Jak iść do kina i przeżyć

Ogólne dyskusje na tematy cieszące się szerszym zakresem.
Awatar użytkownika
Aletheia
Tyler Durden
Posty: 327
Rejestracja: 2007-08-14, 11:58

Jak iść do kina i przeżyć

Post autor: Aletheia » 2007-12-03, 21:57

Kilka miesięcy temu, na innym forum filmowym, znalazłam temat o wrażeniach z seansu filmowego. Tak właśnie - z seansu, nie z filmu! Czyli atrakcje typu: kinder-niespodzianka na co drugim fotelu, popcorn zgrzytający pod butami, komórki wyjące akurat przy najważniejszych scenach... Jest jakiś szczęśliwy, który ciągle tego nie zna?
Na tamtym forum, jak przed chwilą sprawdziłam, tematu już nie ma. A szkoda, bo było tam parę postowych pereł. Post otwierający był naprawdę wart przeczytania. Na szczęście wtedy go zachowałam, jak ładnie poprosicie to przepiszę, bo niestety mam tylko wydruk. :-)

Jeśli wrócicie kiedyś z kina zionąc ogniem, z błyskiem mordu w oku, to zapraszam tutaj, będzie można odreagować. Oczywiście można (i warto) podawać też kinowe przeżycia pozytywne. Może się tu zaplączą jacyś kiniarze (ktoś się chyba ostatnio rejestrował...), przyda im się.

Na początek parę moich wspomnień.

Ostatnio próbowałam obejrzeć "Gwiezdny pył" i "Nightwatching". W obu przypadkach byłam jedyną chętną na seans, ze skutkiem oczywistym. No nic, nie poddaję się jeszcze, spróbuję ostatniego dnia. Wtedy na szczęście jeszcze w moim mieście obowiązuje reguła "od jednego widza". No dobrze, wiem, trudno od kiniarzy wymagać żeby dokładali, ale jednak w takim wypadku diabli człowieka biorą... A dodam, że na "Nightwatching" wybrałam się do kina dotowanego, w publicznym centrum kultury. Wrrr...
Wiecie jak mnie pocieszał kasjer przy "Gwiezdnym pyle"? "Pani się nie martwi, i tak nie ogrzewamy tej sali. Jak mało ludzi, to tam zimno". No cóż można odpowiedzieć na taką troskliwość? :mrgreen:
Zjawisko zresztą nienowe, bo pamiętam, że "Historię przemocy" oglądałam sama jedna na sali, właśnie w ostatni dzień.

Są też jednak rzeczy, które już zależą od samych kiniarzy.
Parę lat temu to było, o ile pamiętam, poszłam na "Dwie wieże". Pamiętacie, że to w styczniu-lutym szło? Kilka minut do otwarcia sali, hol pełen ludzi, drzwi z ulicy się otwierają i wpada... Nie, nie ork. Facet ze szpulą filmu. Gołą szpulą, podkreślam, bez puszki! W holu cisza, lekka konsternacja, facet pruje między tłumem na zaplecze, luźne zwoje taśmy za nim majtają... Nikt nie walnął biletem o ladę i nie zażądał forsy, a trzeba było. Godzinę później taśma pękła w pół filmu. Rozjaśnienie sali, ogólne przepraszanie państwa, kwadrans zamieszania... Jakoś skleili, ruszyli dalej. I to nie od zerwanego miejsca, ale ten kwadrans dalej. Wiecie co, przypomniało mi się wtedy, co Siegiej Eisenstein pisał ponoć we wspomnieniach. Że tuż przed premierą kiedyś przemontowywał w ostatniej chwili. Oficjele na sali czekali, on kleić nie miał czym, pluł na taśmę żeby się trzymało... Ale przedwojenny ZSRR to chyba co innego...?

Natomiast co do kinder-utrapień, na którejś też części "Władcy Pierścieni" byłam wyjątkowo bliska dzieciobójstwa. Parę foteli dalej siedziały takie kilkuletnie "rozkoszniaczki"... Jeden pękał z dumy, bo był wcześniej na premierze i koniecznie musiał to kumplom udowodnić. A przy okazji całej sali. Co chwilę miałam streszczenie następnych dziesięciu minut razem z recenzją. Może nie będę przytaczać czego mu życzyłam, bo chyba mamy w kodeksie paragraf "groźby karalne" czy jakoś tak... :diabelek:

Dopisujcie "przeżycia z poligonu". :-)
Awatar użytkownika
MGaździcki
Agent Smith
Posty: 642
Rejestracja: 2007-06-27, 17:49

Re: Jak iść do kina i przeżyć

Post autor: MGaździcki » 2007-12-04, 13:49

Ja z takich kinowych przygód przypominam sobie dwie-obie są związane z kinem w moje rodzinnej miejscowości.

