Forum Filmowe, Recenzje filmów, Lost: Zagubieni, Seriale | ZERO DOWNLOADU (w tym filmy online), TYLKO DYSKUSJE!

Nowego, nie zawsze miłe, poczatki ;)

Twórczość użytkowników związana z "Lost": opowiadania, wiersze itd.
Awatar użytkownika
Cate13
Nosferatu
Posty: 1120
Rejestracja: 2008-07-07, 17:52
Lokalizacja: znad morza... ;D

Nowego, nie zawsze miłe, poczatki ;)

Postautor: Cate13 » 2008-07-09, 16:27

Nowego, nie zawsze miłe, początki
czyli trochę inne losy zagubionych ;) część 1


Czekali już jakiś czas na brzegu na powrót przyjaciół. Byli dobrej myśli. Tak przynajmniej mogło sie wydawać po Juliet i Sayidzie, którzy spokojnie siedzieli przy przygaszonym ognisku i dyskutowali. Hurley rozprawiał o czymś z Bernardem, Jin patrzył w bezkres oceanu a Sawyer, nie wiedząc co ze sobą zrobić, przysiadł się do Irakijczyka i złotowłosej - jak nawykł juz mówić do Juliet - i przysłuchiwał się ich rozmowie. Nagle, w oddali spostrzegli małą łódź, którą wypłynęli Charlie i Desmond. Na łodzi jednak był tylko Szkot. Pomogli mu ja wciągnąć na ląd i wysłuchali tego, co wydarzyło się w podwodnej stacji. Wszyscy spuścili wzrok na wiadomość o śmierci Charlie'go, wiedzieli jednak, że muszą się pospieszyć by ostrzec resztę przed ludźmi Naomi.
- Szybko - popędzała ich - musimy iść. Nie wiemy jak daleko są od nas.
Niemal wszyscy byli w stanie gotowości. Wszyscy poza Sawyer'em.
- Spokojnie, wyluzuj złotowłosa - wtrącił ironicznie, bardziej Jej na złość - na pewno są już w drodze powrotnej na plażę. Nie możemy po prostu poczekać na nich tutaj?
Jednak po chwili Sawyer miał gorzko pożałować tej próby buntu.
Juliet złowrogo zmarszczyła brwi i przybrała dość groźny wyraz twarzy, jakiego jeszcze u Niej nie widzieli. Reszta panów patrzyła z ciekawością i nawet pewnym rozbawieniem, czekając na ripostę pani doktor.
- Poczekać?! - naskoczyła na Sawyera - chcesz czekać, James? Proszę bardzo, czekaj sobie aż przylecą Ci ludzie. Nie wiemy kim są, czego tu szukają i jakie maja zamiary! Nie wiemy bo Naomi nas okłamała. Czy więc chcesz czekać aż tu przylecą i pozabijają Twoich przyjaciół, James ? jak zabiją Kate?
- Trafiła w czuły punkt - uśmiechnął się pod nosem Sayid i zdawał sie mieć rację bo kolejne słowa Sawyera brzmiały nie inaczej jak:
- Dobra, nie można było trochę grzeczniej? - odparł półgłosem, na tyle głośno by Juliet go usłyszała po czym dodał jeszcze z uśmieszkiem - Musiałem spróbować.
Juliet, przewracając oczami, zwróciła się z niewinnym uśmiechem, zdradzającym dużą dozę zadowolenia, do pozostałych panów:
- Czy ktoś jeszcze ma jakieś wątpliwości?
Sayid, Desmond, Jin, Hurley i Bernard spojrzeli tylko po sobie po czym każdy z nich wziął jakąkolwiek broń, jaka leżała pod ręka i ruszyli.
- Świetnie - podsumowała Juliet – chodźmy więc.
Podczas wędrówki przez dżunglę podszedł do niej Sawyer.
- Teraz już wiem, czemu doktorek na Ciebie leci. Nie dziwie Mu się - skomentował z nonszalanckim uśmieszkiem.
- Mam to traktować jako komplement? - spytała z nutką sarkazmu.
- Traktuj to jak chcesz, skarbie - odparł puszczając do niej oczko i wyprzedził ją o kilka kroków bo dostrzegł grupę rozbitków, która poszła z Jack'iem do wieży radiowej…

*

Stał na skraju bezdennej przepaści. To koniec, pomyślał, nie chcę już dłużej tak żyć. Byłem kompletnym idiotą, popełniłem błąd! Czemu nie posłuchałem Johna?! Mówili, że nie mam tu czego szukać. Nikogo tu nie mam. Straciłem Kate i Juliet. Straciłem swoich przyjaciół i Claire, moją przyrodnią, młodszą siostrę. Zostawiłem ją na wyspie z Aaronem. Dlaczego ojciec nigdy o Niej nie wspomniał? Nie, oczywiście, że by mu nie powiedział, biorąc pod uwagę ich relacje – pewnie bał się, że syn znienawidzi go jeszcze bardziej. Jednak był w błędzie. Kochał go. Kochał, mimo tych wszystkich jego wad. Po co właściwie tu wróciłem?! żeby móc znów ratować ludzkie życia? to nie ma sensu. W końcu i tak wszyscy umieramy samotnie - myśli w Jego głowie wprost krzyczały i przelatywały z prędkością światła. Skoczył z mostu w mroczną, lodowatą toń oceanu…

*

Jack gwałtownie otworzył oczy i zerwał się z łóżka zlany zimnym potem. Serce waliło mu jak oszalałe. Na dworze było ciemno i przez dłuższą chwilę nie wiedział gdzie się znajduje. Poczuł przenikliwy chłód i dreszcze na całym ciele i, przez ułamek sekundy, pomyślał nawet, że wciąż znajduje się w wodzie a jego ciało opada bezwładnie na dno.
Ostatecznie odtrącił tą nieprzyjemną wizję z głowy. W końcu Jego wzrok padł na kobietę leżącą u jego lewego boku. Miała głęboki, spokojny sen. Nawet nie drgnęła gdy zerwał się z łóżka. Spojrzał na jej piękne, długie jasne włosy i uśmiechnął się. W dalszym ciągu był na wyspie, u boku kobiety w której był zakochany. Najchętniej pozostałby tu z Nią do końca świata. Jednak coś mówiło mu, że wszystko się zmieni. Razem z Juliet doprowadzili rozbitków aż tutaj, do osady, którą zamieszkiwała wcześniej z "Innymi". Osiedlili sie tu w oczekiwaniu na rzekomą pomoc ludzi Naomi. Jednakże wysłuchawszy relacji Desmonda z wydarzeń z podwodnej stacji byli przygotowani na wszystko.
Ostatnio zmieniony 2008-07-10, 14:35 przez Cate13, łącznie zmieniany 1 raz.
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: Nowego, nie zawsze miłe, poczatki ;)

Postautor: Morgoth » 2008-07-10, 11:05

No ciekawe :D Bardzo lubię czytać opowiadania, szczególnie o tematyce LOST, twoje podoba mi się chyba najbardziej^^ ciekawy pomysł na 4 sezon :D Ale nie wiem jak rozwiniesz tą sytuację^^ próbuj w żaden sposób nie kierować się prawdziwymi wydarzeniami ;) tak dla zaskoczenia^^ i pisz dalej bo dobrze ci to wychodzi ;))
Menvalor
Tyler Durden
Posty: 355
Rejestracja: 2008-03-15, 09:27
Lokalizacja: Wolsztyn

Re: Nowego, nie zawsze miłe, poczatki ;)

Postautor: Menvalor » 2008-07-10, 11:38

Zgadzam sie z kolega wyzej.Bardzo fajnie napisane jestem ciekaw co bedzie dalej z Jackiem :mrgreen:
Awatar użytkownika
Cate13
Nosferatu
Posty: 1120
Rejestracja: 2008-07-07, 17:52
Lokalizacja: znad morza... ;D

część 2

Postautor: Cate13 » 2008-07-10, 17:08

dzięki za te opinie ;) miło jest słuchać takich rzeczy chociaż to dopiero początek a juz takie entuzjastyczne odpowiedzi, trochę chyba przesadzacie,co? 8-) . A tak na poważnie to chciałam dodać dziś 2 cześć ale muszę sobie jeszcze wszystko ułożyć na papierze :mrgreen: mam nadzieję, ze jutro uda mi się coś napisać :lol:

[ Dodano: 2008-07-10, 21:02 ]
wiem, miałam już nic dzisiaj nie pisać ale usiadłam i nagle natchnienie spłynęło do moich rąk i całkiem nieźle mi poszło - tak myślę, ale to już wy oceńcie :mrgreen:



Część 2

- John, chciałbym Cie o coś poprosić.
- Ty mnie?! Niby o co? – parsknął z niedowierzaniem.
- Chciałbym, byś poszedł ze Mną do Jacoba.
- Jesteś nienormalny. Jesteś związany, pobity i jeszcze chcesz, żebym wybrał się z Tobą na spacerek po dżungli?
- Tak – odpowiedział spokojnie Linus – John, tu chodzi o wyspę! – gdy nadal patrzył na Niego z niedowierzaniem w oczach, Ben argumentował dalej - Skoro mi nie wierzysz, to dlaczego zabiłeś Naomi? – Locke milczał.
- Nie chcesz opuszczać tej wyspy tak samo jak ja – stwierdził pewnie – pomyśl, co Ci dała. Przywróciła Ci sprawność, na którą nie miałbyś szans, gdybyś dalej egzystował w tym nędznym świecie. – John wciąż milczał i wpatrywał się w Niego. Ben wyczytał wahanie w Jego oczach. Jest już blisko. Był pewny, że Locke na to pójdzie.
- A co z Twoją córką? – zapytał nagle John. Linus nie spodziewał się takiego pytania.
- Co z Nią? Nie rozumiem, o czym mówisz. Alex jest tu bezpieczna razem ze swoją matką i…Karlem. – dodał po chwili. Locke wiedział dlaczego. Ben nie przepadał za chłopakiem swojej córki ale gdyby go zabił, znienawidziłaby go. Wolał więc nie ryzykować.
Obaj wpatrywali się w siebie przez dłuższą chwilę, zastanawiając się jakie myśli, przelatują przez głowę drugiemu z Nich. Gdyby ktoś obserwował ta scenę z daleka mógłby pomyśleć, że są jak dwaj rewolwerowcy, którzy w samo południe stoją naprzeciw siebie i, zanim wypalą colty by jednego powalić na ziemię, muszą stoczyć walkę wzrokową.
Tę walkę wygrał Linus. Locke wziął sznur, za który go wcześniej prowadzili i po chwili zniknęli za gęstwiną drzew.

