niż "blabla, powiedział Sawyer wychodząc zza drzewa". Takie sytuacje są... głupie.
Jakby nie patrzeć nie jest łatwe stworzenie w swoim dziele pisanym prozą napięcia, według mnie zbyt mało jest tu opisów, które są niezbędne w każdym opowiadaniu. Dialogi są lekko sztywne, ale ogólnie nie jest źle ;) Próbuj z tym Sawyerem, bo czuję że w końcu uzyskasz go takiego jakim być powinien^^.
Co do wypowiedzi Nadare, my znamy jednego Jacka Shepharda, tutaj to może być krwawy bóg wojny, albo pedofil, w końcu to jest fanfick cactusa^^
Co do retrospekcji, retro Locke'a w samolocie... całkowicie niepotrzebne. Za pewne starałeś się ukazać Locke'a jako osobę, która nie jest w stanie dokonać wszystkiego i jest kaleką, dało się to odczuć, ale jak mówiłem za mało opisów.
Kolejną rzeczą którą koniecznie trzeba wprowadzić (albo wzmocnić, jeżeli się pojawiają) są opisy przeżyć wewnętrznych postaci, albo innymi słowy uczucia jakich doznają bohaterowie. Nie może ich być zbyt dużo, ale są bardzo potrzebne.
Zanim wyślesz tekst sprawdź czy nie ma błędów ortograficznych itp, są one podkreślane na czerwono, więc nie ciężko je zauważyć przy wysyłaniu, a osoba czytająca zwraca uwagę na błędy. Robią one niepotrzebnie złe wrażenie na temat opowiadania^^
Jak na razie to tyle :D
Pisz dalej, człowiek uczy się na własnych błędach, czuję że zanim dojdzie do trzeciego sezonu będziesz już mistrzem w pisaniu opowiadań. ;-)
Awatar użytkownika
Cate13
Nosferatu
Posty: 1120
Rejestracja: 2008-07-07, 17:52
Lokalizacja: znad morza... ;D

Re: LOST SEZON1 - FanFiction by me :)

Post autor: Cate13 » 2008-12-11, 19:35

niestety zgadzam się z Nadare: dialogi nie pasują do postaci, w twoim fiku panuje chaos - jest niedopracowany, no i błędy ortograficzne :-> może trochę się wymądrzam ale niepotrzebnie piszesz te wszystkie: scena rzeczywista, godzinę a szczególnie z tą kamerą - takie coś stosuje się przy scenariuszach a nie opowiadaniach. Poza tym sami możemy się domyślić kiedy działy się np. retrospekcje Johna. Moja rada jest taka, żebyś bardziej skupił się na szerszych i konkretniejszych opisach i ujęciu charakterów postaci w dialogach bo niektóre teksty za cholerę nie pasują mi do Jack'a, Locke'a czy Sawyer'a :-) nie wyobrażam sobie, żeby Jack powiedział komuś: ty idioto - no chyba, że naprawdę by się zdenerwował ale do niego jakoś mi nie pasuje :mrgreen: Próbuj dalej :mrgreen:
cactus
Forrest Gump
Posty: 4
Rejestracja: 2008-11-23, 11:44

Re: LOST SEZON1 - FanFiction by me :)

Post autor: cactus » 2008-12-16, 16:42

ODCINEK 3 - „Christian Sheppard”


Retrospekcja; kilka minut po katastrofie;


Otworzył oczy. Zobaczył, że znajduje się w jakimś tropikalnym lesie. Czuł ogromny ból na plecach. Z wielkim trudem dotknął ręką w plecy i okazało się, że jest bardzo ranny. Nagle coś niespodziewanie poruszyło się w krzakach. Ni stąd, nizowąd z krzaków wyskoczył biały Lablador. Pies chwilę obskoczył obolałego człowieka, po czym uciekł do jungli. Człowiek z resztek sił zaczął powoli wstawać, bardzo krzycząc i jecząc z bólu. Ale kiedy wstał, ból jakby się zmniejszył i przerażony człowiek zaczął niesamowicie szybko biec przez junglę, obijając się o gałęzie tropikalnych drzew i bambusów. Nagle usłyszał duży hałas, pobiegł w jego stronę i wybiegł na plażę, gdzie zobaczył resztki wraku samolotu którym się rozbił oraz tłum opętanych ludzi.
Podbiegł nagle do jakiejś leżącej, poranionej kobiety. Ta lekko otworzyła oczy, wymamrotała jakieś słowa, min:
- gdzie ja jestem... co się dzieje... , po czym mężczyzna odpowiedział:
- Nazywam się Jack Sheppard i chcę ci pomóc...


LOST


Scena rzeczywista; Wyspa, obóz rozbitków.