Vinci-bardzo się nastawiłem na ten film zaprosiłem na niego siostrę oprócz nas był jeszcze ktoś. W sumie trzy osoby. Tymczasem okazało się, że do projekcji... minimum osób wynosi 5. Oczywiście z seansu nic nie wyszło, ale najbardzie żal mi było właściciela który zamiast 30 zł dostał figę.

Casino Royale-dzień przed projekcją udaję się by zakupić bilety. O dziwo-filmu nie dowieźli. Dlaczego zatem od paru dni po całym mieście rozlepiano plakaty z błędną datą?
blue berry
Tyler Durden
Posty: 338
Rejestracja: 2007-02-24, 12:24
Lokalizacja: z Arkadii

Re: Jak iść do kina i przeżyć

Post autor: blue berry » 2007-12-10, 16:57

Ja na szczęście aż takich przygód nie mam. Mam w okolicy wielkie budynki w stylu Cinema City, Helios, gdzie film puszczają nawet dla jednego widza, a salę ogrzewają :P Naprawdę uwielbiam iść do kina i być jedyną osobą na sali Czuję się, jakby ten film specjalnie dla mnie puszczali. Dlatego chodzę na seanse długo po premierze ;-)
Co mnie natomiast najczęściej irytuje to dzieci. O ile na filmach w stylu 'Shrek 3' reakcje dzieciaków są urocze, to zbyt często na ambitniejszych filmach mam ochotę wyrzucić własnoręcznie z sali.
ble
Tyler Durden
Posty: 462
Rejestracja: 2006-10-20, 18:54
Lokalizacja: Rybnik

Re: Jak iść do kina i przeżyć

Post autor: ble » 2007-12-10, 17:14

Najbardziej denerwują mnie niewyciszone telefony komórkowe... Spotkałam się nawet z taką sytuacją, że facetowi dzwonił telefon, a on zamiast go wyłączyć, wyjśc, cokolwiek, po prostu go odebrał i dosyć długo rozmawiał... A gdzie kultura osobista? Gdzie szacunek dla innych?
Awatar użytkownika
Aletheia
Tyler Durden
Posty: 327
Rejestracja: 2007-08-14, 11:58

Re: Jak iść do kina i przeżyć

Post autor: Aletheia » 2007-12-10, 20:24

blue berry pisze:Mam w okolicy wielkie budynki w stylu Cinema City, Helios, gdzie film puszczają nawet dla jednego widza, a salę ogrzewają
Brzmi cudownie. :-) Znaczy, "dla jednego widza". Największą salę w mojej okolicy otwarto jakieś dwa lata temu. Potężny ekran, ani centymetra gołej podłogi - wykładzina w kolorze foteli, bo salę projektowano od zera. Dobra akustyka (sala jest wysoka, z balkonami), nad ekranem ogromne organy bo miejsce służy też do koncertów (widok dobrze robi na nastrój przed filmem ;-) ). A co najbardziej mi się podoba, sala ma ostry spadek. Tyle, że ten cud już ma siedzenia upaprane chipsami... Widocznie ideałów mam prawo oczekiwać tylko na ekranie :-)

Spotkałam się kiedyś z opinią, że w Multikinach natężenie dźwięku zrywa pokrywkę z czaszki. Nie miałam nigdy okazji sprawdzić osobiście. Naprawdę tak "uszczęśliwiają" widzów?
blue berry pisze:na filmach w stylu 'Shrek 3' reakcje dzieciaków są urocze
Akurat na tym właśnie byłam przy sali pełnej rodzinnego szczęścia. Jakoś bym wytrzymała hałas, ostatecznie to komedia, od tego jest żeby się śmiać, ale po co te wory prowiantu?!? Wszystko przyszło zaopatrzone jak na wojnę. A potem chrupanie, bulgotanie, trzeszczenie chrupek... I niemożebny smród. Gdzie ja przyszłam, do fast-foodu? A że po poprzednim seansie nie zdążyli sprzątnąć, już wchodząc trzeba było brodzić w popcornie.
blue berry
Tyler Durden
Posty: 338
Rejestracja: 2007-02-24, 12:24
Lokalizacja: z Arkadii