*

Dzień zapowiadał się wyjątkowo upalnie. Słońce stało już wysoko na horyzoncie gdy Jack wyszedł z domku i rozejrzał się wokół by zbadać sytuację. Widział Claire jak siedzi na ganku razem z Kate i Sun i popijając poranną kawę, opalały się i dyskutowały - najwyraźniej o czymś bardzo zabawnym, ponieważ co chwilę wybuchały śmiechem. Uśmiechnął się lekko. To dobrze, że nie tracą ducha – stwierdził. Niedaleko od pań dostrzegł Sawyer’a, który grał z Hurley’em w backgammona – obaj byli bardzo skoncentrowani. Dalej Rose wieszała pranie a Jin i Bernard stali nieopodal i rozmawiali – lekcje angielskiego dawały coraz lepsze rezultaty i Koreańczyk umiał już całkiem nieźle porozumiewać się z innymi. Było tak radośnie, ptaki ćwierkały wesołą melodię a słońce dawało tak przyjemne uczucie ciepła iż mogłoby się wydawać, że żyją w jakiejś sielance.
W końcu jednak jego wzrok padł na Sayida i Desmonda. Siedzieli na jednej z ławek i wyglądali, przynajmniej odniósł takie wrażenie, jakby coś ich zmartwiło. Podszedł do Nich, by dowiedzieć się o co chodzi. Może przez tę noc zdarzyło się coś, co umknęło jego uwadze?
- …nie mam pojęcia o czym rozmawiały. To były same urywki. Puzzle.
- Hmm… - zastanowił się Irakijczyk – to ciekawe.
- Było coś jeszcze. Inna wizja. Byli tam jacyś mężczyźni. Azjata i jakiś brunet. – uśmiechnął się niespodziewanie – wyglądał jakby był trochę stuknięty. Rozmawiali z Jej ojcem. Nie wiem dlaczego, ale mam złe przeczucia. Oni…. – urwał, jakby zastanawiał się czy powiedzieć mu o tym – Oni tu przylecą – powiedział w końcu z powagą. Jestem prawie pewny. I to nie będzie miła wizyta.
- Twoje wizje dotąd się sprawdzały –zauważył Sayid, po czym dodał z lekką ironią w głosie – Zawsze tak prorokujesz?
- Przeważnie tak – odpowiedział uśmiechając się szeroko, co nieznacznie zaskoczyło Irakijczyka, jak gdyby właśnie przypomniał sobie coś szczególnie zabawnego.
W tym momencie Jack już był przy Nich.
- Widzę, że dobrze się bawicie – stwierdził, dostrzegając zmianę nastroju. – kiedy obserwowałem was z stamtąd – wskazał ręką kierunek skąd przyszedł – wyglądaliście jakby coś was dręczyło – te ostatnie słowa były bardziej skierowane do Desmonda, który teraz zwrócił wzrok ku niemu
- Rozmawialiśmy o… - zaczął Sayid ale Brytyjczyk nie dał mu dokończyć.
- To nic takiego, bracie – zapewnił go – tak sobie gadaliśmy.
- Hmm… - Jack doznał wrażenia, że Desmond nie chce mu czegoś powiedzieć, co najwyraźniej chciał za Niego powiedzieć Sayid. Tylko dlaczego?
- Widzieliście może Locke’a? – zapytał nagle, próbując zmienić temat i zejść na inny tor rozmowy.
- Tak.
- Nie. – Obaj odpowiedzieli równocześnie. Spojrzeli po sobie.
- Wiec tak czy nie? Nie widziałem go od wczorajszego południa – zastanowił się lekarz.
- Ostatnio widziałem go jak ucinał sobie pogawędkę z tym całym Benem. – poinformował Brytyjczyk. – Od tamtej pory go, a właściwie ich, nie widziałem – dodał po chwili.
Jack wyglądał jakby dopiero to do Niego dotarło. Wstrzymał na chwilę oddech. Sayid też już wiedział. Cholera – pomyślał Jack – czemu Locke to komplikuje? Nie dość tego, że zabił Naomi, to jeszcze teraz podążył , Bóg wie gdzie, za Linusem. Wszystko nie tak. A wydawało się, że powoli wszystko się układa. Dostali sygnał z anteny i połączyli się ze światem. Po raz pierwszy, od 100 dni, mają dach nad głową i zapasy jedzenia. I najważniejsze – żyją. Spojrzał na przyjaciół i oświadczył:
- Panowie, musimy poważnie porozmawiać…
Menvalor
Tyler Durden
Posty: 355
Rejestracja: 2008-03-15, 09:27
Lokalizacja: Wolsztyn

Re: Nowego, nie zawsze miłe, poczatki ;)

Postautor: Menvalor » 2008-07-11, 09:13

Bardzo mi się podoba :mrgreen: Trzymaj tak dalej i czekam na nastepną część 8-)
Awatar użytkownika
Cate13
Nosferatu
Posty: 1120
Rejestracja: 2008-07-07, 17:52
Lokalizacja: znad morza... ;D

część 3

Postautor: Cate13 » 2008-07-13, 16:10

część 3

Następnego dnia, gdy Jack szedł zobaczyć się z Sayidem i Desmondem, zauważył Kate, która ucinała sobie pogawędkę z Sun i Claire. I nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie nagłe zachwianie równowagi i omdlenie Kate.
Podbiegł do dziewczyn, wziął Ją na ręce i zaniósł do Juliet, by ta się nią zajęła, podczas gdy on skierował się tam gdzie szedł, na nieco spóźnione już spotkanie.

*
- …dlaczego Mu o tym wtedy nie powiedziałeś?
- Nie wiem – odparł szybko – chyba uznałem, że to nieodpowiednia chwila – mówił bardziej chaotycznie niż zwykle.
- chyba? A jak za chwilę przyjdzie Jack, to będzie odpowiednia chwila? – spytał Irakijczyk. W jego głosie wyczuł sarkazm ale nawet nie zareagował. – Co się z Tobą dzieje?
- Nie wiem! To wszystko przez tą cholerną wyspę. Jestem kompletnym idiotą. Za długo już tu siedzę…kompletnie mi odbija – mówił coraz szybciej i coraz bardziej nerwowo. Ciągle też coś do siebie mamrotał.
Sayid obserwował go z niepokojem. Znając się już jakiś czas, musiał przyznać, ze przyjaciel był dość osobliwy jednak dotąd nie widział Desmonda w takim stanie. Być może ma rację – zastanawiał się – może ta wyspa, rzeczywiście tak działa na niektórych. I te jego wizje. Niemniej jednak wierzył mu, podczas pobytu Tutaj, zdążył się już nauczyć wierzyć w najdziwniejsze i najbardziej niewytłumaczalne rzeczy. Ten Brytyjczyk był jedną z wielu zagadek tego miejsca…
- Przepraszam, za to spóźnienie – wpadł przez drzwi jak burza, brutalnie przerywając mu nurt zatłaczających myśli.
- Nie ma sprawy. Coś się stało? – spytał widząc zabrudzoną od ziemi koszulkę przyjaciela.
- Co? Aa to nic poważnego – zapewnił go – tak myślę. Kate zemdlała, zaniosłem ją do Juliet. To pewnie z przemęczenia – dodał by go uspokoić.
- To dobrze – odetchnął z ulgą – możemy zaczynać?
- Jasne – przytaknął i raptownie jego wzrok padł na Desmonda, który siedział teraz na drewnianym krześle z opuszczoną głową, zasłaniając twarz obiema rękami. Sayid odniósł dziwaczne wrażenie, że On cały czas coś pomrukuje pod nosem. – co Mu jest?
- No właśnie w tym problem, że nie wiem. A właściwie to obaj nie wiemy – rzucił na Niego niepewne spojrzenie i zaczął powoli – rzecz w tym, że Des miał wczoraj pewna wizję…