Jest godzina ok. 13.30. Naszym oczom ukazała się grupka rozbitków, która nad czymś zażarcie spekulowała. W jej skład wchodził min. Jack, który rozmawiał z Kate i kobietą, która przedstawiła się wcześniej jako Shannon. Ta ostatnia powiedziała:
- Jesteśmy tu już trzeci dzień, a wrak nadal leży, a w nim sterta no wiadomo czego... martwych ciał. Może powinniśmy jakoś... pogrzebać zmarłych... - przerwał nagle wychyliwszy się zza drzew Charlie: - Jasne, będziemy kopać dwieście dołów i każdemu osobno odprawiać modlitwy porzegnalne... ja się na to nie piszę ludzie...
Chwilowo nastała cisza. Ludzie się zastanawiali, po czym Shannon wyskoczyła z propozycją:
- No ale możemy w inny sposób to zrobić...
- Wiem ! - krzyknął ktoś z rozbitków – możemy spalić wrak wraz z ciałami !
Wśród rozbitków nastąpiły pewne obawy... wszyscy obejżeli się na siebie i dziwnie myśleli, ale po chwili Hurley wyskoczył:
- Ty, to dobry pomysł, tylko... jak podpalimy ten cały wrak ?
- Dzisiaj wieczorem, przyniesiemy trochę chrustu, jakichś suchych liści czy coś, obrzucimy samolot i tyle... tym ludziom co zginęli należy się szacunek i trzeba pochować ich godnie, a nie zostawić by zwierzęta ich zjedli... – powiedział stanowczo Jack, jak by już wcześniej podjął decyzję.
- No to wszystko ehm... załatwione – powiedział drapiąc się po głowie Artzt.
Rozbitkowie powoli rozchodzili się do swoich namiotów, ale Sayid chciał jeszcze z Jackiem porozmawiać.
- No więc tak, - powiedział Sayid wyciągając z kieszeni nadajnik,
- Tak ? Wymyśliłeś coś nowego ? - spytał Jack.
Nagle Jack i Sayid zauważyli, jak zmierza w ich kierunku Hugo.
- Cześć ziomki
- O, cześć Hugo – odpowiedział Jack
- Pomyślałem... pomyślałem że mógłbym coś zrobić...
- Zamieniam się w słuch – powiedział Sayid.
- Tak sobie pomyślałem, że mógłbym spisać na kartce imiona i nazwiska wszystkich rozbitych pasażerów... tak, żebyśmy się ... lepiej poznali ?
- Hm... dobry pomysł – powiedział Jack
- No to świetnie, - powiedział Hurley, po czym wyciągnął z kieszeni kartkę:
- Może wy pierwsi się podpiszecie ?
Sheppard i Sayid się podpisali, a Hugo poszedł dalej zbierać podpisy. Na swojej drodze spotkał pewnego rozbitka, który przedstawił mu się jako Boone, ale nie chciał o dziwo podać swojego nazwiska. Pózniej trafił na pewnego trochę nerwowego gościa,
- Cześć, robię listę rozbitków, możesz się podpisać ?
Gość chwilę na niego popatrzył krzywym wzrokiem, po czym wziął kartkę i podpisał.
- Czemu dwa razy się podpisałeś ?
- Bo to jestem ja, a to jest mój chłopak. Hugo popatrzył chwilę z zniesmaczeniem na Michaela, a potem poszedł dalej. Kolejną osobę którą napotkał, była pewna starsza, samotna kobieta. Przedstawiła się jako Rose. Twierdziła także, że ma męża Bernarda, który ponoć leciał z nią tym samym samolotem, ale żyje. Zmęczony już tym chodzeniem Hugo trafił w końcu na pewnego, siedzącego na pieńku świeżo wyciętego drzewa na uboczu obozu mężczyznę.
- Hej, jak masz na imię ? Zbieram imiona i nazwiska wszystkich pasażerów tego lotu.
Gość wstał z pieńka, przeciągnął się i powiedział:
- Ethan Rome, prawie jak z Rzymu - zaśmiał się, dodając - Ale tak naprawde jestem z Kanady. Moja rodzina... - przerwał mu Hugo – dzięki, ale muszę iść. Hugo dalej chodził, a w tym samym czasie Jack zauważył coś dziwnego. Ni stąd, nizowąd ze skrytki zniknęła woda. Nagle do Jacka podeszła Kate.
- Popatrz, nie ma wody... ani jednej, pustej butelki !, a było jeszcze ponad dwadzieścia pełnych ! - krzyknął Jack.
Nagle zauważyli, jak podchodzi do nich jeden z rozbitków. Ten przeglądał cały schowek, otworzył ze złością kredens wyjęty z samolotu, ale nie mógł znaleść. Próbował ze złością powiedzieć coś po Koreańsku, ale ci tylko patrzyli kompletnie nic nie rozumiejąc. Gość pokazał nagle butelkę i okazało się, że szukał wody... Jack na migi próbował pokazać mu że nie ma narazie wody, a ten zdenerwowany odszedł. Zaraz kolejni spragnieni przychodzili i upominali się o wodę. Jack i kilku innych doszli do wniosku, że woda została perfidnie skradziona. Niestety nie znalezli na wyspie żadnego zródła słodkiej wody, a morska była za słona do picia. Jackowi odrazu nasunęło się na myśl tylko jedno... Sawyer. Odrazu pomaszerował do jego namiotu jak jakiś robot, wbrew próbom zatrzymania go przez Kate. Zobaczył, jak Sawyer siedzi sobie na fotelu z samolotu, czytając książkę, oblegany przez liczne klamoty.
- Gdzie jest woda ?? Pytam się, gdzie jest woda, i nie mam czasu na zabawę z tobą
- Że co ?? - odpowiedział oburzony Sawyer.
- To, co słyszałeś...
- Ja nie mam żadnej wody...
- Dawaj wodę albo pogadamy inaczej...
- Tak? O, proszę, jaki mr. Kingo się znalazł... proszę bardzo, czekam.
- Jeszcze tu wrócę... - powiedział Jack, po czym poszedł. Po kilku minutach Sawyer zobaczył, jak Jack idzie z Sayidem prosto do niego.
- No no no, pan doktor z obstawą!, robi się coraz ciekawiej...
Sayid po tych słowach sprzedał kopa w twarz Sawyerowi, a ten zerwał się ze swojego fotela który aż poleciał do tyłu i zaczął się bić z Sayidem. Sawyer dostał w mordę, złapał się nosa, z którego zaczęła lecieć krew, zamruczał do siebie: - ty sukinsynu, po czym złapał za gębę Sayida i wywalił go prosto na swój namiot, który przewalił się jak domek z kart. Sayid wstał i parował dalej, lecz Sawyer nie dawał za wygraną. Ostatecznie Sayid skręcił rękę Sawyerowi i walka się skończyła. Jack obejrzał skręconą rękę Sawyera, zatamował krew i opatrzył bandarzem. Sawyer w koncu się poddał.
- Dobra, woda leży pod deską w namiocie.
- A więc jednak... ?? Dlaczego to zrobiłeś ?
Bo chciałem wam zrobić na złość, no i jak widać, udało mi się – uśmiechnął się Sawyer, Sayid chciał mu dać kopniaka ale Jack powstrzymał go. Wkrótce Jack i Sawyer wrócili z odzyskaną wodą i wszyscy mogli się napić. Po jakimś czasie zmęczony Jack poszedł na spacer brzegiem morza. Był sam, gdyż oddalił się trochę od obozu. Nagle usłyszał jakiś szum. Odwrócił się i zobaczył jakiegoś starego człowieka. Jack strasznie się przeraził na jego widok, jakby zobaczył coś gorszego niż ducha. Po chwili zamknął oczy, otworzył i człowiek zniknął, przepadł jak kamień w wodę. Zdesperowany Jack szedł dalej wzdłuż brzegu, i po pewnym czasie znów zobaczył tego samego człowieka. Tym razem stał w wodzie. Jednak nie było widać, jak fale nim rzucają. Wogóle człowiek się nie ruszał. Jack niemal rozpłakał się, odwrócił na chwilę i człowiek znowu przepadł. Jack natychmiast wrócił się do obozu. Zdenerwowany podszedł do kredensu, w którym trzyma lekarstwa zebrane z samolotu. Otworzył kredens, przeszukał wszystkie szuflady ale nie mógł za chiny znaleść. Złapał leżący obok taboret, postawił, wszedł na niego i poszukał wyżej. Niestety bez skutku. Nagle nieopodal niego przechodził Michael. Ten szybko go zawołał i zaczął wypytywać o jakieś leki...
- Słuchaj, widziałeś może steptymozynę ?
- Chodzi ci o ten lek psychotropowy ? Nie, nic tu takiego nie widziałem... przykro mi bardzo z tego powodu – Michael po tych słowach odszedł.
- Coraz bardziej roztrzęsiony Jack dalej szukał, ale bez skutku. W końcu oparł się o kredens i złapał za głowę.