Re: Jak iść do kina i przeżyć

Post autor: blue berry » 2007-12-14, 22:24

Aletheia pisze:Spotkałam się kiedyś z opinią, że w Multikinach natężenie dźwięku zrywa pokrywkę z czaszki. Nie miałam nigdy okazji sprawdzić osobiście. Naprawdę tak "uszczęśliwiają" widzów?
W swojej karierze chodzenia powiem, że z tym jest różnie. W jednym jest faktycznie zbyt głośno, byłam raz i bębenki prawie do wymiany, natomiast inne puszcza filmy tak cicho, że w momentach, kiedy na ekranie jest cicho, slychać, co dzieje się na filmie w sali obok. Natomiast teraz odnalazłam kolosa, który mnie zadowala. Jest tam oczywiście nierozłączne centrum handlowe i cuda na kółkach, które omijam szerokim łukiem, ale kino jest bardzo w porządku. Sal mnóstwo i w zasadzie nie są ogromne, ale głośność jest okej i fotele też wygodne :D
Abberline
Jack Sparrow
Posty: 44
Rejestracja: 2008-02-26, 16:23
Lokalizacja: z Drogi

Re: Jak iść do kina i przeżyć

Post autor: Abberline » 2008-03-06, 00:38

Multipleksy! Tyleż wad co zalet. A może jednak... więcej zalet?
Na pewno nie wyobrażam sobie bardziej komfortowych warunków do oglądania filmu jak te, które - przy optymalnych warunkach - oferuje sala multipleksu. Zaliczyłam już chyba wszystkie sieci w tym kraju :roll: , z których Multikino polecam najbardziej. Świetne nagłośnienie (nigdy mi jeszcze pokrywki z czaszki nie zerwało :D), komfortowe, klimatyzowane sale o rozsądnej wielkości, wygodne siedzenia, zwykle największy wybór premier (choć niekoniecznie najlepszych), seanse bez technicznych zakłóceń i bez względu na ilość zainteresowanych, liczne imprezy okołofilmowe, maratony, i - mimo wszystko - duch kina, choć w oparach popcornu. Wadą jest rzeczony popcorn wszechobecny, widz niekoniecznie z ambicjami (więc szeleszczący czym popadnie, obsługujący komórkę podczas seansu, żywo komentujący wydarzenia na ekranie, niekiedy przy tym spojlerujący niemiłosiernie), cena biletów najwyższa chyba na multipleksowym rynku (w Heliosie na przykład około 3 zł na bilecie taniej). Cóż, Widzu, wybór należy do Ciebie!

Najbardziej pamiętnym seansem, jaki przeżyłam w multipleksie, był przedpremierowy pokaz "Skrzyni umrzyka" (tego "umarlaka" to nigdy nie przełknę :D). Abstrahując od przygody, jaką była sama wycieczka na ten seans (w dziewięcioosobowej ekipie, 100 km w niecałą godzinę!), nastrój w kinie panował absolutnie niezwykły, bo była północ, a sala pękała w szwach od podekscytowanych wielbicieli pierwszej części serii. To chyba - obok oficjalnej prapremiery z udziałem twórców obrazu - najwspanialsza chwila, jaka może spotkać kinomana. I Multikino świetnie wpisało się w tę chwilę. Jako że bilety rezerwowałam bezpośrednio w warszawskiej siedzibie ITI, na dwa dni przed tym, jak stało się to oficjalnie możliwe :lol: (ach! ta niecierpliwość!), miejsca miałam najlepsze, ale i towarzystwo żywiołowo komentujące akcję, znaną na pamięć ze spojlerów (światowa premiera odbyła się parę tygodni wcześniej) - czyli z parominutowym wyprzedzeniem. Pannice piszczały ilekroć Depp pojawiał się w kadrze - czyli często :D. Popcorn skrzypiał na szczęście tylko przez pierwszą część seansu - bo to długi film ;). Cóż, powinnam rzec, że nie polecam pokazów przedpremierowych w multipleksach, ale bilans i tak wyszedł na plus. Zwłaszcza, że o 3 nad ranem pan sprzątacz był na tyle wyrozumiały, że nie patrzył z wyrzutem na moje zwłoki zalegające na schodach i pozwolił mi spokojnie dogorywać do końca napisów, więc byłam chyba pierwszą w kraju osobą, która dowiedziała się, że pies-klucznik został wodzem plemienia kanibali :D.