*

- Co ja teraz zrobię? Jak mam Mu to powiedzieć – płakała – Sawyer’owi się to nie spodoba. Zresztą – dodała po chwili, zwracając się do Juliet – mówiłaś, ze wszystkie kobiety w ciąży umierają na wyspie przed urodzeniem – wymamrotała – więc w zasadzie, nie powinnam się tym martwić – po tych słowach wybuchnęła głośnym płaczem. Lekarka starała się uspokoić Kate, obejmując ją delikatnie ramieniem.
- Gdy poczujesz się lepiej, pójdziemy do stacji medycznej zrobić USG. Tak dla pewności, żeby wiedzieć w jakim stadium jesteś – po czym dodała – i czy naprawdę jesteś w ciąży. Kate spojrzała na nią z iskra nadziei w oczach.
- Myślisz, że…
- Wiesz, zawsze mogę się mylić, prawda? Może w rzeczywistości nie jesteś w ciąży a te dolegliwości to tylko zmęczenie. Chociaż…jestem pewna na 99%. Kate odetchnęła głęboko.
- Poza tym – zrobiła krótka pauzę – może wcale nie byłoby, tak jak Ci się wydaje? Może James by się ucieszył? – nie wyczuła przekonania w Jej głosie ale uśmiechnęła się tak, jakby to, co przed chwilą powiedziała było jakimś żartem.
- Chyba sama w to nie wierzysz, co? – zapytała już trochę spokojniejsza. W duchu dziękowała Jej za te słowa, mimo, że mogły to być największe kłamstwa.
- Wiem, że nie ma już dla mnie żadnego wyjścia – dodała po dłuższej chwili milczenia. – Czekamy na niewiadomo kogo, założę się, że w końcu nikt po nas nie przyleci – mówiła zrezygnowanym tonem.
- Hej, posłuchaj mnie uważnie – zaskoczona podejściem Kate postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Ostrożnie ujęła Jej twarz obiema dłońmi i powiedziała opanowanym i pewnym głosem – jeszcze nic nie jest stracone. Faktycznie, że jedynym ratunkiem dla Ciebie i Sun byłoby wydostanie się z wyspy. Ja wierzę, że ktoś po nas przyleci i zabierze jak najdalej stąd. Chciałabym, abyś Ty tez uwierzyła, dobrze? – w jej oczach ponownie dostrzegła łzy. Kate bezgłośnie kiwnęła twierdząco głową.
- Obiecujesz? – usta lekarki rozszerzyły się w promiennym uśmiechu.
- Tak – wydusiła z siebie i, ku sporemu zdumieniu lekarki, objęła Ją jak dawno nie widzianą przyjaciółkę. Juliet nieśmiało odwzajemniła uścisk.

*

- …błądzimy już od półtorej godziny. Wiesz chociaż gdzie jest ta chata?
- Oczywiście, że wiem – odparł obruszony próbą podważania swoich kompetencji – jesteśmy już blisko.
- Zdajesz sobie sprawę, że mówisz tak już od dwóch godzin? – Ben zignorował tą uwagę. – O co właściwie chcesz Go spytać?
- Już Ci mówiłem.
- Niezupełnie. – Linus zatrzymał się nagle.
- Wkrótce sam zrozumiesz.
- Znaczy kiedy?
- Kiedy tam wejdziesz.
- Dlaczego Ja a nie Ty?
- Ponieważ, John – mierzył go badawczym wzrokiem – wyspa Cię do tego wybrała. Nadal nie rozumiesz? Na mnie zesłała guza w kręgosłupie. Ciebie uzdrowiła. Poza tym, Jacob wierzy, że możesz Nam pomóc ochronić wyspę. Ja zresztą też.
- Dlaczego…?
- Wszystko w swoim czasie. Jeszcze jakieś pytania?
- Na razie nie – odparł po chwili namysłu, jego usta rozciągnęły się w lekkim uśmiechu.
- Świetnie – skwitował – Aha i jeszcze coś, John.
- Mhm…?
- Mógłbyś mnie w końcu rozwiązać?
Ostatnio zmieniony 2008-07-22, 21:40 przez Cate13, łącznie zmieniany 1 raz.
Menvalor
Tyler Durden
Posty: 355
Rejestracja: 2008-03-15, 09:27
Lokalizacja: Wolsztyn

Re: Nowego, nie zawsze miłe, poczatki ;)

Postautor: Menvalor » 2008-07-13, 18:24

Tak jak poprzednia częśc bardzo mi sie podobalo :-o mam nadzieje ,ze Kate jednak jest w ciazy z Sawyerem :mrgreen: co do sytuacji z mdlejaca Kate to mysle ,ze Jack jednak sam by ja zbadal i ,,olał" to spotkanie z Desmondem i Sayidem :roll:
Awatar użytkownika
Cate13
Nosferatu
Posty: 1120
Rejestracja: 2008-07-07, 17:52
Lokalizacja: znad morza... ;D

Re: Nowego, nie zawsze miłe, poczatki ;)

Postautor: Cate13 » 2008-07-13, 18:43

teoretycznie masz rację, ale starałam się wczuć w postawę Jacka pt"Big fucking hero" 8-) bo on zawsze ma do załatwienia jakieś nie cierpiące zwłoki sprawy ;D a poza tym u mnie Jack jest z Juliet więc przystawianie się do Kate byłoby trochę nie na miejscu :mrgreen:

[ Dodano: 2008-07-13, 19:46 ]
jak jest coś co Wam się szczególnie podoba lub nie podoba to piszcie :mrgreen: chetnie poczytam jakiś wnikliwych analiz :lol:

[ Dodano: 2008-07-13, 20:01 ]
Ok, już to odwróciłam. Sorki Menvalor za to zamieszanie. Wątpię by na jutro udało mi sie napisać kolejna część, ale nigdy nic nie wiadomo, może będę miała dziś natchnienie :mrgreen:
przygotowałam jeszcze kilka niespodzianek 8-)
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: Nowego, nie zawsze miłe, poczatki ;)

Postautor: Morgoth » 2008-07-14, 11:56

robi się coraz ciekawiej^^ miło się to czyta, dobrze "odgrywasz" rolę Bena i Locke'a, nie mam pojęcia co wymyślisz z ratowaniem wyspy, czy będzie dubel - przesuwanie czy wysko czysz z własnym genialnym pomysłem :D
nie wiem czemu ale jakoś gryzie mnie słowo Brytyjczyk (o Desmondzie), jakoś Szkot do niego bardziej pasuje (wiem Szkocja część UK) ;)
Awatar użytkownika
Cate13
Nosferatu
Posty: 1120
Rejestracja: 2008-07-07, 17:52
Lokalizacja: znad morza... ;D

Re: Nowego, nie zawsze miłe, poczatki ;)

Postautor: Cate13 » 2008-07-14, 13:08

dzięki za wszystkie uwagi :mrgreen: nie martw sie, nie będzie tu żadnego przesuwania wyspy.
Nie chcę sie kierować prawdziwymi wydarzeniami z serialu, tylko napisać własną wersję 8-)
Staram sie jak najbardziej wczuwać w postacie bohaterów i ciesze się, że się podoba. Co do Desmonda to postaram się poprawić 8-) jestem w trakcie pisania 4 części :mrgreen:

[ Dodano: 2008-07-17, 21:17 ]
Część 4

Tropikalny deszcz ciął niemiłosiernie z ołowianego nieba gdy trzy postacie w ochronnych kombinezonach bezszelestnie wylądowały na spadochronach, nieopodal osiedla. Ostrożnie poruszały się wśród drzew by dotrzeć na skraj lasu i stamtąd móc zaobserwować jakikolwiek ruch w obozie. Starali się obmyślić plan jak ujawnić się rozbitkom, nie wywołując przy tym zbyt wielkiego i niepotrzebnego zamieszania. Nagle dostrzegli w półmroku jakieś ożywienie…

*

Wszyscy trzej mężczyźni znajdowali się w dużym, bogato wyposażonym pomieszczeniu, który zapewne pełnił formę gabinetu najstarszego z Nich.
- Długo szukałem odpowiednich ludzi do tego zadania. Wasza reputacja dotarła do mnie aż zza oceanu, więc liczę na dobrą współpracę. Musicie wiedzieć, że misja, której macie się podjąć nie jest jakąś tanią przygodą – ta decyzja może Was wiele kosztować – zrobił pauzę, prawdopodobnie po to by wzmocnić dramaturgię słów, po czym ciągnął wywód – Oczywiście, zrozumiem jeśli po wysłuchaniu mnie nie będziecie pewni, dam Wam kilka dni namysłu ale nie mamy wiele czasu...
- Eee…przepraszam bardzo, ale…kiedy mówił pan, że może nas to wiele kosztować…co dokładnie miał pan na myśli? – ostrożnie i powoli ważył słowa, niemal bez przerwy gestykulując jeden z nich.
- No tak. Wy naukowcy – westchnął i, uśmiechając się lekko, pokręcił palcem – żeby tylko dostać pieniądze na badania. – Brunet jednak najwyraźniej poczuł się urażony ta uwagą i począł nerwowo rozglądać się po pokoju. – Ach, propos badań, gdzie są doktor Lewis i pani Dorrit? - Obaj rozmówcy pokręcili przecząco głowami.
- Powinny już tu być. Doktor Lewis to ta ruda? Widziałem jak rozmawiała z jakąś blondynką przed budynkiem. Całkiem ładną, zresztą –wtrącił swoje zdanie drugi z nich, Azjata.
- Mmm… - starszy mężczyzna mruknął znacząco, jakby przewidywał co się święci. – Dobrze. Mniejsza z tym. Nie będziemy czekać na panią doktor...
- Ja bym poczekał – ponownie wpadł Mu w słowo – Ona wygląda na taką co potrafi dać nieźle w kość…
- Miles! – upomniał go kolega, najciszej jak mógł.
- Co takiego powiedziałem?! – Ach tak, bronisz jej bo Ci się podoba - dodał porozumiewawczo, nie kłopocząc się tym, że ich ewentualny pracodawca to usłyszy. Naukowiec nieco się speszył jego komentarzem i postanowił na razie umilknąć.
Mężczyzna poprosił ich o spokój unosząc prawa dłoń i kontynuował.
- Słuchajcie mnie teraz bardzo uważnie bo nie będę powtarzał. Odpowiadając na pytanie pana Faraday’a – zwrócił się tu do naukowca – gdy mówiłem, że wiele was to może kosztować, miałem na myśli duże niebezpieczeństwo zadania. Cena jaką możecie za to zapłacić może być dla Was osobiście bezcenna – Miles i Faraday wzięli głęboki oddech. – jedyne o co proszę, to żebyście sprowadzili tego człowieka – wyciągnął z szuflady zdjęcie mężczyzny w średnim wieku, o przenikliwym niebieskim spojrzeniu, łypiącym na nich zza okularów. – żywego – dodał po chwili, odrywając ich od myśli.
Obaj przyglądali się człowiekowi z fotografii. Nie wyróżniał się niczym szczególnym, przynajmniej, na pierwszy rzut oka. A jednak w jego oczach było coś niesamowitego, jakaś tajemnica – zastanawiał się Faraday. Ciekawe czym sobie nagrabił? Bo niewątpliwie musiał nieźle zaszkodzić Temu człowiekowi skoro chce go dopaść żywego. Co mu zrobi kiedy, to znaczy jeśli, go sprowadzimy? – zachodził w głowę Miles.
- A ta druga opcja? Jeśli go tu przywieziemy…mówił pan o jakiejś cenie…