Retrospekcja; szpital im. „Świętego Sebastiana”

Jack Sheppard biegnie przez korytaż, zatrzymuje go jakiś lekarz i mówi:
- Przywieziono chorego, pacjent z urazem głowy, w ciężkim stanie.
Na tą wiadomość Jack szybko pobiegł do karetki, ale przypadkowo trafił na swojego ojca, Christiana Shepparda, który także był lekarzem, co więcej, był Ordynatorem tego szpitala. Jack na początku udawał, że nie widzi ojca, ale ostatecznie zacisnął usta i podszedł do niego.
- Hej Jack, poczekaj, musz – przerwał mu Jack – Przepraszam, muszę iść do chorego...
- Zaczekaj!, zaraz ci wszystko wytłumaczę!
Jack obrócił się, podszedł do Shepparda i powiedział:
- Słucham? Jest jeszcze co tłumaczyć ? Próbujesz byc zabawny czy co ? Prosze cię, zostaw mnie wreście w spokoju!
- Dobra, ostatnio przesadziłem, masz rację, ale...
- Obiecałeś że juz nie będziesz tego robić i co ?? i dalej pijesz. Przynajmniej nie rób ze mnie idioty, bo tym jeszcze nie jestem! To cię kiedys wykończy, zobaczysz... - powiedział Jack, po czym poszedł wzdłuż szpitalnego korytarza.

Scena rzeczywista; Wyspa, obóz rozbitków

Zdesperowany Jack podszedł do Kate, po czym powiedział:
- Kate, dobrze że jesteś, wiesz może gdzie są lekarstwa ? Wszystko jakoś nagle zniknęło.
- Jack, nie jesteś zmęczony ? Coś kiepsko wyglądasz...
- Nie, dobrze, dobrze, ale szukam jednego lekarstwa, bo widzisz, chyba jest ze mną coś nie tak...
- Co się stało ?
- Widziałem dzisiaj na plaży mojego ojca...
- I to jest powód żeby brać jakieś lekarstwa ? - zasmiała się Kate...
- Nie, ale problem polega na tym, że on nie żyje.
Kate spojrzała się dziwnie, po czym poleciła Jackowi naprawde pójść spać, twierdząc, że jest przemęczony i mało ostatnio spał. W tym samym czasie Sayid znowu szykuje wyprawę, tym razem by znaleść jakiś wyższy punkt na wyspie, z którego być może będzie się dało nadać wiadomość przez nadajnik. Hurley dalej zbierał podpisy. Natknął się nagle na jakiegoś wysokiego gościa, z szerokimi ramionami, wyglądającego na bardzo silnego i niebezpiecznego.
- Ehm.. hej.. zbieram podpisy pasażerów naszego feralnego lotu...
- Dobra, dawaj to – mężczyzna wziął kartkę i podpisał się na niej jako Martin Keamy.
Na tym Hurley zakończył. Prawdopodobnie zebrał już wszystkie podpisy. Powoli nadchodził zmrok. Duża część rozbitków znosiła z okolicznych Jungli pełno gałęzi, które kładli na kupę obok wraku. W ostatniej chwili Shannon wpadła na pomysł, aby zebrać z wraku możliwie największą ilość paszportów i zorganizować swojego rodzaju ceremonię pogrzebową. Rozbitkowie poszli na to i po kilku godzinach, kiedy całkiem się ściemniło wrak zapłonął i było całkiem pokazne ognisko. Po kilku minutach Shannon i ciężarna kobieta o imieniu Claire zaczęły wyczytywac z paszportów pokolei imiona poległych ludzi. Wszyscy rozbitkowie ustawieni w krąg obserwowali całą ceremonię. Jedyny Hurley z tyłu siedział na piasku i słuchał na discmanie piosenki wykonawcy Hotters – Johnny B. Widok skierowany ku palącemu samolotowi stopniowo się w górę oddalał, a całej sekwencji przygrywała piosenka:

It's a sleepless night, she's calling your name,
It's a lonely ride, I know how you want her.
Again and again you're chasin' a dream, yeah,
But Johnny my friend, she's not what she seems.