No to przejdźmy do kameralnych kin studyjnych, pozbawionych zalet multipleksów, a jednak nie pozbawionych ducha i mocnych stron, o których multipleksy mogą tylko pomarzyć ;). Główna zaleta - repertuar. Ambitne pozycje, które nie trafiają do mainstreamu z tej prostej przyczyny, że sali w multipleksie nie zapełniłyby nawet w pięciu procentach. Wielka szkoda, bo kin studyjnych jak na lekarstwo i w przypadku wielu filmów zmuszona jestem obejść się smakiem i poczekać do wydania DVD... albo wyruszyć w Polskę, co zdarzało mi się czynić :D. Wpadki? Nieogrzewane sale, odwołane projekcje, zerwane taśmy, twarde krzesła za blisko ekranu, beznadziejne nagłośnienie - standard. Ale jest w takich kinach wspaniała atmosfera, jakaś melancholia, tęsknota za pokazami pod gołym niebem, kultowym łódzkim kinem Wolność, wrocławskim Dworcowym, czasem, kiedy film nie kojarzył się z rozrywką i konsumpcją, lecz nade wszystko estetycznym doznaniem...

Jest takie kino w Łodzi, które każdy kinoman powinien odwiedzić obowiązkowo. Jest - albo było. Reaktywowało się parę miesięcy temu, po okresie niebytu spowodowanym wiadomo czym ;). I wiadomo dlaczego. Cytryna serwowała głównie filmy nienowe, a przy tym ambitne. Organizowała imprezy (nie tylko filmowe), przeglądy, częstując gości herbatą. Na seans można było - na dobrą sprawę - wejść za darmo. Wystarczyło dobrze poznać panujące tam obyczaje, czyli mieć na sobie dużo żółtego, a z sobą - torbę cytryn :D. W piątkowe wieczory na przeglądach spotykała się bohema - studenci ASP, filozofii, filmówki. Po seansach dyskutowało się przy herbacie. Za niewielką opłatą można było zorganizować sobie pokaz czegotamsięchciało. Mnie się zachciało "Klątwy Czarnej Perły" (zaraz wyjdzie na to, że nie oglądam nic innego, i będzie w tym niemało prawdy :D), bo przespałam czasy, kiedy była na afiszu. Wpasowałam się w wieczór z "Truposzem" i "Fabryką czekolady" i był to wieczór niezapomniany oczywiście, choć listopad, sala nieogrzewana i inne nieszczęścia. Był to jeden z tych nielicznych seansów w moim życiu, gdy publiczność śmiała się kiedy należy, milkła kiedy należy, nie szeleściła niczym, a w stosownym momencie to nawet popadła w zadumę... Sen? Nie, Cytryna...
Awatar użytkownika
Aletheia
Tyler Durden
Posty: 327
Rejestracja: 2007-08-14, 11:58

Re: Jak iść do kina i przeżyć

Post autor: Aletheia » 2008-03-07, 17:44

Abberline pisze:Najbardziej pamiętnym seansem, jaki przeżyłam w multipleksie, był przedpremierowy pokaz "Skrzyni umrzyka" (tego "umarlaka" to nigdy nie przełknę :-D ).
Abberline, wkroję się w ten aromat cytryn z czymś zupełnie niecytrynowym. Wybacz niszczenie nastroju, ale wobec powyższej "Skrzyni umrzyka", nie wytrzymałam. :-) Teraz to już muszę zacytować coś, o czym wspomniałam zakładając ten temat. Trafiłam na to kiedyś na forum KMF-u, był to post otwierający temat "Seans filmowy". Zachwycił mnie na tyle, że zachowałam sobie tekst i całe szczęście, bo KMF już pozbył się całego wątku. Niestety, wtedy interesował mnie sam tekst, więc nie mogę podać autora, choćby po nicku. Może ktoś rozpozna...
Apeluję do Admina o przymknięcie oka na język tekstu. Primo, przez prawo cytatu. Secundo, to jeden z przypadków, kiedy "łacina" jest środkiem artystycznym. 8-) Zresztą, Dusq, przyznasz chyba, że autor MIAŁ powody... ;-) Ja przynajmniej podzielam jego uczucia...