cdn... 8-)
Ostatnio zmieniony 2008-07-22, 21:41 przez Cate13, łącznie zmieniany 1 raz.
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: Nowego, nie zawsze miłe, poczatki ;)

Postautor: Morgoth » 2008-07-19, 23:19

no ładnie^^ zastanawiałem się czy dasz im imiona z serialu czy własne^^ na szczęście nie pozbawiłaś mnie Faradaya^^ nie miało kiedy się coś dziać choć wszystko zostało dobrze ujęte^^ masz talent epicki dziewczyno^^
Menvalor
Tyler Durden
Posty: 355
Rejestracja: 2008-03-15, 09:27
Lokalizacja: Wolsztyn

Re: Nowego, nie zawsze miłe, poczatki ;)

Postautor: Menvalor » 2008-07-20, 11:21

Zgadzam sie z kolegą wyżej.Choć mam nadzieje ,że w dalszych częściach bedzie nieco więcej akcji :mrgreen: czekam na kolejna cześć :)
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: Nowego, nie zawsze miłe, poczatki ;)

Postautor: Morgoth » 2008-07-21, 08:32

sądząc po twojej sygnaturze Cate^^ zapewne w twojej historii Kate będzie miała innego mężczyznę :D
Awatar użytkownika
Cate13
Nosferatu
Posty: 1120
Rejestracja: 2008-07-07, 17:52
Lokalizacja: znad morza... ;D

Re: Nowego, nie zawsze miłe, poczatki ;)

Postautor: Cate13 » 2008-07-21, 19:06

oczywiście :) pisałam już o tym przy okazji ankiety na ulubioną parę - Kate i Sawyer po prostu do siebie pasują wg mnie. Nie ma żadnej cukierkowości, kłócą się i godzą,razem się śmieją :mrgreen: myślę, że Kate naprawdę kocha Sawyera a nie Jacka 8-) między nimi aż iskrzy! :lol: przy Jacku tak sie nie śmieje, a Jack bardziej pasuje mi do Juliet :mrgreen: co do fika, to sorki za tak długa przerwę ale mam sporo roboty teraz i czasami już nawet nie chce mi sie do kompa podchodzić, mimo że większość jest na kartce i czeka na dopracowanie :mrgreen: ale obiecuję, że Wam jakoś zrekompensuję czas oczekiwania tj mam taką nadzieję 8-) pozdrawiam :lol:

[ Dodano: 2008-07-21, 20:21 ]
btw Morgoth wielkie dzięki za pomoc :) jak już zauważyłeś mam banner ale mam zamiar dodać 2 :mrgreen: fajnie, że piszesz co ci sie podoba a co nie, wiem wtedy czy powinnam cos poprawić, no i wolę jak ludzie piszą prawdę zamiast mydlenia oczu, że wszystko jest świetnie napisane. Chociaż oczywiście miło się to czyta ale jestem dopiero początkującą"pisarką" :mrgreen: tak więc czekam na dalsze wnikliwe opinie :lol: mam już pomysły na kilka następnych opowiadań
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: Nowego, nie zawsze miłe, poczatki ;)

Postautor: Morgoth » 2008-07-21, 21:56

Cate13 pisze:jak już zauważyłeś mam banner ale mam zamiar dodać 2 :mrgreen:
tylko żeby nie zabierały za dużo miejsca ;)
fajnie, że piszesz co ci sie podoba a co nie, wiem wtedy czy powinnam cos poprawić

Nic nie poprawiaj ;) jestem mniejszością, a opowiadania mają podobać się szczególnie tobie ;)
Awatar użytkownika
Cate13
Nosferatu
Posty: 1120
Rejestracja: 2008-07-07, 17:52
Lokalizacja: znad morza... ;D

cd części 4 ;D

Postautor: Cate13 » 2008-07-24, 22:06

Ok, wreszcie mi sie udało, od kilku dni nie mogłam się zebrać, żeby usiąść i pisać a jak już dziś wreszcie zaczęłam to co chwilę ktoś mnie odrywał, wiec jakby co pretensje kierujcie pod adresem mojej babci, mamy i kuzynki ;D a tak na poważnie - no dobra bez przesady - to wiem, ze opowiadanie ma sie podobać mnie samej tylko, że mam taki kłopot, że ciągle coś bym zmieniała :mrgreen: oczywiście liczę sie z waszymi opiniami :lol:

dobra, koniec tego wstępu, przedstawiam Wam ciąg dalszy części 4 :mrgreen: miłego czytania :lol:


Odcienie granatu na niebie ciemniały z każdą kolejną minutą. Jeszcze tego samego ranka nic nie zapowiadało takiej ulewy. Jednak rozbitkowie zdążyli się już przyzwyczaić do tak gwałtownych zmian pogody. Wszyscy siedzieli teraz u siebie lub sąsiadów i próbowali zabić nudę grając w karty, szachy lub po prostu rozmawiając. Tylko Sawyer postanowił się wyrwać i wyszedł na ganek domku, który zamieszkiwał z Hugo a który teraz przezywał oblężenie przyjaciół. Przez chwilę wpatrywał się w nieustannie padający deszcz aż w końcu przebiegł za dwa inne by dotrzeć do tego, który zajmowały dziewczyny - Kate z Claire i małym Aaronem. W salonie natknął się na Claire.
- Hej – uśmiechnęła się delikatnie i nie czekając na pytanie odparła od razu – śpi, ale na pewno by chciała, żebyś zajrzał.
- Dzięki, słoneczko – odparł – a…co u Ciebie, to jest u Was?
- Wszystko w porządku. Dzięki.
- To świetnie. Pójdę zobaczyć…
- Jasne.
James skierował się do pokoju Kate. Przy drzwiach odwrócił się jeszcze – jeśli byś chciała to w naszym domku jest kilka osób…
- Ach, chyba nie skorzystam, ale dzięki. Może innym razem.
- Jak chcesz. – odparł i bez pośpiechu wszedł do nie oświetlonego pomieszczenia. Było tu jeszcze ciemniej niż na dworze. Rozejrzał się dookoła. No tak – pomyślał – te cholerne rolety. Nie podszedł jednak by je podwinąć do góry. Widocznie miało tak być. Zbliżył się powoli do jej łóżka i usiadł tam, gdzie zaczynała się jej talia. Cały czas leżała na wznak, przykryta niemal po uszy. Jej lewa ręka wystawała spod ciepłej kołdry. Spojrzał na Nią. Jej oddech był nierówny i płytki. Ostrożnie dotknął jej dłoni. Kate poruszyła się nieco, jej powieki drgnęły nieznacznie.
- Kate? – szepnął.
- Mhmhm…- mruknęła i otworzyła zmęczone oczy.
- Cześć piegusku.
- Hej – uśmiechnęła się łagodnie, mimo dużego osłabienia.
- Jak się czujesz?
- Bywało lepiej.
- Doktor złotowłosa dobrze się spisuje? Bo jeśli nie to…
- Przestań, James – jej uśmiech rozszerzył się nieco – Juliet jest bardzo miła – zapewniła go. Ułożyła się wygodniej i wzięła głęboki oddech. Przymrużyła lekko oczy. Sawyer wpatrywał się w Nią bez słowa przez dłuższą chwilę.
- James? – przerwała w końcu milczenie.
- Tak?
- Pójdź po Juliet, dobrze?
- Co się dzieje? – spytał nieco podejrzliwie.
- źle się czuję. Chyba mam mdłości – po tych słowach przewróciła się na bok i zwymiotowała. Sawyer zdążył się trochę odsunąć ale część trafiła na jego koszulę. Zerwał się i ruszył do drzwi, zmierzając do domku lekarzy...