Johnny B., how much there is to see,
Just open your eyes and listen to me.
Straight ahead, a green light turns to red,
Oh, why can't you see, oh, Johnny B.?

And when you drive her home, is she sittin' real close?
Does she make you weak? Well, that's the way that she wants you.
You're strung out again, she's taken you over,
You've been here before, why can't you let go?

Johnny B., how much there is to see,
Just open your eyes and listen to me.
Straight ahead, a green light turns to red,
Oh, why can't you see, oh, Johnny B.?

And when she calls your name, my sweet Johnny B.,
You can drive all night and you know she'll be waiting,
To love you again, her kiss is her poison,
Forever inside you, wherever you go.

Johnny B., how much there is to see,
Just open your eyes and listen to me.
Straight ahead, a green light turns to red,
Oh, why can't you see, oh, Johnny B.?

Johnny B., how much there is to see,
Just open your eyes and listen to me.
Straight ahead, a green light turns to red,
Oh, why can't you see, oh, Johnny B.?

Oh, can't you see, oh, Johnny B.?
Oh, can't you see?


LOST
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: LOST SEZON1 - FanFiction by me :)

Post autor: Morgoth » 2008-12-16, 19:37

Znacznie lepiej. Wciąż gryzą błędy językowe, składniowe. Cieszę się że wreszcie nastąpiła zmiana przebiegu wydarzeń, po pierwsze złodziejem okazał się Sawyer, ok to było dobre. Czuję że nie miałeś innego pomysłu... kto kradnie całą wodę ponad 40 osobom żeby zrobić komuś przykrość? ^^ Martin Keamy... tutaj mnie masz. Masz obowiązek zrobienia czegoś wspaniałego z tą postacią :D Już samo pojawienie się tego komandosa jest świetnym pomysłem. W retrospekcjach powinieneś się starać żeby było w nich choć trochę tajemnicy, odkrywasz wszystko przed czytelnikiem, że nawet nie ma on możliwości na zgadywanie, a to jest bardzo ważne ;) Podoba mi się rozwój postaci Hurleya, widać też że starasz się z Sawyerem ^^ ... Chyba tyle :D
Najważniejsze: Jest lepiej! :D
cactus
Forrest Gump
Posty: 4
Rejestracja: 2008-11-23, 11:44

Re: LOST SEZON1 - FanFiction by me :)

Post autor: cactus » 2008-12-20, 20:17

ODCINEK 4 - „Nie jesteśmy sami”