„Założyłem ten wątek wróciwszy z Piratów z Karaibów 2. Film mnie oczarował, ale cała otoczka juz nie. I zastanawiam się, czy warto jeszcze wybierać się do kina. A zaczęło się tak...
Kupiłem bilet, zasiadłem na miejscu, wszystko było ok. Ale nagle znaki zaczęły zwiastować nieszczęście. Usłyszałem niezliczone dźwięki tych małych, rozwrzeszczanych stworów zwanych DZIEĆMI, co zatruwają spokój każdego niedzieciatego (jeszcze) mężczyzny. Wszędzie dookoła jazgotało i piszczało, nie było się gdzie ukryć... A przecież film długi, do tego raczej za poważny jak dla ośmiolatków... Czułem w moczu, że będzie źle.
Na domiar złego usiadł obok mnie nastolatek z matką. I z wielką micha popcornu oraz butelką coli. Do styropianu czuję wyjątkową awersje – jego smród sprawia, ze chce mi się wymiotować, o smaku nawet nie wspominam, no ale nikt mi mordy nie roztwiera – to i nie jem. Jadł mój sąsiad. Jadł? Pożerał, pochłaniał, wpierdalał! że się tak brzydko wyrażę. Chrum, ciam, mlask piiisk rozgryzanej kukurydzy, ciam ciam ciam, gulp. Smród zdołałbym przeboleć, w końcu ludzie maja prawo do jedzenia w moim towarzystwie (niestety...), ale czy naprawdę nie mogą wytrzymać tych dwóch godzin bez wyżery? Z głodu umrą? Przyszli tu na film, czy żeby się najeść? Na dodatek co parę kęsów – odkręcanie butelki, łyk łyk łyk, głośne AAAACH, zakręcenie. Mieliście kiedyś takie dziwne uczucie, że chcecie komuś odkręcić głowę? A potem wyrwać jelita, a na piersi wyciąć nożem jakieś słowo po hiszpańsku? Nie? A ja miałem.
Ale cofnijmy się nieco, to znaczy do czasu nim jeszcze rozpoczął się seans. Co było? Reklamy. Olać zwiastuny wielce odkrywczych filmów (Bruce Willis jako policjant? NIE MOŻE BYĆ! Denzel jako detektyw? No ZASKOCZENIE ROKU!). Gorzej, że zmuszony byłem gapić się przez 20 minut na pana zachwalającego sieć telefoniczną, napój czy inne bzdety... Tak psze pana, rezygnuję z filmu i idę kupić Persil. A, no i logo Polsatu. Polsat zaprasza na film. Byłem już niemal pewny, że podczas projekcji w rogu ekranu pojawi się słoneczko, a na dole pasek przypominający kiedy następny odcinek Jakiejś Miłości. No i reklamy co 15 minut. Kurczę, dżizas, kurwa mać, kiedy płacę te 15 zł za bilet, płacę za obejrzenie filmu, a nie za reklamę Polsatu, do piężkiego cierdolca! Nie wystarczy im, że swoimi znaczkami szpecą plakaty? Zasadniczo mam gdzieś kto zaprasza mnie na film, tej dennej stacji jak nie włączałem, tak nie włączę.
No ale dobra, film się zaczął, napisy, uuu, super, klimacik, widok na morze, fale, statek... MAMO, MAMO, GDZIE CI PANOWIE PŁYNĄ?! Ciii, córeczko. ALE MAMO, MAMO... Ciii... NO ALE MAMOŻ, KURFASZ... Pytam sąsiada, tego co mu odkręciłem głowę: „przepraszam, może pan podać mi nóż tkwiący w pańskim sercu? Jeszcze się przyda”. No ale nie dało rady, dzieciarnia była wszędzie, jej niekończące się pytania też były wszędzie i przez cały film... Najgorzej, kiedy się znudziły. Wtedy pytały o każdą bzdurę, chcąc zwrócić na siebie uwagę (skoczcie z okna, wtedy zwrócicie! – myślałem...). Miałem nadzieję, że na ekranie nagle pojawi się jakiś potwór, a małe bestie razem z rodzicami zadławią się tym popcornem, co go żują z piskiem i mlaskaniem. no żesz do jasnej rozwartej, dzieci nie przyprowadza się do kina na ponad dwugodzinny i przy tym dość skomplikowany film! Kto im sprzedał bilety?! – zacząłem się zastanawiać, ale przerwało mi „MAMO, MAMO, CZEMU ONI SIE BIJA?”. Wyszedłem z siebie, moja projekcja astralna poszła nawalić się jakimś mocnym trunkiem.
Koniec końców film okazał się rewelacyjny, ale kretynizm, brak jakiejś empatii, wyczucia, dobrych manier, no po prostu brak pomyślunku niektórych widzów odebrały mnie (i nie tylko mnie, widziałem że parę innych osób też się denerwuje) przyjemność oglądania. Ludzie powinni zastanowić się, po co idą do kina. Czy żeby żreć i pić? Idźcie do MacDonalda. Żeby dzieci miały co robić? Zabierzcie je do wesołego miasteczka. Albo dajcie im bębenek i scyzoryk. Albo sam scyzoryk, i powiedzcie że fajnie łaskocze. Ale na litość, do kina przychodzą ludzie którzy – NIESPODZIANKA – chcą obejrzeć film!!!!! Szkoda, że dla wielu niej jest to tak oczywiste...
A tak w ogóle to lubię dzieci. Z majerankiem i keczupem...”
ODPOWIEDZ