Niemal w tym samym czasie Jack razem z Juliet przygotowywali kolacje i rozmawiali o wszystkim i o niczym. Ona mówiła Mu o samopoczuciu Kate i Sun, On jej o dziwnych wizjach Szkota, Locke’u, który podział się nie wiadomo gdzie z Benem oraz niepokoju związanym z brakiem jakichkolwiek sygnałów ze świata zewnętrznego.
- Nie uważasz, że ktoś już powinien tu być? Od tego połączenia minął już ponad tydzień – zastanawiał się.
- Spokojnie, jestem pewna, że wkrótce coś się wydarzy. Poza tym, wytrzymaliśmy na tej wyspie tak długo, to wytrzymamy jeszcze trochę – zapewniała go z przekonaniem.
- Obyś miała rację.
- Zazwyczaj ją mam – oboje uśmiechnęli się szeroko. Z jego twarzy zniknęły chwilowo wszystkie troski gdy lekarka pocałowała go czule. Jack objął ja w pasie i usadowił na stole. Jego ręce błądziły w falach Jej włosów. Ich pocałunki stawały się coraz bardziej namiętne. Kiedy palce Jack’a wędrowały po Jej ciele i już prawie sięgały guzików jej bluzki gdy usłyszeli znajomy głos.
- Dokończycie to później, gołąbeczki – wtrącił sarkastycznie – Kate Cię potrzebuje, skarbie. – Lekarka uwolniła się - jak zdążył zauważyć Sawyer, dość niechętnie - z objęć Jack’a, w biegu poprawiła ubranie i pobiegli do domku dziewczyn…

*

Dotarli na miejsce w południe następnego dnia. Przez wysokie drzewa przebijały słupy światła. Przez chwilę stali przed chatką bez słowa. Wokół panowała cisza, którą przerywały tylko szelest wiatru i odgłosy ptaków. Locke ruszył naprzód nie oglądając się na Bena. Powoli zbliżał się do zaniedbanego ganku a gdy wreszcie dotarł do drzwi, zawahał się przez sekundę. Odwrócił głowę w stronę Linusa jakby szukał w jego oczach aprobaty. Nie poganiał go. John ponownie skierował wzrok na drzwi, odetchnął głęboko i ostrożnie uchylił stare, skrzypiące podwoje. Powoli wszedł do środka zważając na każdy krok, nagle wejście frontowe zamknęło się za nim z hukiem. Mimo to brnął dalej w panujące wewnątrz, mimo tak słonecznego dnia, ciemności. Tutaj również panowała nieznośna wręcz cisza oraz, mógłby przysiąc, dziwny odór zgnilizny. W pewnym momencie, przyzwyczajające się powoli do mroku, oczy dostrzegły zarys jakiejś postaci, siedzącej wygodnie w bujanym fotelu. John podszedł bliżej i to co zobaczył, przeszło jego oczekiwania. Z niedowierzaniem pokręcił głową i wytężył wzrok by się upewnić czy oczy nie płatają mu figla, że nie ma żadnych omamów. Myśliwski instynkt i zmysł nie zawiódł go i tym razem.
Na krześle siedział mężczyzna, około 30 roku życia, krótko obcięty blondyn z najwyżej dwudniowym zarostem a na nosie tkwiły ciemne, dość duże okulary – co zdziwiło Johna, biorąc pod uwagę miejsce, w jakim się znajdowali. Jednakże znając Go na tyle, zawsze był oryginalny. Miał na sobie też brązową skórzaną kurtkę i uśmiechał się do niego tajemniczo.
- Co Ty tu robisz?
- Czekam na Ciebie – odparł enigmatycznie rockman.
- Ale przecież Ty…
- Tak wiem, nie żyję – powiedział od niechcenia w taki sposób, jakby mówił o pogodzie – ale przypomnij sobie ojca Jack’a…
- co z Nim? – pokręcił z niezrozumieniem głową, ciągle wpatrując się w Niego.
- No wiesz, kiedy Jack znalazł tą trumnę swojego ojca ale ciała tam nie było… no tak… - mamrocząc dodał po chwili, jakby nagle go olśniło – ale Ty Go jeszcze nie spotkałeś…no cóż – ostatnie słowa wypowiedział już nieco głośniej – myślałem, że już rozmawialiście… - zastanawiał się.
- Charlie?
- Tak?
- Czy będąc nieżywym można być na haju?
- Hej! – krzyknął oburzony ta sugestią – jak możesz tak mówić?
- Bo mówisz od rzeczy. Nie żeby to była jakaś nowość – dodał po chwili szczerząc z lekka zęby.
- Bardzo zabawne. Raz się uzależnisz i nikt ci już potem nie wierzy. – mruknął pod nosem nieco zdegustowany, jednak na jego ustach czaił się cień uśmiechu. Dobrze znał poczucie humoru Locke’a i naprawdę cieszył się z tego spotkania. – Lepiej zadaj mi to pytanie.
- Gdzie jest Jacob?
- Nie miałem na myśli Tego pytania, ale skoro już musisz wiedzieć, to poprosił, żebym go zastąpił. – John spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Ciebie?
- Trochę więcej wiary, dobrze? Poza tym – dodał, uśmiechając się nieco – ludzie się zmieniają.
- Przed śmiercią czy po? – zakpił Locke.
- Zdajesz to pytanie czy nie? Bo się rozmyślę i Ci nie pomogę… - zagroził.
- No dobra. Dlaczego Jacob polecił Benowi zabić Naomi?
- Jacob nie przypomina sobie, by kazał komukolwiek kogoś zabijać – odparł po chwili zastanowienia.
- Więc dlaczego…
- John, jeszcze nie wiesz, że Linus to świetny manipulator? Namówił cię, żebyś to zrobił, bo nie chce by pojawili się tu Jej ludzie. On wie czego szukają.
- Czego szukają?
- Raczej kogo – poprawił go Charlie – Jego samego.
- Mówił, że musimy ochronić przed nimi wyspę… - powoli zaczął zdawać sobie sprawę z tego, w co wrobił go Ben. – Ci ludzie…chcą tylko Jego?
- Tak. Nie zależy im na wyspie. Mają za zadanie go stąd zabrać. To nie będzie łatwe. – wtrącił swój komentarz.
- Zaraz, a co z Nami?
- z Nami? Sądziłem, że nie chcesz opuszczać wyspy. – spojrzał na niego pytająco.
- Tak, ale…sam jeszcze nie wiem. – zamyślił się.
- Wszystko zależy od Was, John. Ci ludzie nie są źli…pracują tylko dla…hem…powiedzmy, niezbyt miłego faceta…ale jest szansa. Nikła, ale zawsze – dodał, próbując podnieść go na duchu. – jedyne, co musisz teraz zrobić, to zdecydować, po czyjej jesteś stronie i co powiesz Benowi, kiedy stąd wyjdziesz?
- Zrobię to, co zwykle jest Jego mocną stroną. Skłamię – oświadczył bez zastanowienia.
- Odważny ruch – pochwalił go – musisz jednak uważać. On się na tym zna jak mało kto.
- Wiem. Ja też.
- Powinieneś już iść, John. Oni są już w drodze. – ponaglił go nieoczekiwanie – ale wkrótce się spotkamy, obiecuję. – dodał szczerząc zęby.
- Nie strasz – zażartował.
- Ależ Ci się humor wyostrzył. – zauważył rockman cierpko.
- Szczególnie od pobytu tutaj –zripostował i zbliżył się do drzwi. – do zobaczenia, Charlie.
- Uważaj na siebie – odrzekł na pożegnanie – Aa i jeszcze coś… - dodał szybko - uważajcie na latające kule.
Latające co…? – pomyślał Locke – o czym on plecie? Chyba jednak się naćpał – stwierdził kąśliwie. Chociaż… - pomyślał – z drugiej strony…
I chcąc ujrzeć go raz jeszcze odwrócił głowę, lecz Jego już tam nie było.
Ostatnio zmieniony 2008-07-26, 21:12 przez Cate13, łącznie zmieniany 1 raz.
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: Nowego, nie zawsze miłe, poczatki ;)

Postautor: Morgoth » 2008-07-24, 23:32

no nieźle^^ naprawdę dobrze choć... miałem nieodpowiednie odczucia z rozmowy w chatce... jakby oni rozmawiali sobie przy kawce, byli jakimiś zwykłymi ludźmi, a Locke, żeby żartował sobie z zastępcą Jacoba... ^^
Menvalor
Tyler Durden
Posty: 355
Rejestracja: 2008-03-15, 09:27
Lokalizacja: Wolsztyn

Re: Nowego, nie zawsze miłe, poczatki ;)

Postautor: Menvalor » 2008-07-25, 13:58

Fajnie opisałaś to z Sawyerem chociaż taki troskliwy to on nie jest :mrgreen: ale i tak jest spoko!:) Co do rozmowy w chatce no rzeczywiście troche sobie pogawędzili jak przy kawce , ale postać ,którą tam umieściłaś była jak najbardziej na miejscu :mrgreen:
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: Nowego, nie zawsze miłe, poczatki ;)

Postautor: Morgoth » 2008-07-25, 16:14

dramatycznie mi przerwano poprzednią wypowiedź (patrz godzina :mrgreen: )
mały romansik robisz^^(Jack+Juliet|Sawyer+Kate) ale to dobrze^^ podobała mi się scenka z Sawyerem^^
O tej chatce już pisałem, nic nadzwyczajnego, ciekawych rzeczy sie nie dowiedzielismy, choc akcja Locke/Ben moze sie zrobic ciekawa^^
Czekamy na next część :D
Awatar użytkownika
Cate13
Nosferatu
Posty: 1120
Rejestracja: 2008-07-07, 17:52
Lokalizacja: znad morza... ;D

:)