Scena rzeczywista; Wyspa, obóz na plaży


Nastał kolejny dzień. Rozbitkowie budzą się, siedzą w namiotach, jedzą śniadanie. Lecz te jest ubogie, gdyż praktycznie to same owoce i ryby, które chyba tylko Koreańczyk Jin potrafi łowić.
Naszym oczom ukazał się owy Jin, który właśnie wyciągnął z wody sieć pełną świeżych rybek. Zaraz po tym zaniósł ryby pod swój i swojej żony Sun namiot i zaczął je przygotowywać do jedzenia. Pózniej ryby lądują na „główny stół”, na który wszyscy kładą znalezione jedzenie i każdy może bez pozwolenia z tamtąd brać ile chce i kiedy chce. Jednak niektórzy zaczynają się buntować. Twierdzą, że nie jeść prawdziwego mięsa od 4 dni to przesada. Rezerwy żywnościowe także się powoli kończą. Owoców nie ma nieskończonej ilości na drzewach a ryby też nie zawsze biorą. Nie mówiąc już o wodzie, która z godziny na godzinę ubywa. Jack z paroma osobami postanawiają odpowiednio posegregować wodę, żeby dla wszystkich na jak najdłuższy czas starczyło.
- Dobra, mamy jeszcze 19 butelek, jest nas... Hugo! Choć na chwilkę... - powiedział Jack
- O, cześć ziomki.
- Hej, masz może jeszcze tą wczorajszą listę?
- No pewnie – powiedział, przekazując listę Jackowi.
- Hm... jest nas... 49, dobrze liczę ?
- Na to wygląda...
- Dobra, a raczej nie dobra... przecież ta woda nie wystarczy na więcej niż pół dnia... to jest jakieś totalne dno... - odparł przygnębionym tonem Jack.
- Hm... nie ma co się martwić na zapas – powiedział Charlie.
- Nie ? To co się stanie, jeśli nie będziemy mieli co pić ?? - odpowiedział jeden z rozbitków.
- No jak to co, przesłodzimy morską słoną wodę – odparł żartobliwie Artzt.
- Jasnee... proszę cię, to nie czas na żarty...
Nagle przyszedł Sayid i powiedział:
- Słuchajcie, co z nadajnikiem ? Ktoś chętny do wyprawy ? - wszyscy się popatrzyli ze zdziwieniem po tych słowach i Charlie wyskoczył:
- Dobrze, tylko... mamy pewien wodny problem...
- A niech to, musi być na tej wyspie jakieś... zródło czy co ?? może w głębi jungli coś znajdziemy. Musimy szukać, a nie ciągle siedzieć na tej plaży – powiedział Sayid.
Chrlie mu na to:
- Tak, a potem jakieś dzikie zwierzęta nas rozszarpią, nastepnie przyjdzie ten potwór i zrobi sobie ucztę z naszych pysznych udek...poprostu brzmi bardziej niż świetnie.
- Wracając do potwora... - wtrącił Sayid - spokojnie, byc może, a raczej napewno to tylko jakieś dzikie zwierze...
- Taa... dzikie zwierze, które wyrywa drzewa z korzeniami!
- O, to ty byleś przy tym tak blisko, że widziałeś korzenie ?
- Ująłem to w przenośni...
- Dobra, idz sam do tej jungli, ja wolę zostać na bezpieczniejszej plaży.
- A pójde sobie, i to tylko po to, żeby pokazać ci jaki jesteś... - Cisza! - krzyknął na kłócących się rozbitków Jack. Po chwili sajgon ustał, a Jack zaczął wygłaszać przemowę:
- Dzisiaj pójdziemy możliwie jak największą grupą na poszukiwania czystej wody pitnej. Wiem, że mamy trudną sytuację, ale musimy jakoś postarać się, chociaż tak naprawdę wogóle się nie znamy!, postarać się jakoś przynajmniej trzymać w grupie. Trzymając się razem, zajdziemy dalej niż nam się wydaje, a gdy będziemy rozdzieleni, nic nie zdziałamy.
- Dobrze to ująłeś Jack, na twoim miejscu to samo bym powiedział...- odparł Artzt.
- To dobry pomysł z tą wodą – powiedział Sayid.
- No to w takim razie... Patrzcie, John Locke idzie! - ktoś z tłumu krzyknął. John podszedł do grupki rozbitków z walizką w ręku, po czym otworzył ją ostrożnie i ku zdziwieniu wszystkich... w walizce było pełno różnego rodzaju noży.
- Jestem gotowy – powiedział z uśmiechem John do rozbitków.
Kilka chwil pózniej kiedy wszyscy się już rozeszli, do siedzącego obok swojego namiotu Johna podszedł gość, który wcześniej przedstawił się jako Boone.
- Cześć Locke - powiedział, po czym usiadł koło Johna.
- Ludzie się ciekawią dlaczego masz taki... ekwipunek. To wzbudziło w nich pewne kontrowersje...
- Jestem myśliwym – odparł Locke.
- Aaa... no to teraz wszystko jasne.
- Dzisiaj po południu idę zapolować na dziki. Jeszcze nie dawniej niż wczoraj jednego z nich widziałem, jak wychylił się zza krzaków. Ale spłoszył się na mój widok.
- Mysliwy powinien być niezauważalny dla zwierzęcia...
- Tak, ale nie byłem jeszcze przygotowany na polowanie...
- Ah, dobra – odpowiedział ostrożnie Boone.
Nagle do Johna i Boona podszedł Sawyer, po czym powiedział:
- A gdzie twoja strzelba, panie myśliwy ?
- Skąd wiesz? Podsłuchiwałeś ? - zapytał Boone.
- Jasnee... mam oczy i uszy wszędzie dookoła. Nic mi nie umknie, nie wiesz jeszcze o tym ??
- Heh, teraz już wiem.
- Idziemy dzisiaj z Lockem na polow... - nagle wtrącił się John – Nie, nas dwóch w zupełności wystarczy... Na polowania chodzi się zazwyczaj we dwóch – oznajmił Locke.
- Jak chcesz... - mruknął Sawyer, poczym się uśmechnął i poszedł.
Kwadrans pózniej Hurley i Charlie postanowili pójść do kokpitu. Jednak Sayid miał kilka swoich „ale”, chciał prawdopodobnie, aby wszyscy poszli z nim na wyższy punkt wyspy. Jednak tamci nie sluchając się go, ruszli w głąb jungli. W tym samym czasie ciężarna kobieta Clarie dostała ciężkiego bulu brzucha. Charlie nie mogąc na to patrzeć, natychmiast podbiegł jak szalony przez plażę, w poszukiwaniu Jacka. W końcu znalazł go rozmawiającego z Kate.
- Hej Jack, z Claire jest coś nie tak.
- Claire to ta kobieta w ciąży ?
- Tak,
- Wybacz Kate, choćmy, szybko. Jack z Charlie pobiegli do namiotu Claire. Kiedy dotarli na miejsce, doktor szybko i zwinnie przebadał ją. Po chwili bóle ustały. Jack stwierdził, że mogą to być już oznaki pierwszych bólów przedporodowych. Przerażona Claire jeszcze bardziej się przeraziła na tą wieść, gdyż za wszelką cenę nie chce urodzić dziecka na wyspie. Nagle krzyknęła wpatrzona w morze:
- Nie mogę urodzić tego dziecka tutaj!,
- Claire... spokojnie, wszystko będzie dobrze – uspokajał Charlie.
- Nie Charlie, nie będzie spokojnie ! , nie mogę urodzić dziecka na tej wyspie, rozumiesz ? Kiedy przybędzie ta przeklęta pomoc!?
Charlie usiadł koło Claire, przytulił ją i powiedział:
- Napewno lada dzień przybędzie pomoc, a wtedy ty i twoje dziecko zostaniecie uratowani.
Claire popatrzała się na Charliego, po czym wstała i poszła w stronę morza.
Charlie także wstał, po czym nerwowo podszedł do ściany namiotu. Przykucnął tak, żeby nie było go widać, a następnie wyciągnął z kieszeni jakiś woreczek z proszkiem. Zaczął to wdychać, po czym spowrotem nerwowo wcisnął worek do kieszeni. Ni z tąd, nizowąd Locke nadszedł. Charlie na jego widok szybko wstał, udając, że podnosił z ziemi papierek.
- Cześć John
- Hej Charlie,
- Coś chciałeś ? - zapytał się Charlie.
- Chciałem sprawdzić... - nagle przerwał, po czym znów zaczął – właściwie to już nic... idę naostrzyć nóż, wybieram się wkrótce do Jungli.
- Po co ? - zapytał zdziwiony Charlie.
- Zdobyć dla nas prawdziwe mięso. - odparł z uśmiechem Locke.
Po chwili Locke odszedł, a Charlie został sam w namiocie Claire.