Postautor: Cate13 » 2008-07-26, 22:00

hej :) fajnie, że Wam sie podoba, trochę zmieniłam fragment z Sawyer'em, żeby było bardziej w jego stylu i nie za bardzo troskliwie ;D co do gadki Locke'a z Charliem to chciałam, żeby rozmowa była nie tak poważna tylko bardziej na luzie - bo szczerze mówiąc czy Charlie był kiedykolwiek poważny ;D? ja w każdym razie jestem zadowolona z tego dialogu, uważacie, że za lekko to potraktowałam i oczywiście macie do tego prawo ale i tak już nie będę niczego zmieniać :mrgreen: co do następnej części to będziecie musieli troszkę poczekać bo naprawdę nie mam kiedy sie za to zabrać na porządnie bo ciągle coś ktoś czegoś ode mnie chce :-/ no i muszę sobie to jakoś wszystko w głowie ułożyć :mrgreen:

26.08.
dobra, wróciłam i mam kolejna część :) widzę, że jest sporo wyświetleń, bardzo mnie to cieszy bo wiem, że nie mogliście sie doczekać 8-) więc daje Wam, zdaje sie, że 5 już część :)
miłego czytania :mrgreen:


Zmierzając z powrotem do domku i dyskutując o złym samopoczuciu Kate, Jack i Juliet dostrzegli nagle, mimo zapadających ciemności oraz obfitych strug deszczu, zarysy trzech osób stojących zaledwie 200 metrów od nich. Postacie te powoli zaczęły się zbliżać w ich kierunku. Oboje przeklęli się w duchu, że nie zabrali ze sobą broni, nie spodziewali się jednak przylotu ekipy ratunkowej wieczorem i tym bardziej w tak kiepskich warunkach atmosferycznych. Tymczasem kształty postaci kształtowały się coraz wyraźniej z każdym ich krokiem. Gdy podeszli już na tyle blisko, że światło rzucało cienie na ich twarze. Mogli teraz zobaczyć, że jest wśród nich Azjata, jakaś ruda kobieta i brunet, który wyglądał na nieco zaniedbanego. Właśnie On wysunął się nieznacznie do przodu.
- Kim jesteście? – lekarze spojrzeli po sobie zdumieni takim pytaniem.
- My… - zaczął zastanawiając się czy dobrze robi chcąc powiedzieć im co naprawdę się wydarzyło, spojrzał na Juliet. – jesteśmy ocalałymi pasażerami lotu 815 Oceanic Airlines. – odparł zdecydowanie. Przybysze spojrzeli po sobie zaskoczonym wzrokiem. Coś jest nie tak – pomyślał – nie spodziewali się Nas tu zastać. Lekarka najwyraźniej była tego samego zdania bo obserwowała ich wnikliwym błękitem oczu. Jack zauważył też, że na widok Juliet zaczęli nerwowo na Nią spoglądać. Czyżby szukali Jej?
- No dobrze…to może…jest tu Naomi? – spytał nagle przybysz. – lekarze spojrzeli po sobie nie wiedząc co im odpowiedzieć. Nie mogą im wyjawić w jakich okolicznościach zginęła ich koleżanka, bo wtedy nigdy się stąd nie wydostaną – zastanawiał się gorączkowo. W końcu Juliet przejęła inicjatywę.
- Naomi miała nieszczęśliwy wypadek – zabrzmiało to tak zdecydowanie, że Jack, gdyby nie znał prawdy, sam byłby skłonny w to uwierzyć. Był ciekaw czy połkną haczyk.
- Co jej się stało? Gdzie teraz jest? – zaczął dopytywać Azjata.
Jack zachodził w głowę lecz po chwili błysnęła mu pewna myśl. Oczywiście! Przecież gdyby Desmond nie miał tej swojej wizji, Naomi skonałaby w dżungli z przebitym płucem. Ta wersja wydawała się całkiem wiarygodna.
- Pochowaliście Ją? – pytał dalej.
- Tak – skłamał bez mrugnięcia okiem – na plaży. – Obserwował ich reakcje. Chyba się udało. Chociaż ten Azjata nie wydaje się być przekonany sądząc po mimice jego twarzy.
Po krótkiej chwili ciszy, brunet zdjął plecak i zaczął w nim szperać. W końcu wyciągnął pogniecione zdjęcie mężczyzny w średnim wieku, o ciemnych włosach i świdrującym niebieskim spojrzeniu, spoglądającym na nich zza okrągłych okularów. Starali się jak najmniej pokazać po sobie, że go znają, jednak jeden z nich najwidoczniej nie dał się zwieść.
- Gdzie On jest? – spytał natarczywie Azjata.
- Nie wiemy – odparli, tym razem wyjątkowo mówiąc prawdę. Zniknął gdzieś. Nie ma go od wczorajszego południa.
- Chcielibyśmy zamienić parę słów – wtrącił ponownie Azjata, spoglądając na towarzyszy.
- A tak, jasne – odparł i gdy odeszli parę kroków mruknął pod nosem– nie śpieszcie się.
Ich oczy spotkały się.
- Musimy powiedzieć reszcie.
- Na razie tylko trzem osobom.
Gdy zawracali do domku Sawyer’a i Hugo dostrzegli jeszcze oddalających się i, najwyraźniej sprzeczających ze sobą, Nowych. Zastanawiali się jak rozwinie się sytuacja, czy Szkot miał rację i czy kiedykolwiek się stąd wydostaną…

*

- O co Ci znowu chodzi Miles? – spytała i w jej głosie wyczuł ładunek agresji skierowany w swoja stronę. Od początku działał jej na nerwy a Ona nie była typem osoby, która potulnie się godzi na wszystko. On też nie.
- Oni nas okłamują, nie widzicie tego?! – krzyknął obruszony ich obojętnością. – Jestem pewien, że gdzieś go ukrywają tylko nie chcą nam powiedzieć. Na pewno im zapłacił.
- Pff – kobieta parsknęła, na jej ustach zagościł ironiczny uśmiech. – Błagam, nie bądź śmieszny. Skąd możesz wiedzieć? Wyczuwasz to? Pogromca duchów, proszę Cię, założę się, że jesteś zwykłym oszustem. – Z każdym jej słowem mina Miles’a robiła się coraz bardziej zacięta a żyła na skroniach pulsowała ze złości.
- A za kogo Ty się uważasz, co ?! – wybuchł – Znalazł się, Indiana Jones w spódnicy! Naukowcy nigdy nie uznają świata duchowego! Dla Was liczą się tylko dowody. Wierzysz im?!
- Tak, wierzę. Brzmieli przekonująco…
- Przekonująco?! Chyba ślepa jesteś? Oni ewidentnie chcieli wcisnąć nam kit, że w życiu go na oczy go nie widzieli! – Charlotte przybrała groźny wyraz twarzy.
- Nawet jeśli tak jest, to i tak nie przyznam Ci racji – warknęła na niego. – palant!
- Co?! Ty ruda…
- Hej – wtrącił się wreszcie między nich kolega, próbując oddzielić ich od siebie – przestańcie…to nie jest odpowiedni moment…
- Dan, powiedz, jak sądzisz, które z nas ma rację? – spytała szukając wsparcia. Faraday popatrzył po obojgu i w końcu odrzekł.
- Ja…myślę, że Charlotte… - Miles na te słowa ostentacyjnie skierował oczy ku niebu, wyrażając zawód brakiem aprobaty dla jego, jak uważał, ewidentnej racji. Charlotte natomiast uśmiechnęła się triumfalnie. Jednak żadne z nich nie zwróciło uwagi na to, że Daniel nawet nie dokończył myśli. Przyzwyczajony już jednak do tego zwrócił się do nich z prośbą.
- Słuchajcie…musimy trzymać się razem…bo inaczej mogą pomyśleć, że to nic dziwnego, że nie umiemy się dogadać z Nimi skoro…

*

- …sami nie potrafią dojść do porozumienia – skwitowała całą tę scenę lekarka, stojąc na ganku razem z kilkoma innym rozbitkami, którzy usłyszawszy krzyki przybyszów zebrali się by zbadać źródło i przyczynę hałasu. Wiatr i deszcz powoli ustawały i teraz dokładniej mogli ich obserwować.
- Może powinniśmy pójść z nimi pogadać? – zaproponował Hugo.
- Po co? Mamy tu darmowe widowisko, brakuje jeszcze piwa – zaprotestował z kpiącym uśmieszkiem, rozsiadając się wygodnie w bujanym fotelu, Sawyer. Jack spojrzał na niego. – jak zwykle nie znasz się na żartach, doktorku. On jednak zignorował ta uwagę. Myślał teraz o czymś zupełnie innym…jeśli Ci ludzie chcą Bena, a My oddalibyśmy go w ich ręce, czy z zamian zabraliby nas stąd? Tylko gdzie Oni są?...

[ Dodano: 2008-10-06, 19:49 ]
Stał nadal w tym samym miejscu gdzie zostawił go przyjaciel. Przez głowę przelatywały mu
najróżniejsze myśli.
Czy to wszystko wydarzyło się naprawdę czy tylko w mojej głowie? - zastanawiał się.
Był niemal pewien, że to czego doświadczył miało miejsce w rzeczywistości. Chociaż na tej
wyspie rzeczywistość była pojęciem względnym.
John jednak był przekonany . Wszystko było takie realistyczne, Charlie był jak żywy.
Ostrzegł go przed Benem, prosił by mu nie ufał i żeby jak najszybciej wrócić do obozu.
John zdawał sobie sprawę, że czeka go najtrudniejsze, do tej pory, zadanie.
Muszę tylko nakłonić go do powrotu...


*


- Mamy gości – oznajmił Jack reszcie rozbitków, gdy tylko zamknęły się za nim drzwi domku. Normalnie, gdyby usłyszeli to jakieś dwa miesiące temu, skakaliby z radości i cieszyli się na powrót do domu, jednak mina lekarza mówiła im co innego. Zaniepokoili się.
- Czy wszyscy są tutaj? Oczywiście oprócz Kate i Claire? - zaczął wodzić oczami po wszystkich jakby sprawdzał listę obecności. Nie było trzech osób. Akurat tych trzech na których najbardziej mu zależało, żeby były.
- Poszukam ich – oznajmiła cicho Juliet i wyszła. Jack skierował głowę ku drzwiom jakby chciał jej jeszcze coś powiedzieć lecz już nie zdążył. Odwrócił się z powrotem do przyjaciół. Podczas gdy Ona będzie ich szukać, musi jakoś uspokoić rozbitków. Poza tymi, którzy coś do siebie szeptali z tyłu, panowała nerwowa cisza. W końcu odezwał się Hugo:
- Co się dzieje, stary? Nie przylecieli po nas?
Obawiał się takiego pytania.
- Nie wiemy, Hurley. Na razie wiemy tylko tyle, że szukają Bena.
Na te wieści wystąpiło ogólne poruszenie.
- Więc im go dajmy. - powiedział ktoś z tyłu. Bernard. Pomysł został przyjęty przez rozbitków z ogólną i głośną aprobatą.
- No właśnie, w tym problem. - westchnął głęboko. To nie miało tak być. - myślał gorączkowo - Najpierw mieli się dowiedzieć tylko oni trzej, wtedy mieli się naradzić i zdecydować co dalej. Nie mógł jednak ich okłamywać. Musieli zauważyć nieobecność Locke'a i Linusa.
- Oni zniknęli. - oznajmił – John i Ben. Nie ma ich od wczorajszego południa. Nie wiemy gdzie są. - z każdym kolejnym wypowiedzianym zdaniem, przyjaciele nabierali powietrza w usta.
Dentysta spuścił wzrok i usiadł koło żony.
- Więc co teraz zrobimy? - spytał Jin łamaną angielszczyzną.
- Dobre pytanie – skwitował lekarz z wymuszonym uśmiechem.
Za chwilę jednak miał odetchnąć z lekką ulgą, bowiem w drzwiach pojawiła się przemoczona do suchej nitki, Juliet. Jack zerwał się na nogi.
- Nie znalazłaś ich? - spytał nerwowo. Ona uśmiechnęła się tylko i otworzyła szerzej drzwi, gdzie stali za nią Sawyer, Sayid i Desmond.
- Wreszcie. Gdzie wyście byli?
- Spokojnie, doktorku – odezwał się pierwszy, nie kto inny jak James – byliśmy na czatach. - odparł tajemniczo z szelmowskim uśmiechem. Neurochirurg spojrzał na niego ze zdziwieniem, po czym zwrócił się do pozostałej dwójki.
- Obserwowaliśmy naszych nowych kolegów – powiedział Sayid, wyprzedzając pytanie Jacka.
- Tak, są nieźle szurnięci – dodał swój komentarz Szkot. - mam wrażenie, że ciężko będzie się z nimi dogadać.
- Dzięki za wsparcie. - zażartował Jack, co przynajmniej na krótką chwilę, rozładowało napięcie.
- Musimy pogadać. - oznajmił z poważna miną. - Wy trzej i ty Juliet, do naszego domku.
- Tak, panie – odparł Sawyer, naśladując głosem sługę hrabi Drakuli. Wszyscy, którzy to słyszeli, parsknęli śmiechem. Nawet Jack, który zwykle nic nie mówił na jego odzywki bo wystarczało zganić samym wzrokiem, przyzwyczaił się do tego i nie wyobrażał sobie, że mogłoby być inaczej. W dobrym nastroju i humorach dotarli do domku by tam zadecydować o ich dalszych losach.


*


- Musimy wracać - rzucił krótko, nieomal nie patrząc w jego stronę i od razu skierował kroki w dżunglę. Nieoczekiwanie przyspieszył nieco chód, tak że Ben ledwo za nim nadążał. Przez kilka minut szli w kompletnej ciszy.
- John, czemu wracamy? Co powiedział Ci Jacob? - spytał w końcu Linus. Locke mógłby przysiąc, że wyczuł w jego głosie nutkę podejrzenia.
Miał wrażenie, jakby jego głowa miała zaraz eksplodować od ilości potencjalnych wymówek jakie przygotował. Postanowił więc na razie nic nie mówić. Domyślał się jednak, że długo to
nie potrwa. Linus pewnie zaczyna coś podejrzewać – był tego prawie przekonany, ale wolał
jeszcze nie myśleć o tym, jakie mogą być skutki nie zjawienia się w obozie na czas.
Zastanawiał się czy Ci ludzie już się zjawili, a jeśli tak to co się tam dzieje?...
- John – przerwał gwałtownie jego tok myśli – czy niejasno się wyraziłem, pytając co takiego powiedział Ci Jacob, że wracamy tam, gdzie nie powinniśmy? - kiedy Locke nadal nie okazywał zainteresowania konwersacją, Ben postanowił przypuścić atak.
- I dlaczego tak Ci się tam spieszy? - jego głos był stanowczy. Wyczuł narastającą irytację w jego głosie. Nie mógł go dłużej ignorować. Odwrócił się i spojrzał w jego świdrujące na wskroś oczy.
- Jacob powiedział, że musimy wrócić do obozu – starał się być jak najbardziej przekonujący. I gdyby był to ktoś inny, jak na przykład Hugo czy Boone, pewnie by mu uwierzyli ale nie Linus. Jak mógł pomyśleć, że uda mu się nabrać urodzonego manipulatora? Gryzł się teraz w język.
- Czyżby? - spytał z niedowierzaniem
- Jacob twierdzi, że nie kazał Ci zabijać Naomi.
- Przecież sam ją zabiłeś. Nie pamiętasz?
- Tak, ale wtedy nie wiedziałem tego, co wiem teraz. Po wiadomości Charlie'go byłem przekonany, że nie powinniśmy czekać na nich z otwartymi ramionami.
- I co sprawiło, że zmieniłeś zdanie? - spytał sarkastycznie.
- Jacob – odparł zdecydowanie. Widział jak na twarzy Bena malowało się zdziwienie.
Może jeszcze nie wszystko stracone. - Więc jak, idziemy? - zapytał beztroskim tonem, jak gdyby wybierali się na piknik.
- Dlaczego tak ci zależy żebym poszedł z Tobą? - nabrał podejrzeń – Co? Może chcecie mnie potraktować jako kartę przetargową? Moi ludzie na to nie pozwolą – jego oczy zwęziły się niemal jak u węża, gdy mu groził. John jednak zachowywał spokój lub przynajmniej starał się wyglądać na opanowanego.
- Tak jak Ty nie chcę opuszczać wyspy – zapewnił.
- Ty może nie, ale reszta na pewno tak. - Locke nic na to nie odpowiedział, westchnął tylko dość głośno i ostentacyjnie.
- Nie ufasz Jacobowi? - zaskoczył go pytaniem.
- Jemu tak, ale Tobie coraz mniej – odparł wpatrując się w niego uważnie jakby chciał go zahipnotyzować. John odczuwał dziwne wrażenie jakby Linus przewiercając go swoim badawczym wzrokiem czytał w jego myślach.
- Podaj mi jeden dobry argument John, dlaczego powinienem z Tobą wrócić do obozu.
Locke milczał.
- Tak myślałem. - powiedział po dłuższej chwili – Pozwolisz teraz, że się oddalę i wrócę domoich ludzi. - mówił niemal hipnotyzującym głosem – Do widzenia John...
Locke stał w bezruchu. Patrzył tylko jak odchodzi, do głowy nie przychodziło mu nic co musiałby powiedzieć lub zrobić, żeby go zatrzymać. Ale teraz to już nie miało znaczenia.
Obrał sobie cel – musi dotrzeć do obozu najszybciej jak potrafi.
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: Nowego, nie zawsze miłe, poczatki ;)

Postautor: Morgoth » 2008-11-25, 22:17

DOPIERO przeczytałem^^ i podoba mi się :) ogólnie wszelkiego rodzaju opowiadania, w które ktoś włoży odrobinę serca są dobre, a twoje bardzo dobrze się czyta ;) Czekam na ciąg dalszy :D
Awatar użytkownika
Cate13
Nosferatu
Posty: 1120
Rejestracja: 2008-07-07, 17:52
Lokalizacja: znad morza... ;D

Re: Nowego, nie zawsze miłe, poczatki ;)

Postautor: Cate13 » 2008-12-28, 18:20

oto ciąg dalszy :mrgreen: miłego czytania ;-)