Retrospekcja; 1-szy wieczór po katastrofie; Wyspa, plaża.

Wszystko się jeszcze miotało po plaży. Sterta pogniecionego metalu, resztki wraku brzęczące przez powiewajacy od strony morza wiatr. Rozbitkowie nerwowo szukali swoich rzeczy, przebierali sterty wyleciałego z samolotu bagażu. Wśród złomu przy małym ognisku siedziała pewna ciężarna kobieta. Mężczyzna, była gwiazda rocka o imieniu Charlie podszedł powoli do kobiety. W rękach trzymał stertę różnych koców. Przysiadł się do kobiety, zaczęli ze sobą rozmawiać. Co więcej, pózniej niezle się ze sobą dogadywali. Jednak po pewnym czasie nagle ich rozmowy zostały przerwane przez krzyki rozbitków, mówiące o dziwnych mechanicznych rykach dochodzących z jungli.

Scena rzeczywista; Wyspa, obóz na plaży

Kilka godzin pózniej Sayid zebrał grupę i wszyscy ruszyli na pobliski płaskowyż, przez który Jarrah już wcześniej przechodził idąc do kokpitu. W skład grupy wchodzili: Sayid jako przewodnik, Jack, Kate, Shannon, Boone, Artzt i Charlie. Rozbitkowie po prawie godzinnym marszu przez junglę zatrzymali się, by rozbić obóz. Wycięczeni rozbitkowie pili wodę, której było coraz mniej. Charlie podniósł kamień, rzucił nim w oddalone krzaki, po czym powiedział:
- Idziesz ciągle jaki pierwszy, napewno jesteś pewny dokąd idziemy?
Sayid położył plecak na ziemi, odrócił się i zapytał:
- Do mnie mówisz ?
- Tak, bo...
- Posłuchaj, byłem tutaj już z Jackiem i Kate, kiedy szliśmy po nadajnik do przedniej częsci samolotu. Możesz byc spokojny – odparł stanowczo i ze spokojem Sayid.
Po chwili do Sayida podszedł Jack i trzepiąc sobie buty z ziemi powiedział:
- Jesteś pewny że dobrze idziemy? Bo nie przypominam sobie tego miejsca...
- Jack, wyluzuj – powiedziała Kate.
- Tak, ale... ciągle jakoś nie mogę się uspokoić po tych wczorajszych wydarzeniach...
Sayid spojrzał się dziwnie na Jacka, po czym zapytał:
- Jakich wydarzeniach ?
- Nie, nic takiego... zresztą, nie chce mi sie teraz o tym rozmawiać, przepraszam cię.
- Dobra.
Po tych słowach Sayid zarządził koniec przerwy. Wszyscy wstali, założyli plecaki i ruszli dalej w gęstą, zieloną junglę. Po kilkunastu minutach marszu wyszli z jungli i wkroczyli na szeroką polanę, obrośniętą bujną trawą. W tle zobaczyli wielki masyw górski oddalony o kilka jak nie kilkanaście mil od nich.
- Mówiłem, że idziemy w dobrym kierunku – powiedział zadowolony z siebie Sayid, patrząc na góry, które już widział.
- Rozbitkowie chwile porozglądali się wokół siebie, patrząc na widoki.
- Widac nawet naszą plażę, patrzcie – powiedział Boone, pokazując daleki skrawek wody.
- Ciekawe na jakiej wysokości jesteśmy – powiedziała Kate.
- Napewno odpowiedniej, żeby nadajnik... - nagle Sayid przerwał i stanął jak osłupiały.
- Co jest ? - mruknął Jack.
Po sekundzie sam sobie odpowiedział, kiedy usłyszał potworne ryki, dochodzące od strony Jungli leżącej na prawo od miejsca, gdzie stali.
- UCIEKAĆ!!

Retrospekcja; lot 815

Widzimy wnętrze samolotu i siedzących na swoich fotelach pasażerów. Nagle ktoś drastycznie szybko przebiegł przez korytaż, po czym zamknął się w tylniej toalecie. Zablokował drzwi od środka. Zdjął prawy but, potem skarpetę. Wyciągnął z niej worek z narkotykiem, po czym zaczął wdychać. Chwile po tym samolot zaczął się trząść. Toaleta była długo zamknięta, więc stewardessa wraz z jakimś stewardem podeszli do drzwi i pukali, bo nie wiedzieli co się tam dzieje. Po chwili Charlie wyszedł i wrócił na swój fotel. Zaraz po tym stewardessa do niego podeszła i zapytała:
- Mogę w czymś pomóc? Był pan długo zamkniety w toalecie... blokuje pan ludziom dostęp do WC, nie można tak...
- Przepraszam, to sie juz nie powtórzy... - odparł spokojnie Charlie.

Scena rzeczywista; Wyspa, jungla


Coś się poruszyło w krzakach jungli. Nagle z nań wyskoczył Jack. Biegł jak poparzony. Był cały brudny od błota. Miotał się po jungli, rozglądając się dookoła. Był zupełnie sam. Nagle krzyknął:
- Hej !! czy ktoś mnie słyszy!? , Jestem tutaj!
Odezwało się tylko eho. Po kilku sekundach ktoś z daleka krzyknał:
- Tutaj!, nic mi nie jest!
Jack dalej biegł, aż w końcu niefortunnie posliznął się na mokradle i upadł. Nie miał siły wstać.
Leżał tak przez ponad 5 minut, patrząc się w przebijające się przez tropikalne drzewa niebo.
Nagle usłyszał, jak ktoś przedziera się przez krzaki. Po chwili z zarośli wyłonił się Artzt, po czym powiedział:
- Hej... a gdzie jest reszta ??
- Niewiem... biegnąc przez junglę rozdzieliliśmy się. - westchnął Jack.
Nagle znowu coś się poruszyło w krzakach.
- Nie ruszaj się – powiedział Jack.
Artzt schował się za drzewem, a po chwili wyłonili się Charlie i Hugo.
- O... co ty tu robisz Jack?
- Długa historia, pomóżcie mi lepiej wstać.
Mężczyzni po chwili podnieśli Jacka na nogi. Charlie popatrzył się chwile na Jacka i zapytał:
- Co się stało ??
- Ehh... dobra, usłyszeliśmy jakieś zbliżające się dziwne dzwięki, więc wzieliśmy nogi za pas. I jakoś rozdzieliliśmy się przypadkowo w tej cholernej jungli...
- Usłyszeliście dzwięki? Może to te same co tamtej nocy ?
- Nie... to było coś innego. Czekaj... Artzt, wyłaź z tamtąd...
Artz wyszedł zza drzewa... , po czym powiedział:
- O... cześć chłopaki, co tu robicie? Myslałem że potwór porwał Jacka...
- Bardzo zabawne... - westchnął Jack.
- Gdzie reszta ludzi ? Tzn. Rozumiem że szliście z Sayidem ?
- Taak... mówię że rozdzieliliśmy się... było nas sześciu... Nie wiem gdzie teraz są...
Kilka minut pózniej grupka rozbitków ruszyła przez junglę.
- I co, gdzie teraz idziemy ? - zapytał Charlie.
- Musimy znaleść Sayida i resztę... przecież nie zostawię ich tak..
- Dobra, ale... o moja gitaro patrzcie... – zatrzymał się Charlie, pokazując na powyrywane i powalone drzewa, zakończone gęstymi korzeniami.
- Słuchajcie panowie, ja już wrócę na plażę... - powiedział nerwowo Artzt, próbując się odwrócić, jednak Jack złapał go za kołnież i wypchnął przed siebie.
- To... ten potwór ?? - zapytał po cichu Hurley, wpatrując się nieustannie w sterczące korzenie.
- Czekajcie... - powiedział Artzt, po czym podszedł do jednego z połamanych konarów.
- Znam się trochę na przyrodzie, ale to mi nie wygląda na nic nadzwyczajnego... jakby wiatr połamał... ale te korzenie... dobra, poddaję się... Jack, ja wracam na plażę, nie próbujcie mnie nawet zatrzymywać – po tych słowach Artzt pobiegł w głąb jungli.
- Ehm.. wiecie co, muszę załatwić.. no wiecie, potrzebę indywidualną – powiedział Hugo, po czym także pobiegł.
- Jack, przepraszam ale muszę wracać do Claire... - po tych słowach odszedł.
Jack chwilkę pozostał sam, otrzepał się z brudu, po czym także poszedł. Jednak tę ciszę przed burzą znów zakłuciły jakieś ryki. W krzakach coś się poruszyło, Jack odskoczył do tyłu, złapał się drzewa, z drugiej strony Hurley szybko podciągnął spodnie i zaczął uciekać, Charlie przykucnął i zakamufował się za zaroślami. Po chwili rozległ się jakiś krzyk w jungli... głos był podobny do głosu Artzta. Ten kto go wydawał szybko się zbliżał, aż w końcu wyskoczył i wpadł na Hurleya.
- Co do... - nagle krzaków wyskoczył rozszalały biały niedzwiedź, po czym zaczął gonić rozbitków. Ci nieustannie gonili przez junglę, a niedzwiedź za nimi. Po chwili Jack wpadł na Charliego, po czym pokazując na skupisko drew kzyknął:
- Szybko, wejdzmy pomiędzy konary tych drzew, nie dorwie nas!.
Dwójka wcisnęła się z trudem pomiędzy konary jakichś wielkich zrośniętych ze sobą bananowców.
Niedzwiedź zatrzymał się. Porozglądał się chwile, poburczał, po czym usłyszał dzwięk uciekającego Hurleya z Artztem. Pognał zaraz za nimi. Charlie już chciał wychodzć, kiedy Jack jeszcze go przytrzymał, by niedzwiedź bezpiecznie się oddalił od nich... Po chwili wyszli, rozejrzeli się dookoła i nagle Sheppard zauważył jakiś tajemniczy cień za oddalonym o kilka metrów drzewem...
- Widziałeś ?? - krzyknął Jack do Charliego, pokazując na drzewo, za którym były co najwyżej tylko inne drzewa.
- Co ?
- Dobra, nieważne... - powiedział Jack, po czym nagle ktoś przywalił mu mocno w plecy i upadł na ziemię.
- Sayid ! - krzyknął z radością Charlie – Gdzie był.. - wtrącił Sayid, patrząc na leżącego Jacka – Jack, to ty ?? myślałem że to Sawyer!, przepraszam cię!.
- Eee... A chciałem się zapytac dlaczego przywaliłeś Jackowi... - powiedział Charlie - no nic, mam nadzieję, że ten niedzwiedź polarny poszedł sobie.
- Uciekałem przed nim wcześniej z Shannon, ale rozdzieliliśmy się w gęstwinie bambusowej. Przepraszam panowie, ale muszę jej szukać. Nie zostawię jej tu samej – po tych słowach Sayid odszedł.
- Hej Sayid!, widziałeś może Kate ? - zawołał Charlie.
Sayid podszedł, po czym powiedział:
- Nie było jej z wami ?
- Jack i ja nie widzieliśmy jej...
Sayid chwilę pomyślał, po czym poszedł w głąb jungli.
Kilka minut pózniej Jack i Charlie poszli spowrotem do obozu na plaży. Podczas drogi natknęli się na Kate. Tej naszczęście nic się nie stało, nie spotkała także zabójczego niedzwiedzia polarnego, jak twierdziła w rozmowie z Jackiem.
- Jedno mnie ciekawi – powiedział Jack – Skąd w środku tropikalnej wyspy wziął się niedzwiedź polarny!?...
Po kilku godzinach wszyscy byli już na plaży, prócz Sayida i Shanoon. Rozbitkowie trochę zaczęli się denerwować, ale postanowili jeszcze poczekać z godzinę przed rozpoczęciem poszukiwań.
Nagle do Jacka podbiegł roztrzęsiony Boone:
- Gdzie jest Shanoon ! , gdzie ona jest!!!
- Spokojnie... została z Sayidem, zaraz wrócą – powiedział Jack, niezbyt zadowolony z tego, że musiał kłamać. Powoli nadchodził zmrok. Nagle ni z tąd, nizowąd Sayid wraz z Shanoon wracają. Ale to nie koniec dobrych wieści. Okazało się, że Sayid w drodze powrotnej znalazł w jungli źródo czystej słodkiej wody, zdatnej do picia. Po tych słowach ten stał się w oczach rozbitków bohaterem. Jack tylko krzywo na niego spojrzał, jakby miał jescze do niego żal za ten incydent w jungli.
- Jak daleko jest zródło ?
- Niedalej niż jedna mila z tąd... dziesięć minut drogi – powiedziała Shanoon.
- No to jesteśmy ocaleni! - krzyknął Charlie.
Zaraz po tym z jungli wyłonił się John Locke, trzymający w prawym ręku dość okazałego dzika.
- Wreście prawdziwe mięso... - westchnął Sawyer.
Chwilę pózniej cześć rozbitków poszła do jungli z butelkami po wodę, a część oprawiała z Lockiem dzika.
- Będzie uczta dzisiaj z tego co widzę... - powiedział któryś z rozbitków.
- Tak, najprawdziwszy dzik – odparła Claire, która pomagała przyrządzać owego dzika.
Kilka chwil pózniej rozbitkowie przygotowywali się do wielkiej kolacji. Jedni robili wielki stół z bambusów, drudzy zbijali krzesła. Tylko Sawyer siedział sobie przy swoim namiocie i ciągle czytał tę samą książkę. Jednak po chwili jego spokoj został zakłócony, gdyż pewien rozbitek zasłonił mu chowające się za choryzont słońce. Ten spojżał na niego, skrzywił minę i powiedział:
- Możesz łaskawie przestać zasłaniać mi światło?
Jednak Keamy nie zchodził mu z horyzontu... wręcz przeciwnie, stał jak by robił mu na złość.
- Ehrr.. wynoś się z tąd!! - warknął Sawyer, po czym rzucił książką w piasek.
Keamy nachylił się do Sawyera, uśmiechnął się po czym powiedział:
- Jesteś naprawde zabawnym facetem, wiesz?
Sawyer po tym złapał Keamy'ego za koszulkę, a ten wykręcił mu do końca wcześniej już skręconą rękę. Można było usłyszeć wrzask Sawyera z drugiego końca plaży.
- sukinsyn... - mruknął Sawyer do siebie pod nosem, patrząc na odchodzącego Keamy'ego.
W tym samym czasie na rożenie w ognisku piekł się pyszny, czerwony i krwisty dzik.
Rozbitkowie pierwszy raz od momentu katastrofy poczuli radość i zadowolenie.
Do obolałego Sawyera podszedł niespodziewanie Charlie.
- Hej, hm... a co to... - mruknął Charlie, podnosząc z ziemi jakąś kartkę.
Sawyer nie ucieszył się na ten widok,
- Zostaw to!
- Lot815 oceanic airlines lista pasażerów blablabla... skąd to masz?!
Charlie poszedł ze znaleziskiem do Hurleya, który akurat rozmawiał z Jackiem i Kate.
- Hej, patrzcie co znalazłem u Sawyera – powiedział, przekazując listę Jackowi.
- Ciekawe gdzie to znalazł..
- Możemy porównać to z listą Hurleya – powiedziała Kate.
- Wiesz co, doskonały pomysł – odparł Charlie.
Po zerknięciu na obie listy, rozbitkowie doszli do katastrofalnych wniosków.
- Ethan Rome, Martin Keamy, Kevin Reinecki – nie było ich w samolocie!!! - powiedział z przerażeniem w oczach Hugo.

LOST
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: LOST SEZON1 - FanFiction by me :)

Post autor: Morgoth » 2008-12-20, 20:40

Tak jak myślałem... Z odcinka na odcinek coraz lepiej :D Mniej błędów składniowych, czasami jakieś ortografy czy powtórzenia, ale to już szczegóły^^. Zmieniasz fabułę i to mi się podoba. Zastanawia mnie kim jest ten cały Kevin o którym wspomniałeś na końcu :D
Trochę nieudana była ta wycieczka. Ludzie znowu wchodzili jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki po czym się oddalali. Z odcinka na odcinek coraz lepiej... :D mam nadzieję że ci starczy pomysłów na co najmniej 60 odcinków :roll: :D
ODPOWIEDZ