- Musimy postanowić co z Nimi zrobimy. Jakieś pomysły? - Jack popatrzył oczekująco po przyjaciołach. Oni jednak milczeli. Jednak gdy chciał kontynuować, wtrącił się nagle
Sayid.
- Oni nadal są na dworze, tak? - spytał i nie czekając na potwierdzenie, mówił dalej – Myślę, że powinniśmy ich tu przyprowadzić. Może wtedy powiedzą Nam coś więcej. - spojrzał jednoznacznie na pozostałych.
- Tak, jak ich przyciśniesz, Mohamedzie? - zażartował Sawyer.
- Uważasz, że to zły pomysł?
- Skąd. Tak się tylko zastanawiam...tą rudą też będziesz torturował czy wyciągniesz z Niej prawdę innym sposobem? - spytał uśmiechając się ironicznie.
- Jak masz lepszy to się z nami podziel – zagadnął Irakijczyk, puszczając tę złośliwą uwagę, która - prawdę powiedziawszy - nawet go trochę rozbawiła, mimo uszu.
- Nie wiem. Może po prostu pozamykajmy ich w klatkach i poczekajmy aż zmiękną. W międzyczasie spróbujemy coś z nich wyciągnąć. - powiedział to tak pewnie jakby przygotował sobie tą odpowiedz w chwili gdy tylko ich zobaczył. W pokoju nastała cisza. Najwyraźniej każde z nich rozważało propozycję. W końcu, kręcąc głową, odezwał się neurochirurg.
- Sam nie wiem... - zastanawiał się głośno.
- Myślę, że to niezły pomysł – wtrąciła się po raz pierwszy Juliet. Jack spojrzał na nią nie ukrywając zaskoczenia aprobaty tego pomysłu z jej strony.
- Zaraz...zgadzasz się z Nim? - dociekał z niedowierzaniem zerkając na Sawyer'a.
- Tak. Czemu tak Cię to szokuje? - teraz z kolei ona nie mogła zrozumieć jego zachowania.
Za to James stojąc z boku przyglądał się ich sprzeczce ze stoickim spokojem, przerzucając wzrok to na lekarkę to na Jack'a. Wyglądało jakby śledził piłkę na meczu tenisowym.
Tymczasem przyjaciele kontynuowali dyskusję.
- Nie, nie wiem, myślałem, że....porozmawiamy z Nimi spokojnie i wyjaśnimy wszystko...
Ford jednak nie dał mu dokończyć.
- Chyba żartujesz, doktorku? - wtrącił oburzony – Co chciałeś zrobić? Miałeś zamiar przydzielić im domek i może jeszcze podać jutro śniadanie do łóżka? - jego wypowiedz aż kipiała sarkazmem.
- Nie! - nie wytrzymał w końcu – chciałem tylko...
- Tak, wiem co chciałeś. Zachować się jak cywilizowany człowiek ale jeśli nie zauważyłeś, od ponad stu dni tkwimy na tej cholernej wyspie, w dżungli. A skoro jesteśmy w dziczy to nie powinniśmy zwracać uwagi na zwroty grzecznościowe tylko wpakować ich do klatek a nie bawić się z nimi w kalambury. - Widział jak z każdym słowem Jack przychyla się do jego pomysłu. Lekarz patrzył na przyjaciela w milczeniu. Wiedział, że ma rację i że powinni tak postąpić ale On nie chciał potraktować ich tak ostro. Nie są niczemu winni, pewnie mieli tylko przylecieć, zabrać Bena i...
- James ma rację – przerwała mu natłok myśli lekarka – wydaje mi się, że mnie też mogą szukać. - powiedziała to z nadzwyczajnym spokojem, wywołując jednocześnie poruszenie wśród panów.
- Czemu nic nie mówiłaś... - zaczął Sayid
- Bo nie jestem pewna. Tak podejrzewam. Ten Azjata dziwnie mi się przypatrywał. Odniosłam wrażenie, że...może mnie tez mogą szukać. Tylko nie mam pojęcia dlaczego. - gdy to powiedziała, zapanowała nerwowa cisza.
- No dobrze... - odezwał się po chwili Jack nieco zrezygnowanym tonem, kierując pytający wzrok na Szkota.
- Zgadzam się z Nim – odparł tylko przytakując. Odniósł wrażenie jakby Desmond przez cały czas błądził oczami i myślami po dalekich i nieznanych przestrzeniach i tylko na chwilę wrócił do rzeczywistości.
- Sayid?
- Jestem za.
- Niech więc tak będzie– westchnął głęboko – tylko...jak ich tam zamkniemy?
- Możemy podać im coś ze środkami nasennymi – odezwał się niespodziewanie Szkot.
- Mogą coś podejrzewać – zaoponował Irakijczyk.
- Więc zróbmy to tak, by nie podejrzewali – podchwyciła ideę z enigmatycznym uśmiechem złotowłosa lekarka. - Mam pomysł. Kto pomoże mi przygotować środek? Des?
- Jasne – lekko odwzajemnij uśmiech i skierował się za nią do kuchni.
- Świetnie– skwitował Sawyer szczerząc się szeroko – to ja pójdę po nich.
- Idę z Tobą. Tak na wszelki wypadek– ruszył za nim Jack, jego usta ułożyły się w wymownym uśmiechu.
Gdy drzwi domku zamknęły się za nimi, James zwrócił się do przyjaciela.
- Niezła z niej sztuka. Gdybym wiedział wcześniej...- znacząco wyszczerzył zęby.
- Zamknij się Sawyer...


*


Droga powrotna zdawała mu się znacznie dłuższa niż w tamta stronę. Przedzierał się naprzód przez niezliczone gąszcze i natykając się na nieprzebraną ilość przeszkód już od kilku godzin – a może tak mu się tylko zdawało? Jego oczom cały czas ukazywały się jedynie kolejne takie same drzewa i miejsca jak parę godzin wcześniej. Nagle zatrzymał się i rozejrzał dookoła. Przeklął się w duchu bo wydawało mu się, że chodzi w kółko. Jednak serce i instynkt łowiecki podpowiadały mu dobrą drogę. Zdał sobie z tego sprawę kiedy zobaczył drzewo na którym wyryto scyzorykiem serce. Nie przypominał sobie tego gdy ostatnio tędy szedł. Zbliżył się do drzewa by odczytać przetarte już znaki, które na nim widniały: B+A. Zastanawiał się ile lat temu została uwieczniona czyjaś miłość i kto mógł to być. Pewnie jakieś dzieciaki z projektu Dharma - pomyślał uśmiechając się nieznacznie. Nie miał jednak czasu i okazji by się nad tym zastanawiać bo nagle usłyszał nad głową straszny huk. Niebo pojaśniało na kilka sekund i po chwili znów zrobiło się mroczno i ponuro. Zaczęło się ściemniać niezwykle gwałtownie. John pomyślał, że widzi coś takiego po raz pierwszy od pobytu tutaj. Zbierało się na ulewę. On jednakże nie zamierzał przystawać. Liczył się czas. Parł naprzód nie zważając na deszcz, który padał coraz mocniej i coraz boleśniej ciął skórę. W drodze nieustannie zastanawiał się nad tym co powiedział mu Charlie i co On powie przyjaciołom jak wróci. Będzie musiał wytoczyć przekonujące argumenty, żeby mu uwierzyli. Zwłaszcza po tym co zrobił, nie oczekiwał , że przyjmą go z otwartymi ramionami.
Ostatnio zmieniony 2008-12-30, 13:02 przez Cate13, łącznie zmieniany 1 raz.
Morgoth
Nosferatu
Posty: 3136
Rejestracja: 2007-12-27, 22:16

Re: Nowego, nie zawsze miłe, poczatki ;)

Postautor: Morgoth » 2008-12-29, 00:19

Kurczę :D To straszne że można rozmawiać za darmo z trzema osobami... xD Podoba mi się bardziej niż myślałem. Stworzyłaś idealną kopię Sawyera. Twórcy by go lepiej nie zrobili. Każda gadka pasuje bez dwóch zdań. Ciut nie wyszedł dialog z poprzedniego odcinka pomiędzy Benem i Lockiem. Ben zawsze rozmawia nie okazując najmniejszej uległości, tak jakby był górą (w końcu zawsze jest górą xD) i nie stosuje gróźb^^ . Bardzo dobrze opisujesz wszelkie zdarzenia. Z resztą nie tylko zdarzenia. :D W opowiadaniu musi być jak najwięcej epitetów, a u ciebie jest ich od groma^^. B. A. to zapewne Ben i Annie? :D . Zastanawia mnie jak potoczy się akcja z Lockiem i z "Nowymi" ^^
Awatar użytkownika
Cate13
Nosferatu
Posty: 1120
Rejestracja: 2008-07-07, 17:52
Lokalizacja: znad morza... ;D

Re: Nowego, nie zawsze miłe, poczatki ;)

Postautor: Cate13 » 2009-01-20, 18:46

cieszę się, że się podoba :mrgreen: co do Sawyer'a to jego gadki w sumie najłatwiej mi się wymyśla, po prostu same przychodzą do głowy :-D na razie nie wiem kiedy będzie kolejna część, mam zamiar wysłać kolejną w czasie ferii ale nie wiem jak będzie z czasem, którego mi ciągle brakuje :-/ poza tym jeszcze nie dopracowałam dalszych losów, wiem mniej więcej co ma być dalej ale to wymaga jeszcze sporo czasu. A mam pomysły już na następne :-D ciekawe kiedy będę to pisać, chyba dopiero w lecie :-D
Adamox11
Agent Smith
Posty: 698
Rejestracja: 2008-05-30, 19:12
Lokalizacja: Olsztyn

Re: Nowego, nie zawsze miłe, poczatki ;)

Postautor: Adamox11 » 2009-02-04, 21:16

Bardzo fajne i chodz zostala mi jedna czesc ale to co do tej pory to suuper.
Bedzie ta walka czy nie bedzie :?: :-D :-D

[ Komentarz dodany przez: Morgoth: 2009-02-05, 05:43 ]
Fight! Fight! Fight! Fight! :D

Wróć do „Twórczość własna”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość